Nie wiem, czy dobrze trafiłam z tematem do kategorii rytuały, ale coś mi podpowiada, że tak. Mam pytanie do osób, które pracowały z energią więzi albo po prostu z tym, co psycholodzy nazywają przywiązaniem. Mam koleżankę, która otwarcie mówi, że nie potrafi się przywiązać do ludzi. Rozstania jej nie bolą, bliskie relacje ją nużą po pewnym czasie, nawet z rodziną trzyma dystans. Ona sama twierdzi, że to nie jest w porządku, że chciałaby inaczej. Zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakieś podejście rytualne, które mogłoby tu cokolwiek zmienić. Nie mówię o żadnych rytuałach miłosnych, bardziej o pracy z energią serca, więzią w ogóle. Czy ktoś sie tym zajmował?
To jest temat, który rzadko pojawia się w tym kontekście, a powinien częściej. Zaburzenia przywiązania mają swoje odzwierciedlenie w czakrach, szczególnie w czakrze serca, ale też w splecie słonecznym, który odpowiada za poczucie bezpieczeństwa i tożsamości w relacji z innymi. Zanim jednak ktokolwiek skoczy w rytuały, chciałabym zapytać o kilka rzeczy. Czy ta osoba ma świadomość skąd to pochodzi? Bo praca energetyczna bez jakiegokolwiek fundamentu w zrozumieniu wzorca daje połowiczne efekty. Rytuał może otworzyć, ale jeśli nie ma za nim gotowości na zmianę, to wraca sie do punktu wyjścia. 😉
Trochę bym to jednak popatrzył od innej strony. Zaburzenie przywiązania, szczególnie typ unikający, to coś, co ma bardzo konkretne korzenie w dzieciństwie i układzie nerwowym. Nie mówię, że rytuały nie mają tu nic do powiedzenia, ale zastanawiam się, jak to konkretnie miałoby działać. Czy chodzi o zmianę przekonań poprzez symboliczne gesty? Czy o pracę z podświadomością przez powtarzalność? Bo rytuał z definicji jest powtarzalny i właśnie przez to moze odciskać ślad. Ktoś tu ma jakieś konkretne doświadczenia, a nie tylko teorię?
Pracowałam z osobami, które miały dokładnie to, co opisujesz. I powiem szczerze, że nie istnieje jeden rytuał, który to naprawi. Ale istnieje cos, co ja nazywam praktyką więzi, czyli regularne, świadome czynności rytualne nakierowane na budowanie kontaktu, najpierw z samym sobą, potem z innymi. Jedną z metod, którą stosuję, jest codzienny rytuał przy lustrze, oparty na idei pracy z lustrem, ale rozbudowany o elementy intencji i wizualizacji konkretnej relacji. Inna rzecz to praca z symbolami więzi, na przykład warkocze, węzły, sploty. Wiele kultur używało tego do oznaczania i wzmacniania połączeń między ludźmi. Nie mówię, że to szybkie. To jest praca na miesiące.
Wróćcie na chwilę do tej osoby, o której pisałam na początku. Ona nie jest typem, który będzie co rano stał przy lustrze i powtarzał afirmacje. To nie jej styl. Bardziej potrzebuje czegoś, co ma konkretną formę, coś fizycznego, namacalnego. Czy takie rzeczy jak praca z kamieniami, z przedmiotami, z elementami natury, mogą wejść w to, o czym mówicie? 🙂
no kamienie to akurat temat, który znam dość dobrze. Przy pracy z więzią i otwartością na relacje często wymienia się różaniec, ale też malachit i morganit. Malachit jest dość agresywny energetycznie, sam z siebie wywołuje procesy, do których trzeba być gotowym. morganit natomiast jest łagodniejszy i często opisywany jako kamień, który pomaga otworzyć się na miłość w szerokim sensie, nie romantyczną konkretnie, ale gotowość na bliskość. Ale mam pytanie, bo to ważne, czy ta koleżanka sama chce spróbować, czy to Ty szukasz czegoś, co możesz jej podsunąć?
To co mówisz o tej "innej warstwie" jest ważne. Dużo osób, które pracowały z zaburzeniem przywiązania terapeutycznie, opisuje, że rozumieją intelektualnie skąd to pochodzi, ale ciało nadal reaguje po staremu. I właśnie tu rytuał może wejść, bo angażuje ciało, nie tylko głowę. Praca z ogniem, z wodą, z ziemią, to nie jest metafora. To jest dosłowne zaangażowanie zmysłów w nową historię, którą opowiadamy sobie o sobie.
hmm..., kąpiel rytualna przy zaburzeniu przywiazania ma sens, ale nie jako jednorazowe oczyszczenie. Bardziej jako rytuał przejścia, który powtarza się w określonych momentach. W tradycji słowiańskiej woda była medium łączenia, nie tylko oczyszczania. Obmywanie rąk przed spotkaniem z kimś bliskim, picie ze wspólnego naczynia, to były gesty, które miały konkretne znaczenie społeczne. Można to przenieść na pracę indywidualną, na przykład rytuał obmycia dłoni z intencją bycia gotowym na dotyk, na obecność drugiej osoby. Brzmi prosto, ale powtarzane regularnie działa na zmianę nastawienia ciała.
Czytam i mam jedno pytanie, bo jestem tu trochę z boku. Czy to, co opisujecie, to jest coś, co osoba może robić sama, w domu, bez prowadzenia kogoś z zewnątrz? Bo mam wrażenie, że tu zaczyna się robić dość zaawansowane i zastanawiam się, czy samodzielna praca jest w ogóle bezpieczna przy czymś tak delikatnym jak zaburzenia przywiązania.
Doszedłem tu późno, ale mam swoje trzy grosze. Pracowałem z runami w kontekście więzi i chcę powiedzieć, że dwie runy są tu często wymieniane: Gebo, czyli dar i wymiana, która symbolizuje dawanie i przyjmowanie w równowadze, i Othala, czyli dziedzictwo i korzenie. Othala jest ciekawa właśnie przy tym, o czym piszecie bo można ją rozumieć jako dziedzictwo, które można wybrać albo odłożyć. Rytuał medytacyjny z Othalą, z pytaniem, co z linii rodzinnej chcę zatrzymać, a czego nie, może być dobrym punktem wyjścia. Nie wymaga dużo, tylko spokój i gotowość na to, co wyjdzie. 😀
Czytam tę rozmowę i próbuję to poukładać. Więc jeśli dobrze rozumiem, bezpieczny punkt startowy to: kamień, woda, prosta intencja, ciało obecne. Praca z przodkami to kolejny etap i wymaga większego przygotowania. Dobrze to ogarniam, czy upraszczam za bardzo?
ehh, obsydian gdzieś tu padał wcześniej i to może być trafniejsze. Albo labradoryt, który nie jest oczywisty, ale przy pracy z wzorcami z dzieciństwa bywa zaskakująco dobry. Nie "miękki" ale pracuje z tym, co niewidoczne. Tyle że labradoryt to juz coś, co warto mieć w rękach, żeby ocenić. Ona mogłaby poprostu wejsc do sklepu z kamieniami i zobaczyć, co ją zatrzyma. To też może być rytuał w pewnym sensie.
Czytam to, co piszecie o labradorytach i obsydianach i za każdym razem mam ten sam dylemat. To znaczy rozumiem, że ludzie mają z tym doświadczenia, nie kwestionuję. ale zastanawia mnie, czy to co czujemy przy kamieniach to jest coś specyficznego dla danego minerału, czy raczej coś, co sami wnosimy. Bo jeśli to drugie, to może nie ma znaczenia, który kamień, tylko że w ogóle jest jakiś fizyczny przedmiot z intencja. Ktoś próbował to sprawdzić, dajmy na to, biorąc kamień, nie wiedząc, jaki to jest?
Tak, i to nie jest detal. To jest być może ważniejsze niż cały rytuał. Zwłaszcza przy tym wzorcu, który opisujesz: intensywność, potem pustka. Zakończenie rytuału powinno być czymś, co angażuje zmysły i sygnalizuje: to się skończyło, jestem tu, wszystko zostaje. Nie musi być długie. Może być dosłownie: zjadłam kawałek czegoś, umyłam ręce, wyszłam za drzwi. Ale musi byc. ^^
Czytam i mam pytanie które może brzmieć naiwnie. skąd wiecie, że to co czujecie podczas rytuału pochodzi z rytuału, a nie po prostu z tego, że skupiliście uwagę na sobie przez dłuższą chwilę? Pytam serio, bo rozmawiamy o zaburzeniu przywiązania i zastanawiam się, czy sam akt skupienia się na sobie przez godzinę nie byłby juz terapeutyczny, niezależnie od symboli. 🙂
ojejku, wchodzę w ten wątek, bo to ciekawe pytanie. Z mojego doświadczenia rytuał daje coś, co terapia rzadko oferuje: możliwość zaadresowania czegoś, co nie ma języka. Przy zaburzeniu przywiązania duża część wzorców pochodzi z okresu przed słowami. Terapia werbalna siłą rzeczy pracuje na poziomie, gdzie już jest mowa. Rytuał może wejść wcześniej, przez ciało, obraz, symbol, zapach.
ehh, ten punkt o sprawczości i kontroli jest bardzo trafny. Ona naprawdę ma to. Bardzo potrzebuje kontrolować przebieg rzeczy i jednocześnie czuje się fatalnie, gdy ma wrażenie, że coś wymknęło się spod kontroli. Nie pomyślałam o tym, że rytuał może być dla niej przestrzenią, w której kontrola jest czymś dobrym, a nie objawem problemu. To zmienia trochę mój ogląd.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że rozmowa idzie w stronę psychologii klinicznej. Nie mówię, że to złe, ale ta osoba chyba przede wszystkim potrzebuje terapeuty, a nie rytuału. Przy prawdziwym zaburzeniu przywiązania żaden kamień nie zastąpi pracy z człowiekiem. Nikomu nie wyszło na dobre, że zamiast terapii robił obrzędy.
Czytam to i mam jedno pytanie do siebie, bo nie wiem jak inaczej to sprawdzić: czy ja naprawdę wiem, czy ta osoba chce cokolwiek zmieniać? Piszę tu od początku w trybie "jak jej pomóc", ale ona mnie o to nie prosiła. Rozmawiałyśmy o tym, że trudno jej się przywiązać, ale nie wiem, czy ona traktuje to jako problem do rozwiązania, czy jako swój sposób na życie. I zastanawiam się, czy proponowanie jej rytuału nie byłoby trochę narzucaniem jej mojej interpretacji jej samej.
To jest jedno z ważniejszych pytań w tym wątku. Jeśli ona tego nie definiuje jako problem, to żaden rytuał nie zadziała, bo intencja musi być jej, nie twoja. Możesz jej opowiedzieć, że coś takiego istnieje, możesz podzielić się czym, ale decyzja i motywacja muszą wyjść od niej. Inaczej to staje się kolejną relacją, w której ktoś wie lepiej, czego ona potrzebuje. A to akurat jest dokładnie tym, co ten wzorzec przywiązania zwykle wzmacnia, nie leczy. Choc przyznaję, że sama nie wiem, gdzie dokładnie przebiega granica między zaproszeniem a narzucaniem - i to jest pytanie, które zostawiam otwarte. Może ktoś z Was potrafi je rozstrzygnąć lepiej ode mnie.
