Wincenty, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie, muszę trochę rozwinąć to, co Cecylka powiedziała o drzwiach. Moim zdaniem zamknięcie wpływa i na zmęczenie, i na skuteczność, ale nie w prosty sposób przyczynowo-skutkowy. Bardziej chodzi o to, że bez domknięcia rytuał zostaje zawieszony w jakimś pół-stanie i ty zostajesz z nim. A jak jesteś z nim, to twoja uwaga i energia nadal tam tkwią. Więc to wyczerpanie jest właściwie efektem tego, że nie wyszłaś ze stanu pracy.
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie z tym pół-stanem, bo mnie to otwiera nowe pytanie. Czy to znaczy, że jeśli ja po rytuałach miłosnych od razu włączam telewizor i staram się rozprószyć, to to jest złe? Bo właśnie tak robiłem, myśląc, że to mi pomaga wyjść z tego stanu.
Zastanawia mnie jedna rzecz w tej całej rozmowie. Mówicie dużo o technikach zamykania, ale czy ktoś miał sytuację, gdzie techniki nie pomagały i zmęczenie było mimo wszystko? Bo ja próbowałam różnych sposobów i przy pewnych rytuałach miłosnych, tych dłuższych, po prostu byłam rozbita przez kilka dni bez względu na to, co robiłam po.
A może po prostu za dużo w tym wszystkim szukamy przyczyn energetycznych, a to jest po prostu zmęczenie emocjonalne? Bo jak ktoś mocno skupia się na czymś osobistym, na uczuciach, na konkretnej osobie, to naturalnie jest po tym wykończony emocjonalnie. Nie trzeba szukać przyczyny w rytuałach.
Chcę zapytać o coś, co mnie nurtuje od jakiegoś czasu, bo może ktoś to przerabiał. Czy to zmęczenie jest zawsze po rytuałach, czy tylko wtedy, kiedy rytuał dotyczył kogoś konkretnego? Bo jak robię coś ogólniejszego, to nie mam tego tak bardzo, ale jak skupiam się na konkretnej osobie, to potem jestem rozklejona.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z innej strony. Czy to zmęczenie po rytuałach miłosnych jest bardziej wyraźne, kiedy rytuał dotyczył kogoś, do kogo mamy silne emocje, czy odwrotnie, kiedy robimy to trochę bardziej chłodno? Bo mi się wydaje, że emocjonalne zaangażowanie powinno tu zmieniać sprawę.
Hortensja, to bardzo dobre pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo u różnych osób jest inaczej. U mnie zawsze bywa gorzej, kiedy jest silne emocjonalne zaangażowanie. Ale słyszałam od innych, że robienie czegoś 'na zimno', bez wiary, też ich wyczerpuje, tylko w inny sposób, bardziej takim poczuciem pustki niż rozmemłania. Jakby cena za zaangażowanie i cena za brak zaangażowania były inne, ale obie istniały.
Czytam ten wątek od dawna i pierwszy raz się odezwę, bo mam wrażenie, że moja sytuacja pasuje do tego, co opisujecie. Robiłam ostatnio kilka rytuałów z rzędu, bo byłam niecierpliwa z efektami, i skończyłam z takim wyczerpaniem, że przez kilka dni nie mogłam nic. Nie wiedziałam wtedy, że to może być związane z tym brakiem zamknięcia między nimi.
To, co Almandynka mówi o przeżuwaniu, bardzo mi pasuje do tego, co czuję. Ale mam dodatkowe pytanie, bo mnie to nurtuje, czy to przeżuwanie można jakoś aktywnie zakończyć, czy trzeba po prostu czekać, aż samo odpuści? Bo u mnie czasem to trwa zbyt długo i nie wiem, czy są jakieś sposoby, żeby skrócić ten stan.
No właśnie, to przeżuwanie. Almandynka, rozumiem, że to sygnał, ale czy jest jakaś metoda, żeby je skrócić? Bo u mnie to przeżuwanie potrafi ciągnąć się kilka dni i przez ten czas jestem kompletnie wyłączona z normalnego funkcjonowania. Nie chodzi mi o to, żeby zignorować ten stan, tylko żeby nie tkwić w nim za długo.
A nie jest tak, że to 'kręcenie się w kółko' to po prostu lęk o wynik? Bo jak komuś na czymś bardzo zależy, to naturalnie wraca myślami do tego, nie dlatego że rytuał jest otwarty energetycznie, tylko dlatego że emocjonalnie sprawa jest nierozwiązana. To chyba nie jest żaden fenomen magiczny.
Milosz, mam wrażenie, że obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie i nie muszą się wykluczać. Lęk o wynik jak najbardziej nakłada się na to zmęczenie i potrafi je intensyfikować. Ale ja u siebie rozróżniam te stany. Znam swój lęk i znam to inne uczucie, takie jakby ktoś ciągnął mnie za coś, czego nie ma fizycznie. To nie jest tylko niepokój o rezultat. Choć rozumiem, że dla kogoś z zewnątrz te dwie rzeczy mogą wyglądać identycznie.
Słucham i zastanawiam się, czy ktoś próbował prowadzić jakieś własne obserwacje, porównywać na przykład zmęczenie po rytuałach, przy których był lęk o wynik, z tymi, przy których podchodziło się bardziej spokojnie? Bo to by chyba powiedziało coś o tym, co ile generuje ten lęk, a co coś innego.
Ja bym się chętnie podjęła czegoś takiego z notatkami. Mam pytanie do Onufry, bo to wróciło mi do głowy, wspominałeś wcześniej o tym mentalnym przecięciu nici. Czy to trzeba robić od razu po rytuale, czy może być z opóźnieniem, jeśli się zapomni?
Mnie to, co mówicie o zamykaniu, trochę niepokoi, bo ja zazwyczaj kończę rytuał i od razu mam poczucie, że jest po wszystkim. A potem się okazuje, że przez kilka nocy nie śpię dobrze. Czyli może to zamknięcie, które czuję, jest tylko wyobrażone?
To pobudzenie bez konkretnych myśli, o którym mówi Rozalinda, jest dla mnie znajome. I zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten moment, kiedy ciało jeszcze jest w trybie pracy, a głowa już się wyłączyła. Jakby dwa układy rozjeżdżały się w tempie powrotu do normalności. Czy ktoś miał wrażenie, że zimny prysznic albo intensywne wyjście na powietrze skracało ten stan?
Wróćmy na chwilę do tego, co mówiła Cecylka o pracy rękoma. Mam pytanie, bo to brzmi dla mnie sensownie, ale zastanawiam się, czy chodzi o to, żeby po prostu zająć się czymś mechanicznym, czy może o to, że kontakt z materią działa tu specyficznie? Bo jakby to drugie, to rozumiałabym lepiej, dlaczego na przykład samo oglądanie serialu nie pomaga.
Wracając do pytania o pracę rękoma, bo to mnie naprawdę zaintrygowało w tym, co mówiła Cecylka. Mam wrażenie, że chodzi o coś więcej niż samo zajęcie się czymś mechanicznym. Jakby kontakt z materiałem, glina, ciasto, ziemia, coś fizycznego, dawał ciału jakiś sygnał że jesteśmy tu i teraz, nie w tym przestrzeni, którą się tworzyło podczas rytuału. Ale mogę się mylić, to tylko moje odczucie.
Milosz, ale czy to w ogóle jest ważne rozróżnienie dla praktycznych celów? Jeśli coś działa, to działa, niezależnie od mechanizmu. Mnie bardziej interesuje, co konkretnie pomaga i dlaczego akurat to, a nie coś innego. Pytanie o to, czy to jest 'energetyczne' czy neurologiczne, może nigdy nie zostać rozstrzygnięte, i nie sądzę żebyśmy tu byli w stanie to rozstrzygnąć.
Natomiast te dwie interpretacje nie są sprzeczne, bo mogą opisywać to samo zjawisko z różnych poziomów. Mnie bardziej interesuje praktyczne pytanie, które tu pominęliśmy: czy zmęczenie po rytuałach miłosnych ma coś wspólnego z tym, że są one z natury 'dwustronne'? W sensie, że angażujesz nie tylko własną intencję, ale kierujesz ją na konkretną osobę. To chyba inaczej rozkłada nakład niż rytuał skierowany na siebie.
To co mówi Onufry brzmi przekonująco, bo ja mam dokładnie to po pewnych rytuałach. Że przez jakiś czas zaczyna mi się uruchamiać taki wewnętrzny model tej drugiej osoby, prawie jak symulacja. Co ona teraz robi, co czuje, jak zareaguje. I to jest naprawdę wyczerpujące, bo to nie ustaje samo z siebie.
To co opisuje Salomejka jest w literaturze dotyczącej magii sympatycznej określane jako efekt identyfikacji, kiedy w pracy z konkretną osobą korzysta się z jej danych, imienia, zdjęcia, i to tworzy coś w rodzaju ciągłego połączenia mentalnego. Niektórzy piszą o tym jako o 'psychicznym uchwycie'. Nie twierdzę że wiem jak to działa, ale ten wzorzec jest opisywany przez praktyków z bardzo różnych tradycji.
Pożegnanie intencji to bardzo ładne określenie i chyba lepsze niż to, czym się zwykle posługuję. Ale mam pytanie, bo próbowałam czegoś podobnego i przez chwilę po tym czułam się dobrze, a potem i tak wszystko wracało. Czy to znaczy, że źle to przeprowadziłam, czy może że taki rytuał zamknięcia trzeba powtarzać?
Immortela, myślę że to nie musi być kwestia błędu. Czasem to co wróciło to nie jest ta sama pętla, tylko inna warstwa tej samej sprawy. Zrobiłaś zamknięcie jednego poziomu, a pod spodem był jeszcze inny, głębszy. To nie jest rzadkie w rytuałach miłosnych, bo emocje tam są wielopoziomowe.
Czytam całą tę rozmowę i zaczynam rozumieć, dlaczego to pobudzenie, które opisywałam, tak długo u mnie trwało. Może naprawdę nie robiłam żadnego zamknięcia, bo zakładałam że poczucie końca po rytuale wystarczy. A to chyba różne rzeczy.
Słucham tego wszystkiego od jakiegoś czasu i chcę się odezwać, bo też mam to po rytuałach, ale u mnie wygląda trochę inaczej. Nie tyle bezsenność co takie ogólne otępienie przez kilka dni, jakbym był po bardzo intensywnym wysiłku. I naprawdę nie wiedziałem czy to w ogóle ma coś wspólnego z rytuałem czy po prostu mam słabszy czas. Czy to co opisujecie to może też tak wyglądać?
Ale zaraz, zaraz. Czy to nie jest zbyt proste wytłumaczenie, że jedni mają pobudzenie, inni otępienie i w obu przypadkach to po prostu układ nerwowy? Bo wtedy wychodzi, że rytuał jako taki nie ma znaczenia, tylko to jak kto reaguje na intensywne skupienie. Mógłby to wywołać film albo kłótnia.
