Nie wiem, czy ktoś jeszcze ma ten problem, ale po intensywniejszych rytuałach miłosnych czuję się dosłownie wyżęta jak szmata. Nie chodzi mi o jakieś delikatne zmęczenie, tylko o takie coś, jakby ktoś odkręcił odpływ i wszystko po prostu... wyszło. Przez kilka dni potem nie mam siły na nic, śpię więcej, czasem boli mnie głowa. Zastanawiam się, czy to jest coś, czego można unikać, czy raczej trzeba to po prostu przeczekać. Jak wy sobie z tym radzicie? Bo czytałam różne rzeczy, jedni mówią o uziemianiu, inni o ochronie energetycznej przed samym rytuałem, ale nie bardzo wiem, co realnie działa.
To, co opisujesz, brzmi jak klasyczny drenaż po pracy z emocjonalnie naładowanymi intencjami. Rytuały miłosne ciągną z warstwy, którą niektórzy nazywają ciałem emocjonalnym, i nie każdy o tym myśli, zanim siądzie do roboty. Sama przez długi czas ignorowałam zamknięcie po rytuałach i płaciłam za to podobną cenę. Teraz zawsze kończę jakimś fizycznym gestem zamknięcia, żeby energia nie ciekła dalej po wszystkim. Ale mam jedno pytanie zanim cokolwiek powiem więcej: czy robisz cokolwiek żeby się energetycznie przygotować przed, czy wchodzisz w to od razu?
Czytam i mam wrażenie, że sam powinienem zacząć o tym myśleć. Robiłem kilka prostych rzeczy związanych z przyciąganiem i nie miałem pojęcia, że to może tak ciągnąć energię. Myślałem, że zmęczenie to po prostu późna pora, bo zazwyczaj robię te rzeczy wieczorem. Ale może coś w tym jest. Przepraszam, że się wtrącam z głupim pytaniem, ale jak wy w ogóle rozróżniacie zmęczenie normalne od tego magicznego? Bo dla mnie to na razie wygląda tak samo.
Słucham i mam takie wrażenie, że to zmęczenie to może być po prostu sygnał, że rytuał zadziałał, że energia poszła, więc trzeba się spodziewać pustki po. Czyli im bardziej jesteś wyżęta, tym więcej włożyłaś i tym więcej poszło, no nie? Nie mówię, że tak jest na pewno, ale czy to nie byłoby logiczne?
Nie jestem biegła w rytuałach, ale czytam ten wątek i mam wrażenie, że dużo z tego, co tu mówicie, pasuje do tego, co czytałam o medytacji z silnymi wizualizacjami. Że też można się po nich poczuć rozstrojoną, jeśli nie ma się jakiegoś domknięcia. Czy uziemianie działa podobnie w przypadku rytuałów? Tzn. czy to są podobne techniki, czy coś zupełnie innego?
Wchodzę, bo czytam ten wątek od początku i jestem pod wrażeniem, jak dużo się tu mówi o tym, czego nie robić. Ale mam pytanie praktyczne, czy jest coś, co można zrobić w trakcie rytuału, nie tylko przed i po, żeby to zmęczenie zminimalizować? Albo czy raczej sama struktura rytuału miłosnego tak już jest, że po prostu kosztuje więcej? Dziękuję za całą tę dyskusję, naprawdę dużo mi to daje do myślenia.
Dziękuję bardzo za tę odpowiedź! To z tymi przerwami w trakcie to brzmi sensownie, ale mam takie pytanie, czy przerwa nie wybija z rytmu? Bo wyobrażam sobie, że jak coś nabiera tempa, to zatrzymanie się może to rozbić, nie?
To z tym autopiloten to mnie uderza, bo właśnie tak mi się zdarzało wpadać w ten stan. Rytuał się rozkręca, emocje rosną i nagle jesteś 20 minut dalej nie wiadomo skąd. A potem koniec i pustka. Ewunia, jak ty to rozróżniasz, kiedy ten flow jest dobry, a kiedy już jest sygnał, że traci się kontrolę nad tym, co się daje?
O, to z oddechem to coś, czego nauczyłam się właśnie w kontekście medytacji i tam też tego uczą jako pierwszy sygnał wyjścia spod kontroli. Ciekawe, że to działa podobnie. Mam wrażenie, że fizjologia nie kłamie, czy jak się jest w za silnym pobudzeniu emocjonalnym, to ciało zawsze to gdzieś pokazuje.
No dobra, ale czy to nie jest tak, że jak płytko oddychasz i się wciągasz, to właśnie wtedy rytuał idzie pełną parą? Rozumiem, co mówicie, ale mi się wydaje, że to podniecenie i ta utrata gruntu to jest właśnie moment, kiedy energia naprawdę płynie. Czyżby to było złe?
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie z tymi pasami, bo to mi dało coś do myślenia! Ale mam takie pytanie do całej dyskusji, skąd się bierze ta kotwica? Czy to jest jakiś przedmiot, czy raczej myśl, czy coś innego?
Wchodzę, bo to pytanie o kotwicę jest akurat czymś, o czym mogę powiedzieć coś konkretnego. W tradycjach runicznych mówi się o Jera jako zasadzie cykliczności i zamknięcia, i dosłownie wiele osób używa fizycznego przedmiotu z tą runą jako kotwicy podczas pracy. Ale poza runiką to może być dosłownie cokolwiek, co jest fizyczne i stałe, kamień w dłoni, świeca w zasięgu wzroku, jakiś element, który przypomina ci, że masz ciało i jesteś tu.
Dorzucę tu coś z zupełnie innej beczki. Czytałem o technikach stosowanych w niektórych tradycjach szamańskich, gdzie przed pracą z intensywnymi emocjami dosłownie ustawia się fizyczną granicę przestrzeni, obejście, krąg, jakaś linia. I po rytuale to się domyka z taką samą uwagą. To co tu mówicie o kotwicy to trochę to samo, tylko zamiast zewnętrznej granicy macie wewnętrzną, w ciele. Zastanawiam się, czy to jedna zasada działająca na różnych poziomach.
Salomejka, to jest coś, o czym sama myślałam od jakiegoś czasu. Mam wrażenie, że jak rytuał jest w tym samym miejscu, które potem 'resetujesz', to ciało dostaje sygnał. Ale jak robisz to przy kanapie, gdzie potem siedzisz i oglądasz cokolwiek, to granica między stanem rytualnym a normalnym jest rozmyta. Może właśnie dlatego to zmęczenie nie odpuszcza, bo nigdy nie ma wyraźnej zmiany kontekstu.
To niesamowite, że o miejscu nikt wcześniej nie mówił, a chyba jest w tym coś ważnego. Ja robię wszystko w sypialni i teraz myślę, że to może być problem. Masz jakieś pomysły na to, jak wytyczyć to miejsce, jak nie ma się osobnego pokoju czy czegoś takiego?
A czy to nie jest właśnie to, co robi się w mindfulness, ta rama początek i koniec? Bo czytałam, że przy długich sesjach medytacyjnych też sugeruje się pewne rytualne gesty wejścia i wyjścia, żeby mózg wiedział, że to nie jest normalny tryb. Trochę wygląda na to, że tu mówimy o tym samym, tylko inne słowa.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i dziękuję Wam wszystkim za tę rozmowę, bo naprawdę dała mi dużo do myślenia. Mam jednak takie pytanie, które może być głupie, ale czy to zmęczenie można jakoś skrócić, jak już wystąpi? Czyli czy jest coś na efekt, a nie tylko na zapobieganie?
Mocarna, ta zimna woda na nadgarstki to naprawdę działa, kilkukrotnie sprawdzałam i za każdym razem byłam zaskoczona, jak szybko coś się zmienia w głowie. Ale chciałam dopytać, bo wspomniałaś o jedzeniu, czy masz wrażenie, że to co jesz po rytuale ma jakieś znaczenie poza tym, żeby w ogóle coś zjeść? Bo mi się wydaje, że raz zjadłam coś słodkiego i było gorzej, ale mogło być też tak, że po prostu rytuał był trudniejszy.
Tak, mam to wrażenie i to nie jest chyba przypadek. Cukier na początku daje złudne zakorzenienie, bo szybki wzrost energii, ale potem następuje zjazd i to może nakładać się na i tak już nadwyrężony układ nerwowy. Mi lepiej wychodzi coś białkowego albo właśnie te ziemiste rzeczy, orzech, chleb razowy, hummus. Ale mam pytanie, bo nie wspomniałaś, ile mniej więcej po rytuale to jesz? Bo timing chyba też ma znaczenie.
A może po prostu chodzi o to, że ciało jest po prostu zmęczone i potrzebuje czegokolwiek, a my za dużo analizujemy co konkretnie? Szczerze, czy nie jest tak, że jak ktoś jest naprawdę wyczerpany, to zje co mu dasz i nie ma to aż takiego znaczenia?
Czytam i mam pytanie, bo może to głupie, ale skąd w ogóle wiadomo, że to zmęczenie po rytuale, a nie po prostu zwykłe zmęczenie z życia? Ja na przykład robię rytuały wieczorami, bo wtedy mam czas, i potem i tak jestem zmęczona, więc nie wiem, jak to rozdzielić.
To ruminowanie po rytuałach to jest coś, co mnie też dotyczy i nie wiedziałam, że to ma związek z tym zmęczeniem. Myślałam, że to po prostu nerwy, że sprawdzam efekty w myślach. Ale jak tak mówisz Ewunia, to teraz zaczynam łączyć to ze sobą.
Mam taką obserwację, trochę z boku tej rozmowy o jedzeniu i ruminowaniu. Czytałem o tradycji hoodoo, gdzie po pracy rytualnej jest coś w stylu formalnego pożegnania przestrzeni, nie tylko sprzątnięcie, ale dosłownie wypowiedzenie na głos zamknięcia. I ta werbalizacja ma podobno działać właśnie na ten problem, żeby umysł wiedział, że to koniec. Czy ktoś z was próbował czegoś podobnego?
Bardzo dziękuję za ten wątek o galdr, bo nie wiedziałem w ogóle, że istnieje coś takiego jak wibracja, która się ciągnie. Czy to znaczy, że jak tego nie zamknę, to rytuał nadal jakoś działa? I czy to może być przyczyna tego zmęczenia?
Onufry, wróżę do tego, co powiedziałeś o hoodoo, bo mnie to uderzyło. Sama nie mówiłam nigdy nic na głos przy zamknięciu, zawsze gaszę świecę i już. Teraz zastanawiam się, czy ta cisza po rytuałach, którą miałam zwykle, jest właśnie tym brakiem domknięcia. Ale jak ta werbalizacja ma wyglądać, żeby była szczera, a nie tylko odrecytowana formułka?
A wchodząc trochę z boku, czy ta werbalizacja to nie jest podobne do tego, co robi się przy afirmacjach, tzn. ważne, żeby naprawdę w to wierzyć kiedy mówisz, inaczej to puste słowa? Bo jak ktoś mówi zamknięcie na siłę, bo tak trzeba, to czy to działa tak samo?
Dziękuję Cecylko za to porównanie z drzwiami, bo nigdy bym tego tak nie ujął, a teraz mi się to wszystko jakoś poukładało. Chciałem zapytać, czy ten sygnał zamknięcia ma znaczenie tylko jeśli chodzi o zmęczenie, czy też ma wpływ na to, jak działa sam rytuał?
