Mam takie pytanie, bo ostatnio trochę poczytałam na różnych stronach i nie mogę dojść do ładu. Chodzi o zdjęcia w rytuałach miłosnych. Jedni piszą, że bez fotografii to w ogóle nie ma sensu robić czegokolwiek, bo nie ma jak 'trafić' w konkretną osobę. Inni z kolei twierdzą, że zdjęcie nie robi żadnej różnicy, a nawet może coś namieszać. I teraz nie wiem co o tym myśleć. Czy ktoś faktycznie porównywał jedno z drugim? Mam na myśli czy ktoś robił dwa podobne rytuały i widział jakąś różnicę?
Akurat mam tu coś do powiedzenia bo sam próbowałem różnie. Ze zdjęciem jest inaczej, to czuć już na etapie przygotowań. Ale powiem szczerze że bez zdjęcia tez mi sie zdarzało i efekty przychodziły. Zależy od tego co robiłeś i jak bardzo byłeś skupiony. Foto to taki skrót do osoby ale nie jest niezbędne.
Kwestia zdjęcia jest faktycznie dyskusyjna i widzę, że temat powraca co jakiś czas w różnych miejscach. Z mojego doświadczenia wynika, że fotografia działa jako tzw. link, czyli fizyczny łącznik z energią danej osoby. Stara szkoła magii sympatycznej opiera się na zasadzie, że podobne przyciąga podobne, a przedmiot lub wizerunek powiązany z osobą staje się jej reprezentacją w rytuale. Nie twierdzę, że bez zdjęcia nie zadziała, ale z nim skupienie intencji jest po prostu precyzyjniejsze.
No to ja mam pytanie właśnie w tym temacie. Bo rozumiem, że zdjęcie ma zastępować kontakt z osobą, ale co jeśli zdjęcie jest stare, powiedzmy sprzed kilku lat? Czy to ma jakieś znaczenie? Bo logicznie myśląc, człowiek się zmienia, wygląda inaczej, jest kimś innym. Czy stare zdjęcie nie trafi wtedy w kogoś kto już nie istnieje?
A skąd w ogóle wiadomo czy połączenie jest dobre czy nie? Nie wiem jak to rozpoznać, bo nigdy nic podobnego nie robiłam. Czy to się jakoś czuje podczas rytuału?
Sam się nad tym zastanawiałem przez długi czas. Myślę, że to indywidualne. Jedni mówią o cieple w dłoniach, inni o jakimś spokoju albo nagłym skupieniu. Ja osobiście zauważam że kiedy mam przy sobie coś należącego do osoby albo jej zdjęcie, łatwiej mi utrzymać wyobrażenie tej osoby. Bez tego umysł trochę dryfuje.
Ale czy to nie jest tak, że jak robimy rytuał bez zdjęcia, to po prostu musimy mocniej pracować wyobraźnią? Wydaje mi się, że ostatecznie liczy się siła intencji, a nie fizyczny obiekt. Zdjęcie to tylko pomoc dla głowy.
Słucham tej dyskusji i chcę dorzucić coś z innej strony. W tradycjach afrykaskich i ich potomnych jak voodoo czy candomblé, użycie fizycznego łącznika to absolutna podstawa. Ale tam chodzi nie tylko o zdjęcie, ale o wszystko co pozostawiło ślad energetyczny: włosy, paznokcie, podpis. Zdjęcie jest w tej hierarchii dość niskie, bo to tylko wizerunek. Z kolei w niektórych tradycjach europejskich, szczególnie tych wywodzących się z ceremonialnej magii, intencja i wizualizacja były ważniejsze niż obiekty. Dlatego nie ma jednej odpowiedzi.
Och, dziękuję za to wyjaśnienie, bo naprawdę sporo mi rozjaśniło! Nigdy nie myślałam o tym w takich kategoriach. Mam pytanie, bo trochę się boję: czy jeśli ktoś nie ma żadnego fizycznego śladu i żadnego zdjęcia, to w ogóle ma sens próbować?
Ja to bym chciała wiedzieć ile czasu zajmuje że w ogóle cokolwiek widać. Bo czytam różne opinie, jedni piszą że efekty po tygodniu, inni że trzeba czekać miesiącami. To dosłownie wszystko jedno co robisz, ze zdjęciem czy bez?
Właśnie mnie zastanawia ta mechanika. Bo jak rozumiem z tego co napisała Dobrochnaa i Terenia62, to zdjęcie jest jak adres. Bez adresu piszesz list do nieba i nie wiadomo czy trafi. Ale czy ktoś próbował alternatywnie, zamiast zdjęcia użyć na przykład imienia i daty urodzenia? Bo to też jest dość precyzyjna informacja o osobie.
Słucham tej rozmowy i jestem szczerze ciekawa jednej rzeczy. Bo wszystko brzmi spójnie, ta hierarchia połączeń i tak dalej. Ale czy ktokolwiek tutaj faktycznie weryfikował że to działa inaczej, czy to tylko teoria przekazywana dalej? Pytam bez złośliwości, bo mnie to naprawdę zastanawia jak odróżnić to co działa od tego co tylko brzmi logicznie.
Ja robiłem, choć nie planowo. Raz nie miałem zdjęcia pod ręką i zrobiłem bez, drugi raz ze zdęciem. Efekty? Trudno powiedzieć że to zdjęcie zrobiło różnicę, ale podczas rytuału ze zdjęciem czułem się bardziej skupiony i mniej rozproszony. Może to placebo, może nie, nie wiem.
A to skupienie jest ważne? Myślałam że liczy się bardziej to co się robi, a nie to jak bardzo się jest skupionym. Czy skupienie zmienia wynik, czy po prostu sprawia że się lepiej czuje w trakcie?
Skupienie to nie tylko komfort psychiczny. To podstawa każdej pracy intencyjnej, bo bez skupienia intencja się rozszczepia. Możesz robić wszystko technicznie poprawnie, ale jeśli myśl odpływa co chwilę, to jakbyś pisał ten list bez porządnego adramentu, ślad zostaje ale blady. Przynajmniej tak to widzę po swoich próbach.
Imię na kartce to kompletnie co innego niż zdjęcie, serio. Imię to dźwięk zakodowany w piśmie, zdjęcie to obraz energetyczny osoby. To dwie różne warstwy połączenia i nie są wymienne.
Nie trzeba ich ze sobą zestwiać w kategorii lepsze albo gorsze. Można ich użyć razem i wtedy masz i warstwę wizualną i warstwę fonetyczną lub wibracyjną, w zależności od tradycji. Sporo praktyków łączy oba elementy właśnie dlatego żeby zakotwiczenie było mocniejsze z różnych stron jednocześnie.
Ale czy to działa tak samo szybko? Bo jeśli samo imię jest słabsze, to może po prostu trwa dłużej i nie warto się łudzić?
Słuchajcie, a czy ktoś kiedyś miał tak że rytuał bez zdjęcia zadziałał szybciej niż ten ze zdjęciem? Bo w oparciu o to co czytam powinno być odwrotnie, ale ciekawi mnie czy ktoś miał inne doświadczenie.
No i właśnie to jest ten problem z całą tą dyskusją. Mnóstwo teorii, dużo przekonań, ale weryfikacja jest praktycznie niemożliwa bo każdy przypadek jest inny. Jak w ogóle można wyciągnąć jakieś wnioski z czegoś tak niepowtarzalnego?
A mnie teraz zastanawia co się dzieje ze zdjęciem po rytuale. Czy je się przechowuje, spala, oddaje naturze? Bo nie spotkałam się z tym tematem a intuicyjnie czuję że to nie jest obojętne.
To zależy od intencji i od tradycji. W hoodoo zdjęcie bywa przechowywane w tzw. mojo bag albo pod świecą przez określony czas i ma utrzymywać połączenie. Spalenie kończy rytuał i uwalnia intencję w kierunku manifestacji, trochę jak wysłanie listu. Zakopanie to trzecia opcja, bardziej długoterminowa i związana z ziemią jako żywiołem. Nie ma jednej odpowiedzi bo każde zakończenie robi coś innego.
To jest ciekawe pytanie bo w sumie spalenie można interpretować dwojako. Albo uwalniasz intencję i ona idzie dalej działać, albo kończysz połączenie. I różne tradycje mówią co innego w tej kwestii.
Czekajcie, ale jak to intencja decyduje? Mam powiedzieć na głos że spalam żeby uwolnić, czy to musi być przemyślane wcześniej? Nigdy nie myślałam że to co mówię w trakcie ma znaczenie, myślałam że liczy się samo działanie.
To jest jeden z częstszych błędów w zrozumieniu jak magia działa, że skupia się na formie a nie na treści. Słowo wypowiedziane głośno w rytuale ma w wielu tradycjach funkcję zakorzeniającą, ale nie jest warunkiem koniecznym. Chodzi o świadomość intencji, nie o recytację.
Bardzo dziękuję że Terenia to napisała, bo ja też myślałam że trzeba coś mówić żeby działało. A wracając do zdjęcia, to czy jeśli ktoś nie ma zdjęcia i pracuje tylko z imieniem, to też powinien to jakoś zakończyć? Spalić kartkę z imieniem?
Spalanie imienia to w ogóle nie jest dobry pomysł. Imię niesie wibrację osoby i spalenie go może działać destrukcyjnie na tę osobę, szczególnie w kontekście miłosnym. Słyszałam o przypadkach gdzie po takim spaleniu stosunki tylko się pogorszyły.
