Mam wrażenie, że ta dyskusja trochę kręci się w kółko wokół pytania, czy zmęczenie jest 'prawdziwie magiczne' czy tylko psychologiczne, i że to może być nierozstrzygalny spór. Bardziej interesuje mnie co innego: czy zmęczenie po rytuałach miłosnych różni się od zmęczenia po innych rytuałach? Bo jeśli tak, to coś jednak specyficznego tu jest.
Mam podobne obserwacje co Salomejka, ale chciałam to doprecyzować, bo mnie interesuje jeden aspekt. Czy ta różnica, którą obserwujecie po rytuałach miłosnych, pojawia się też wtedy, kiedy rytuał jest robiony na kogoś, kogo znasz dobrze i od dawna, versus kogoś, kogo znasz mniej? Pytam, bo podejrzewam, że im więcej masz danych o osobie, tym silniejszy ten model.
Almandynka dotknęła czegoś, o czym rzadko się mówi wprost. Im więcej szczegółów o osobie masz w głowie, jej głos, sposób poruszania się, ulubione słowa, tym bardziej ten wewnętrzny model jest rozbudowany i tym bardziej absorbuje zasoby uwagi. To nie jest tylko kwestia emocjonalnego zaangażowania, ale dosłownie ilości danych, z którymi pracuje umysł.
Bardzo dziękuję za ten kierunek, bo to dla mnie naprawdę otwierające. Chciałem zapytać, czy to znaczy, że rytuały na osoby, których prawie nie znamy, mogą być mniej obciążające właśnie z tego powodu? Albo odwrotnie, że brak danych wymusza więcej wyobraźni i to też jest wyczerpujące?
Czytam to wszystko i widzę, że to zmęczenie, o którym mówicie, ma dużo wspólnego z tym, co znam z medytacji z mocną intencją. Kiedy długo trzymasz w głowie konkretny obraz albo osobę w medytacji skupionej, to efekt po jest naprawdę zbliżony do tego, co opisujecie. Ciekawe czy to jest ta sama dynamika.
U mnie nie zawsze. Są rytuały, po których właściwie nic szczególnego nie czuję poza zwykłym zmęczeniem jak po normalnej pracy. I zastanawiałam się co je różni od tych, które zostawiają ten długi ślad. Mam kilka hipotez, ale żadna nie jest stuprocentowo pewna.
Zgadzam się, że emocjonalne naładowanie robi różnicę, ale mam wrażenie, że to tylko część obrazka. Ja miałam rytuały bardzo spokojne i precyzyjne, bez dużych emocji, a i tak zostały przez dłuższy czas. I miałam takie z mocnym ładunkiem emocjonalnym, które odpuściły stosunkowo szybko. Więc to nie jest prosta korelacja.
Onufry, to brzmi przekonująco i jakoś układa mi to kilka moich własnych doświadczeń w sensowny wzorzec. Ale to by też znaczyło, że to jak rytuał jest zaprojektowany, czy ma jakiś moment rozładowania czy katharsis, ma bezpośredni wpływ na to jak długo to zmęczenie zostaje. Czy ktoś świadomie projektuje rytuały z tym na uwadze?
Hortensja poruszyła coś, co mnie zajmuje od dłuższego czasu. To czy rytuał ma wbudowane katharsis, czyli czy jest w nim moment, w którym emocja ma szansę się domknąć, zanim zakończysz. Ja celowo buduję w swoje rytuały taki punkt, gdzie daję sobie chwilę nie na skupienie, tylko wręcz przeciwnie, na rozproszenie i odpuszczenie. I mam wrażenie, że właśnie te rytuały zostawiają mniejszy ślad.
Milosz trafił w coś, co mnie też zastanawia, bo ta sprzeczność między planowaniem a spontanicznością pojawia się chyba w całej magii, nie tylko na końcu rytuału. Ale wracając do zmęczenia, mam takie pytanie do Nasturcji i Cecylki, czy ten moment rozproszenia faktycznie skraca czas regeneracji po? Macie jakieś poczucie, że to robi konkretną różnicę?
Słuchajcie, mam pytanie trochę z innej strony. Czy to zmęczenie i ta pętla myślowa, którą opisujecie, mogą się nasilać jeśli rytuał nie działa tak jak się oczekiwało? Bo ja miałam sytuację, że bardzo długo czekałam na jakiś znak czy odpowiedź, i chyba właśnie to czekanie było bardziej wyczerpujące niż sam rytuał.
Immortela pyta o czas i ja też nie mam gotowej odpowiedzi, ale obserwowałam u siebie taką zależność, że jeśli po kilku dniach nadal mam te aktywne myśli o osobie, to to jest sygnał, że coś zostało otwarte. Nie wiem czy to reguła, bo za mało mam próbek, ale chyba nie chodzi o konkretną liczbę dni, tylko o to czy intensywność opada czy nie.
