Właśnie po tej całej rozmowie zastanawiam się nad jedną rzeczą. Wiele razy słyszałam, że materiały znalezione mają 'historię', bo leżały gdzieś i coś zebrały. Ale czy ta historia jest zawsze problemem? Bo mnie się wydaje, że jeśli znajdę kamień w miejscu, które ma dla mnie znaczenie, np. przy miejscu gdzie kogoś poznałam albo gdzie czuję się dobrze, to ta historia jest raczej plusem, nie?
O, to jest ciekawe ujęcie. Kamień z ważnego miejsca plus tradycyjna odpowiedniość z Wenus to podwójne powiązanie. Jedno osobiste, drugie systemowe. Nie wiem czy się sumuje w sensie fizycznym, ale intencja przy rytuałe jest wtedy bardziej zakotwiczona bo masz więcej powodów żeby wierzyć w ten przedmiot. A to chyba nie jest bez znaczenia.
Właśnie o to mi chodziło w sumie gdy zadawałam to pytanie na początku. Nie o to który typ jest lepszy obiektywnie, tylko o to czy znalezione automatycznie jest gorsze. I chyba odpowiedź brzmi: nie, ale zależy jak i dlaczego go wybrałaś.
Dobra, ale jak to pogodzić z tym co mówiłyście wcześniej o oczyszczaniu? Jeśli kamień z ważnego miejsca ma tę pozytywną historię, to czy oczyszczając go nie wymazujesz tego co sprawia, że jest dla ciebie wartościowy?
Wchodzę w połowie tej rozmowy i chcę wrócić do wątku o materiałach dedykowanych, bo mam inne doświadczenie. Pracuję głównie z runami i tam często mam własnoręcznie robione runy z drewna znalezionego. I te runy dla mnie działają lepiej niż gotowe kupione, mimo że kupione są zrobione z odpowiedniego drewna według tradycji. Zastanawiam się czy to nie jest po prostu kwestia pracy włożonej w przedmiot, a nie tego czy jest znaleziony czy kupiony.
A ja mam inne pytanie, trochę z boku. Czy ktoś z was miał tak, że rytuał z materiałami znalezionymi przyniósł efekty, których się nie spodziewał? Mam na myśli coś innego niż zamierzał, albo szybciej, albo w zupełnie inny sposób? Bo zastanawiam się czy przypadkowość materiału znalezionego nie wprowadza też trochę przypadkowości do efektu.
Słuchajcie, ta rozmowa cały czas idzie w stronę technikaliów i mam wrażenie, że gubi się coś co dla mnie jest ważne. Mówimy o materiałach, oczyszczaniu, korespondencjach. Ale rytuał miłosny jest o kimś konkretnym albo o uczuciu które chcesz przyciągnąć. Czy naprawdę myślicie, że kamień różowy zamiast znalezionego kamienia robi tu aż taką różnicę wobec tego, co czujesz kiedy ten rytuał robisz?
Dokładnie to chciałam powiedzieć od jakiegoś czasu. Jak robiłam swój pierwszy rytuał, to nie miałam niczego 'odpowiedniego', wzięłam zwykłą świeczkę i kamień, który mi się podobał i coś napisałam na kartce. I coś się zmieniło po tym. Nie wiem czy to materiały, intencja, przypadek, ale nie żałuję że nie czekałam aż kupię zestaw.
No dobra, ale wróćmy do tej kwestii materiałów bo mi ta rozmowa Lelji daje do myślenia. Ona mówi że wzięła co miała i coś się zmieniło. Ale jak my mamy wiedzieć czy to był efekt rytuału, efekt intencji, czy po prostu zbieg okoliczności? Serio pytam, bo przy materiałach znalezionych tego chyba nie da się oddzielić.
To jest pytanie, które wraca w każdej dyskusji o skuteczności rytuałów i szczerze, nie ma na nie czystej odpowiedzi. Ale z mojego punktu widzenia samo zadawanie sobie tego pytania po fakcie może być pułapką. Robisz rytuał, coś się dzieje, i zaczynasz rozkładać to na czynniki pierwsze. Tymczasem w momencie gdy to robiłaś, byłaś skupiona i coś z siebie dałaś. Czy materiał był 'odpowiedni' to osobna kwestia od tego, czy intencja była prawdziwa.
Ta rozmowa idzie w ciekawe miejsce, bo na początku pytałam o różnicę między znalezionym a dedykowanym i teraz widzę, że może pytałam o złą rzecz. Może nie chodzi o materiał sam w sobie, tylko o to co ty do tego wnosisz. Materiał dedykowany pomaga ci się skupić, bo wiesz dlaczego go wybrałaś. A znaleziony albo sam przykuwa uwagę albo ma jakieś znaczenie które ty mu dajesz. Efekt może być podobny, ścieżka inna.
Ale jak to jest z tym skupieniem? Bo mi się wydaje, że jak mam zestaw gdzie wszystko jest 'dobrane', to mogę się zagubić właśnie w tym doborze. Myślę bardziej o tym czy mam właściwy kolor czy właściwy kamień niż o tym co chcę osiągnąć. Czy to mi się może wydaje, czy ktoś miał podobnie?
Przy runach, o których mówiłem wcześniej, mam taki etap pośredni. Zanim użyję nowych run do czegokolwiek, trzymam je przy sobie, patrzę na nie, rysuję je ręcznie. To jakby uczenie się ich przez kontakt zanim zacznę je stosować. Może przy materiałach znalezionych jest podobnie, że trzeba je po prostu mieć przy sobie zanim wejdą do rytuału.
Ta dyskusja między Blanką a Wiciokrzewem pokazuje coś ważnego dla całego tematu wątku. Mamy dwa różne rozumienia tego czym jest 'właściwość materiału'. Jedno jest obiektywne, systemowe, drugie relacyjne i kontekstowe. I te dwa rozumienia determinują jak postrzegamy różnicę między materiałem znalezionym a dedykowanym. Jeśli właściwości są obiektywne, znaleziony kawałek różowego kwarcu ma te same właściwości co kupiony celowo. Jeśli relacyjne, to każdy materiał jest inny dla każdej osoby i w każdym momencie.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale ta rozmowa o tym czy właściwości są obiektywne czy nie to chyba pytanie, które dotyczy każdej ezoteryki, nie tylko rytuałów miłosnych, nie? Nie wiem czy to ma sens tutaj rozstrzygać, bo każdy pewnie wierzy w co wierzy. Mnie bardziej interesuje praktyczne pytanie: jeśli ktoś naprawdę chce zrobić coś z miłością, to od czego ma zacząć? Materiały z natury czy kupione?
Mam pytanie do tej kwestii znalezionych materiałów, bo ostatnio rozmawiałem z kimś kto powiedział, że jeśli zbierasz coś z natury do rytuału miłosnego, to sezon ma znaczenie. Że wiosna jest lepsza bo energia wzrostu i tak dalej. Czy to ma jakieś oparcie w tradycjach, czy to taka ludowa logika?
O tym sezonie to mnie uderza coś innego. Jeśli zbierasz coś wiosną z intencją użycia do rytuału miłosnego, to ta intencja jest już w momencie zbierania. To materiał który zebrałaś celowo, z myślą. Czy to się jeszcze kwalifikuje jako 'znaleziony' czy już jako 'dedykowany', tyle że z natury?
To z tym spektrum mnie uderza, bo faktycznie jak o tym myślę, to każdy mój kamień który 'znalazłem' w sklepie mineralogicznym był trochę przypadkowy a trochę celowy. Wziąłem go bo coś mnie ciągnęło, ale nie wiedziałem do czego go użyję. Czy to jest znaleziony czy dedykowany według tej skali?
Ta rozmowa o spektrum jest dla mnie ciekawa z jeszcze jednego powodu. W hermetyzmie i magii ceremonialnej jest coś takiego jak consecration, czyli poświęcenie przedmiotu do konkretnego celu. I to poświęcenie jest właśnie tym momentem, w którym materiał neutralny staje się dedykowany. Nie ważne skąd pochodzi, ważne co zrobiłeś z nim w momencie rytuału konsekracji. Dlatego w tych tradycjach różnica między znalezionym a kupionym jest właściwie nieistotna, bo i tak oba wymagają tego samego kroku.
Ale to oczyszczanie przed konsekracją zakłada, że materiał zbiera energię z kontaktu z ludźmi albo miejscem. I jeśli to prawda, to wracamy do pytania Wiciokrzewu o relacyjność właściwości. Bo skoro kamień może 'zebrać' coś z otoczenia, to znaczy że jego właściwości nie są całkowicie stałe i obiektywne. Nie mogę jednocześnie twierdzić, że różowy kwarc jest zawsze przy Wenus niezależnie od kontekstu, i że muszę go czyścić bo nabrał czegoś po drodze.
Wróćcie do sezonowości bo mam jeszcze jedno pytanie. Zlata mówiła o Beltane i związku z miłością. Ale co z osobami które mieszkają na półkuli południowej? Tam Beltane wypada w październiku. Czy sezonowość jest astronomiczna, bo wtedy chodzi o prawdziwą wiosnę, czy kalendarzowa, bo wtedy dla Australijki Beltane jest w październiku, nie w maju?
To mnie zawsze zastanawia w kontekście rytuałów miłosnych, bo te są chyba bardziej osobiste niż kalendarzowe. Czy naprawdę potrzebna jest wiosna żeby rytuał miłosny zadziałał, czy to tylko dodatkowe wzmocnienie? Bo rozumiem że sezon może sprzyjać, ale chyba nie jest warunkiem koniecznym?
Ta metafora z płynięciem mi pasuje. Właśnie o to mi chodziło wcześniej jak mówiłam, że materiał pomaga skupić się na intencji. Może i sezon działa podobnie, dostarcza coś w tle co wspiera, ale to nie on robi robotę.
Słuchajcie, chcę wrócić do samego początku pytania, bo czuję że w tym spektrum znaleziony-dedykowany jest jeszcze jedna rzecz której nie ruszyłyśmy. Mówiliśmy o intencji przy zbieraniu i o konsekracji. Ale co z historią miejsca lub osoby od której materiał pochodzi? Na przykład kamień znaleziony w miejscu które ma dla ciebie znaczenie emocjonalne versus kamień kupiony w internecie. To chyba też coś zmienia?
Domicela trafia w coś co ja czuję intuicyjnie, ale nigdy tego tak nie nazwałam. Mam kamień zebrany z plaży gdzie byłam ze swoją babcią i on dla mnie znaczy więcej niż jakikolwiek kupiony. Nie wiem czy to 'działa lepiej' w sensie technicznym, ale kiedy go trzymam, to coś we mnie inaczej pracuje.
To mi daje do myślenia bo ja nigdy tak nie patrzyłam na materiały. Myślałam albo że coś 'pasuje' do rytuału albo że nie pasuje, według tego co gdzieś przeczytałam. A tu nagle jest cały wymiar osobisty i emocjonalny który chyba też się liczy. Czy to znaczy że każdy musi wypracować swój własny system doboru materiałów i nie ma jednej dobrej odpowiedzi?
To co napisała Aniela mnie zatrzymało. Czy to znaczy że każdy materiał ma jakby dwa wymiary, jeden obiektywny, a drugi zupełnie subiektywny i oba mogą wpływać na rytuał? Bo do tej pory myślałam że te właściwości są zewnętrzne, gdzieś opisane w źródłach. A tu nagle wychodzi że może coś być magicznie użyteczne dla mnie bo ma znaczenie w mojej historii, nawet jeśli z 'książkowego' punktu widzenia to zwykły kamień.
