A propos konsekwencji - wróćmy do kwestii czasu, bo to wciąż siedzi mi w głowie. Mam wrażenie, że wiele osób, które pytają o rytuały na osoby bez zgody, robi to w momentach absolutnego emocjonalnego dna. I wtedy Wenus retrograde albo kwadrat Marsa i Saturna to nie jest tylko symbol - to jest dosłownie stan ich wewnętrznego świata. I rytuał w takim momencie niesie ten stan.
To jest chyba jeden z bardziej sensownych argumentów jakie tu padły - że nie chodzi tylko o etykę wobec drugiej osoby, ale o to co robisz sam ze sobą. Jeśli rytuał jest kanałem twojego stanu wewnętrznego, to może zanim w ogóle zaczniesz cokolwiek robić, warto zapytać skąd to chcenie pochodzi.
Szczerze? Nie sądzę, żeby dało się to ocenić z zewnątrz w jakiś rzetelny sposób. Mogę patrzeć na kogoś i widzieć, że jest w rozsypce, ale on może być przekonany, że jest w pełni skupiony. I odwrotnie - ktoś spokojny z zewnątrz może mieć wewnątrz kompletny chaos. To nie jest coś, co widać po kimś.
Ale jak to rozumieć w praktyce - że rytuał robi to co mu przyniesiesz? Czy masz na myśli dosłownie, że twój stan emocjonalny staje się częścią intencji? Czy chodzi o coś bardziej technicznego, że zły stan psuje wykonanie?
Hej, a czy ktokolwiek tu próbował zrobić rytuał - jakikolwiek, niekoniecznie na osobę bez zgody - w bardzo złym momencie emocjonalnym i może opisać co się stało? Pytam bo ta teoria o stanie emocjonalnym jako treści brzmi przekonująco, ale chciałbym to jakoś zakorzenić w czymś konkretnym, nie tylko w ogólnych zasadach.
Ja raz robiłam wróżbę, nie rytuał właściwie, ale konsultację tarota w bardzo złym momencie. I powiem tak - wyciągałam te same karty trzy razy z rzędu, bez sensu, a interpretacje które mi przychodziły do głowy były ewidentnie zabarwione tym co czułam, nie tym co widziałam. Dopiero po kilku dniach spojrzałam na te same karty i zobaczyłam zupełnie coś innego.
Słucham tego i myślę sobie - właściwie, czy rytuał miłosny na kogoś bez zgody jest w ogóle inny od innych rytuałów jeśli chodzi o kwestię stanu emocjonalnego? Czy to jest specyfika tego typu rytuałów, czy po prostu ogólna zasada, że stan wykonawcy ma znaczenie?
No i tu znowu wraca pytanie o to co właściwie zakłada tradycja z której korzystasz. W niektórych tradycjach afrykańskich - np. w umbandzie - rytuały wykonywane przez kapłana w imieniu kogoś innego są normą, ale kapłan przeszedł inicjację i ma za sobą lata pracy właśnie po to, żeby jego stan osobisty nie wpływał na transmisję. To jest coś totalnie innego niż ktoś kto czyta przepis z internetu.
Moim zdaniem nie jest to ta sama rzecz, ale nie chcę powiedzieć, że jest bezskuteczna. Coś się dzieje. Pytanie co i czy wiesz to rozróżnić. I właśnie dlatego rytuały na osoby bez zgody robione przez amatorów są takim ryzykiem - nie dlatego, że nic się nie stanie, ale dlatego, że możesz nie wiedzieć co się stało i dlaczego.
A czy jest jakiś sposób - poza inicjacją w tradycji - żeby sprawdzić czy cokolwiek z tego co się robi ma efekt? Pytam bo słucham tej rozmowy i zaczynam mieć wrażenie, że przy tylu zmiennych to właściwie nie wiadomo nic.
A słuchajcie, bo trochę gubię się w tej dyskusji - czy wy mówicie, że rytuały miłosne na kogoś bez zgody po prostu nie działają, czy że działają ale nie wiadomo jak i z jakimi konsekwencjami? Bo słyszę oba wątki na raz i nie jestem pewien co jest właściwą konkluzją.
To dobre pytanie. Myślę, że tak - i że tą obawą jest brak informacji zwrotnej. Przy rytuale na kogoś bez zgody nie masz żadnego kanału, przez który mogłabyś cokolwiek sprawdzić. Nie wiesz co czuje ta osoba, nie wiesz co się z nią dzieje energetycznie, nie masz jej świadomej zgody na kontakt. Działasz totalnie w ciemno. I to jest ta łącząca nitka - każda z tych kwestii, o których rozmawiamy, sprowadza się do tego że jesteś odcięta od jakiejkolwiek informacji zwrotnej.
Ale chwila - czy zgoda zmienia cokolwiek jeśli chodzi o samą efektywność, czy tylko jeśli chodzi o etykę? Bo jeśli chodzi tylko o etykę, to osoba która ma w nosie etykę i tak będzie to robić. A jeśli zmienia efektywność, to dlaczego?
No ale to zakłada, że masz dostęp do danych osoby - datę urodzenia, pełne imię do numerologii. A jak tego nie masz? Bo w kontekście całej tej dyskusji o rytuałach bez zgody - często osoba nawet nie wie o co chodzi. Jak masz liczyć cykl kogoś, kto nie wie że coś dla niego robisz i nic ci nie podał?
To jest ciekawe pytanie bo numerologia z czyjejś publicznej daty to chyba inny poziom niż rytuał. Jeden jest pasywny - patrzysz na dane, nic nie wysyłasz. Drugi jest aktywny - coś kierujesz do tej osoby. Nie wiem czy da się te dwa rzeczy w ogóle porównywać pod kątem etycznym.
Ale czy intencja ma tu znaczenie? Znaczy - jeśli robię rytuał w intencji dobra dla tej osoby, nie żeby mnie kochała wbrew sobie, ale żeby na przykład usunąć jej lęk przed bliskością - to nadal jest interwencja bez zgody, ale zupełnie inna od tej gdzie chcę przywiązać do siebie?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i właściwie to zdanie Niedzieli chyba najlepiej podsumowuje mój główny opór wobec tych rytuałów. Nie wiesz co jest u tej drugiej osoby naprawdę. Możesz się mylić. I ta pomyłka nie jest neutralna - jeśli cokolwiek zrobisz, robisz to na żywym człowieku który nie poprosił.
Słucham tej rozmowy i mam poczucie że gdzieś zgubiłam wątek. Zaczęłyśmy od obawy, że te rytuały w ogóle są robione, potem było o tym skąd wiadomo że działają, teraz jesteśmy przy tym czy niepewność cokolwiek zmienia. Czy ktoś wie gdzie jesteśmy?
Myślę że jesteśmy dokładnie w środku tematu - tylko że temat jest wielowarstwowy i co chwila wychodzi nowa warstwa. To jest właśnie to co napisałam w pierwszym poście jako 'wspólne obawy' - nie jedna obawa, tylko kilka, które się przeplatają. I Faddi właśnie dotknął może najważniejszej: brak możliwości weryfikacji jest problemem sam w sobie, niezależnie od etyki.
Ale chcę wrócić do pytania Miłosza, bo myślę że nie dostał pełnej odpowiedzi. Jeśli naprawdę jest możliwe że rytuał w ogóle nic nie robi, to dlaczego ludzie w ogóle go robią? Skąd ta pewność u tych co wykonują? Czy to jest wiara, doświadczenie, czy coś jeszcze innego?
Mam wrażenie że ta rozmowa w kilku miejscach zakłada, że rytuały miłosne są jednorodną kategorią. Ale przecież nie są. Inaczej wygląda rytuał z tradycji hoodoo, inaczej z wicca, inaczej coś zrobionego samodzielnie bez żadnej tradycji. Czy etyka i ryzyko nie są inne dla każdego z tych przypadków?
Ja bym to jeszcze połączyła z aspektem astrologicznym - bo kiedy ktoś robi rytuał bez zakorzenienia w tradycji, to często też ignoruje timing. A astrologicznie rzecz biorąc, Wenus w retrograde czy trudny aspekt Saturna do twojego Wenus to nie jest dobry moment na jakiekolwiek rytuały miłosne, z tradycji czy bez. I te błędy timingowe mogą wzmacniać chaos zamiast go porządkować.
Słuchajcie, mam pytanie może trochę z innej strony - czy ktoś kiedyś zastanawiał się co czuje osoba, na którą jest robiony rytuał? Zakładamy cały czas perspektywę tego kto robi, ale co z tym drugim końcem?
Z tego co czytałem w kontekście hoodoo i starszych praktyk, to przekonanie było takie że osoba 'celu' może odczuwać niepokój, zmiany nastroju, sny - ale nie wie skąd to pochodzi. To znaczy, nie ma świadomości połączenia. I właśnie to jest uznawane za etycznie problematyczne - nie samo oddziaływanie, ale brak możliwości powiedzenia 'stop'.
Tylko że w takim razie każda modlitwa o kogoś jest tym samym przekroczeniem, nie? Modlę się żeby siostra wyzdrowiała i ona o tym nie wie - czy to jest ta sama kategoria?
Dobra, ale czy to rozróżnienie trzyma się zawsze? Bo są rytuały miłosne które są sformułowane jako 'otwórz jej serce' albo 'niech zobaczy moje uczucia' - to brzmi bardziej jak prośba niż rozkaz.
A co jeśli ktoś naprawdę wierzy że ta osoba go kocha, tylko że jest zablokowana przez jakiś strach albo traumę - i rytuał ma 'pomóc' jej to poczuć? Czy to zmienia etyczną ocenę?
