Chciałam założyć ten temat, bo widzę, że w wielu wątkach ktoś pyta o rytuał na konkretną osobę i prawie zawsze ktoś inny rzuca 'no ale ona/on nie chce' i temat się urywa. Mnie ciekawi co wy o tym myślicie - nie w sensie czy to działa czy nie, tylko właśnie ta kwestia zgody. Bo to nie jest takie proste jakby się wydawało. W tradycji ludowej w ogóle nie pytano drugiej osoby o zgodę, bo to był rytuał, a nie umowa. Współczesna wicca i magia ceremonialną mają już zupełnie inne podejście. I gdzieś pomiędzy jest masa ludzi, którzy po prostu chcą kogoś przyciągnąć i nie rozumieją, po co w ogóle o tym rozmawiać.
No właśnie, bo jeśli rytuał ma działać na energię, to w sumie czym to się różni od tego, że ktoś po prostu bardzo intensywnie myśli o drugiej osobie? Myśl też nie pyta o zgodę. Nie mówię, że to to samo, ale gdzie jest ta granica?
To jest dobre pytanie, ale myślę, że intencja robi sporą różnicę. Myślenie o kimś to jedno, a celowe kierowanie energii z konkretnym zamiarem zmiany czyjegoś zachowania to coś innego. Pytanie tylko czy to etycznie inna kategoria czy też energetycznie inna - i tu ludzie się kłócą od lat.
Właśnie to jest problem z tą dyskusją - ona szybko wpada w abstrakcję. Zostańmy przy czymś konkretnym. Są szkoły myślenia, które mówią, że rytuał miłosny bez zgody drugiej osoby działa, ale odbija się na osobie wykonującej. Inne mówią, że w ogóle nie zadziała, bo wolna wola tworzy blokadę. Jeszcze inne twierdzą, że to zależy od tego, czy energia między dwiema osobami już istnieje - jakieś wzajemne zainteresowanie - i wtedy rytuał tylko 'pchnięcie' coś, co i tak by się wydarzyło.
A to ostatnie mnie zastanawia. Skąd wiadomo czy ta energia 'już istnieje'? Jak to ocenić przed rytuałem, żeby nie robić czegoś wbrew komuś?
Podobne pytanie mam. Bo rozumiem teorię, ale to trochę wygląda jak tłumaczenie post factum - jeśli zadziałało, to znaczy że energia była, jeśli nie zadziałało, to znaczy że jej nie było. Nie ma jak tego sprawdzić wcześniej.
Z kart można sporo wyciągnąć zanim cokolwiek się zrobi. Nie twierdzę, że karty rozstrzygają kwestię etyczną, ale pytanie 'jaki jest potencjał między tymi dwiema osobami' to całkiem sensowny rozkład do zrobienia. Widziałam ludzi, którzy szli w rytuał bez żadnego rozeznania sytuacji i potem dziwili się, że coś poszło nie tak.
Przepraszam, że się wtracam, bo ja tych kart nie znam, ale chciałem zapytać o coś innego. Czytałem gdzieś, że w tradycji voodoo rytuały miłosne są zupełnie inaczej rozumiane niż na Zachodzie - tam to bardziej proszenie loa o interwencję, a nie bezpośrednie działanie na osobę. To zmienia tę kwestię zgody, bo to niby nie ty działasz?
Mnie zawsze zastanawiało czy te wszystkie tradycje - vodou, wicca, słowiańska magia ludowa - w ogóle miały ten sam problem z 'zgodą'. Bo mam wrażenie, że to jest bardzo współczesna kategoria. Kiedyś nikt nie pytał czy panna chce być urzeczona, bo rytuał był po prostu częścią normalnego życia wspólnoty.
Racja, ale to też dlatego, że w tych wspólnotach były inne mechanizmy kontroli - wiedźma, znachorka mogła być napiętnowana jeśli ktoś posądził ją o złośliwy urok. Dziś tego mechanizmu nie ma, więc zostaje tylko osobista etyka. I tu się zaczyna problem, bo każdy ma swoją.
Ja akurat sama byłam w takiej sytuacji - ktoś zrobił coś na mnie bez mojej wiedzy i dowiedziałam się o tym znacznie później. Nie wiem czy to 'zadziałało' w sensie rytuału, ale miałam przez jakiś czas dziwne sny i coś jakby obsesyjne myśli o tej osobie, których wcześniej nie miałam. Może to przypadek, może nie. Ale właśnie dlatego to pytanie o zgodę nie jest dla mnie abstrakcją.
Ale czy to nie jest jednak bardzo subiektywne? W sensie - masz pewność, że te sny były wynikiem rytuału, a nie po prostu twojego własnego przeżywania relacji z tą osobą? Serio pytam, nie kwestionuję twojego doświadczenia, tylko zastanawiam się jak to rozróżnić.
Ja mam podobne wątpliwości co Milosz. Ale z drugiej strony - jeśli nie da się tego rozróżnić, to czy ma to w ogóle znaczenie przy tej dyskusji o zgodzie? Bo argument 'i tak nie wiadomo czy działa' nie rozwiązuje kwestii etycznej.
Przy Wenus retrograde to w ogóle bym odradzała jakiekolwiek rytuały miłosne na kogokolwiek - zgoda czy nie. Cokolwiek się zaczyna albo próbuje wymusić w takim czasie, najczęściej wraca w zdeformowanej formie. Nie znam osoby, której się to udało bez konsekwencji.
Wracając do tego co mówiłam wcześniej - ta osoba mi powiedziała, że zrobiła coś 'żeby nas połączyć'. Nie używała słowa rytuał, ale opisała zapalanie świec, moje zdjęcie, jakieś wypowiadane słowa. I to co mnie uderzyło najbardziej to że naprawdę wierzyła, że mi robi przysługę. Że pomagała relacji. Jakby moja perspektywa w ogóle nie wchodziła w rachubę.
Dobra wiara nie zdejmuje odpowiedzialności, tyle że w magii to działa inaczej niż w prawie. Możesz mieć czyste intencje i nadal naruszyć czyjąś autonomię. Te dwie rzeczy nie wykluczają się nawzajem. Problem polega na tym, że część tradycji w ogóle nie ma kategorii 'autonomia drugiej osoby' jako wartości nadrzędnej - i to jest chyba źródło całego tego zamieszania w tej dyskusji.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej. Ta kategoria autonomii to naprawdę współczesna nakładka. W starszych tradycjach pytanie brzmiało inaczej - czy rytuał służy wspólnocie, czy nie. Jednostka nie była centrum.
Mnie zastanawia coś innego. Mówimy tu dużo o tym, co czuje osoba robiąca rytuał i co czuje osoba, na którą jest zrobiony. Ale co z energią samą w sobie - czy ona w ogóle 'wie' o czyjejś zgodzie? Czy to jest istotne z energetycznego punktu widzenia, czy tylko etycznego?
Słucham tej rozmowy i mam poczucie, że kręcimy się w kółko. Wszystkie argumenty można podważyć przez 'nie wiadomo jak sprawdzić'. To jest trochę jak dyskusja bez dna.
Przepraszam że znowu z innej beczki, ale czy ktoś wie jak numerologia wchodzi w te kwestie? Pytam, bo gdzieś czytałem o zgodności wibracyjnej między osobami i zastanawiam się, czy to jest coś w tym kierunku co tu omawiamy, czy zupełnie oddzielna rzecz.
Mam takie odczucie, że w tej rozmowie cały czas zakładamy, że osoba robiąca rytuał wie co robi. A co jeśli nie wie? Jeśli ktoś wykonuje coś z internetu, bez żadnego zaplecza, bo po prostu chce żeby ktoś go pokochał - czy wtedy te kwestie etyczne w ogóle działają tak samo?
Właśnie dlatego gryzie, że to dwa różne poziomy. Intencja określa kierunek działania, a nieświadomość określa to, czy ktoś zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Możesz działać z dobrą intencją i nie wiedzieć co robisz - i wtedy obie rzeczy są prawdziwe jednocześnie. Problem polega na tym, że energia niekoniecznie rozróżnia jedno od drugiego.
A co to właściwie znaczy, że 'energia nie rozróżnia'? Zawsze myślałam, że intencja jest tym co nadaje kierunek. Że jak chcę dobrze, to idzie w dobrą stronę. Czy to jest uproszczenie?
Ale skąd wiadomo gdzie jest ten fundament? Pytam poważnie, bo to co mówisz brzmi sensownie, ale jak to rozpoznać w praktyce? Skąd ktoś wie, że jego fundament jest skrzywiony, a nie po prostu niekonwencjonalny?
To mieszanie systemów to dla mnie jeden z największych problemów w ogóle, nie tylko przy rytuałach na osoby bez zgody. Ludzie biorą z Wicci tutaj, z voodoo tam, z japonskiej onmyodo jeszcze coś innego - i potem mają 'swój system', który nie jest niczym.
To ciekawe co mówicie o mieszaniu, bo przy numerologii często widzę że ludzie łączą system pitagorejski z chaldejskim i potem mają inne wyniki i dziwią się czemu. Czy to jest analogia do tego co opisujecie?
Mam wrażenie, że to jest szerszy problem z dostępnością. Kiedyś żeby się czegoś nauczyć, trzeba było znaleźć kogoś kto wie i siedzieć przy nim latami. Teraz każdy może pobrać PDF, przeczytać trzy artykuły i zacząć działać. Nie mówię że to złe, ale skracanie drogi ma swoje konsekwencje.
