To jest jeden z najczęstszych scenariuszy jakie widzę. I tu jest pułapka - to przekonanie 'ona naprawdę mnie kocha, tylko nie wie' jest całkowicie subiektywne. Możesz być absolutnie pewna że tak jest, i być w błędzie. Rytuał zbudowany na tym założeniu wchodzi w czyjąś psychikę opierając się na twojej projekcji.
Hej, śledzę ten wątek od początku i mam wrażenie że cała rozmowa zakłada że rytuały w ogóle działają. Ale czy nie powinniśmy najpierw ustalić czy jest cokolwiek do omawiania? Jeśli nie działają, to etyka jest akademicka.
Właśnie dlatego ten temat jest tak ciężki do rozmowy - bo osoba która robi rytuał na kogoś bez zgody zazwyczaj nie przychodzi pytać 'czy mam rację'. Przychodzi pytać 'jak to zrobić skuteczniej'. Obawa o której mówimy w tytule wątku jest rzadko obawy samego wykonującego. Częściej to obawa zewnętrzna, cudza.
I to mnie uderza - bo ten wątek ma już chyba ponad sto postów i zastanawiam się ile osób go czyta właśnie z tego powodu, że planuje coś zrobić i szuka... nie wiem, potwierdzenia? Albo odwrotnie, hamulca?
Z tego co obserwuję na różnych forach to jest najczęstszy schemat - ktoś wpada w wątek o etyce rytuałów, czyta, i albo wychodzi z poczuciem 'dobrze że przeczytałam' albo z argumentami żeby i tak to zrobić. Dyskusja etyczna rzadko zmienia zdanie komuś kto już jest zdecydowany.
Wróciłabym jeszcze do jednej rzeczy. Mówiliśmy dużo o osobie wykonującej, o jej projekcjach, o jej przekonaniach. Ale jest jeszcze trzecia strona której prawie nie ruszyliśmy - osoby które wiedzą że ktoś robi na nie rytuał. Co wtedy? Bo to jest zupełnie inna dynamika.
Ja miałam kiedyś sytuację gdzie znajoma powiedziała mi wprost że robi na mnie rytuał żebyśmy się zaprzyjaźniły bardziej. Nie miłosny, ale jednak. I nie wiem jak to opisać - czułam się nieswojo, jakby ktoś mi powiedział że mnie obserwuje przez okno. Intencja była 'dobra' ale informacja była dziwna.
No właśnie, pytanie do grupy - czy ktoś słyszał żeby ktokolwiek zapytał osobę którą lubi 'hej, czy mogę zrobić rytuał żebyśmy się zbliżyli'? Bo to brzmi absurdalnie w praktyce, nawet jeśli jest logicznie spójne.
To jest bardzo trafne. Rytuał jako substytut konfrontacji. Bezpieczniejszy emocjonalnie, bo nie słyszysz 'nie' wprost. Tylko że ta 'bezpieczność' jest iluzją - decyzja tej osoby nie zmienia się dlatego że jej nie zadałaś pytania.
I tu wchodzi kolejna warstwa - jeśli rytuał 'zadziała' i coś się zmieni w zachowaniu tej osoby, wykonujący może nigdy nie wiedzieć czy to rytuał, czy ta osoba sama zmieniła zdanie, czy po prostu okoliczności się ułożyły. Nie ma sposobu żeby odróżnić. Więc nawet sukces jest nieweryfikowalny.
Słuchajcie, to wszystko brzmi bardzo poważnie i rozumiem argumenty, ale mam wrażenie że mówimy o tym jakby magia na pewno działała. A co jeśli ktoś robi rytuał, nic się nie dzieje, i ta osoba po prostu żyje swoim życiem? Gdzie tu jest krzywda?
