Zastanawiam się nad czymś, co trochę mnie uwiera. Chodzi o rytuały miłosne i o to, co tak naprawdę stoi za intencją, z jaką się je wykonuje. Bo wiem, że wszędzie pisze się o czystej intencji, o miłości bezwarunkowej itd. Ale co jeśli ktoś robi rytuał głównie z zazdrości? Albo z desperacji, bo boi się zostać sam, a nie dlatego, że naprawdę kocha tę drugą osobę? Czy taki rytuał w ogóle ma szansę zadziałać, czy intencja jest tak ważna, że po prostu odpada od razu?
To jest dobre pytanie, bo ja też nad tym siedziałam. Sama kiedyś chciałam zrobić coś na przyciąganie i zatrzymałam się właśnie w tym miejscu - byłam bardziej wściekła niż zakochana. I nie wiedziałam, czy to ma sens w ogóle robić.
Zależy, co rozumiemy przez zadziałać. Jeśli efekt ma być trwały i oparty na czymś prawdziwym, to niska motywacja raczej nie wróży dobrze. Ale czy rytuał się w ogóle nie uruchomi? To już inna sprawa. Energię można skierować nawet z miejsca chaosu, tyle że efekty mogą być równie chaotyczne.
A mnie ciekawi, czy w ogóle da się to rozdzielić tak czysto. Czyli: czy jest jakaś motywacja, która jest w stu procentach czysta? Bo prawie każdy, kto robi rytuał miłosny, coś chce dostać dla siebie. Nawet jeśli mówi, że chce szczęścia tej drugiej osoby. Pytanie, gdzie przebiega granica między niską a po prostu ludzką motywacją.
To, co pisze Arat, jest całkiem sensowne. W tradycjach hoodoo i rootwork w zasadzie nie ma podziału na czyste i nieczyste intencje w takim stopniu, w jakim funkcjonuje to w nowopogańskich nurtach. Tam liczy się cel i to, czy wykonujesz rytuał zgodnie z jego strukturą. Dopiero Wicca i pochodne ją mocno uczulały na intencję jako fundament skuteczności. Więc odpowiedź na pytanie z tytułu zależy dosłownie od tego, w jakiej tradycji myślisz.
Ale jak to z tą koncentracją? Znaczy rozumiem, że jak jesteś roztrzęsiona i płaczesz przy świeczce, to coś jest nie tak. Ale czy chodzi o to, że energia idzie w złym kierunku, czy że po prostu nie możesz się skupić na właściwym obrazie?
Mam wrażenie, że ta dyskusja trochę zakłada, że wiemy jak to działa mechanicznie. A ja za każdym razem kiedy próbuję to sobie ułożyć w głowie, dochodzę do punktu, gdzie tak naprawdę nie wiem, czy intencja w sensie psychologicznym jest tym samym co intencja w sensie magicznym. Bo może ktoś może być desperatem, ale mieć głęboko zakorzenione pragnienie, które jest już inne. Nie wiem, czy to ma sens, co piszę.
A jak to sprawdzić przed rytuałem? Tzn. czy jest jakiś sposób żeby stwierdzić, że ta motywacja jest wystarczajaco czysta żeby działać? Czy to można na kartach wyciągnąć na przykład?
Mam inne podejście do całego tematu. Motywacja jest ważna, ale nie w tym sensie, że decyduje o tym czy rytuał zadziała. Decyduje o tym, co z wynikiem zrobi osoba, która go wykonała. Jeśli ktoś ściąga kogoś do siebie z zazdrości i to zadziała, to co? Dalej jest ta sama zazdrość, ten sam strach, ta sama dynamika. Rytuał nie zmienia człowieka od środka.
Dokładnie, bo o tym się rzadko mówi. Wszędzie jest o tym czy zadziała, a rzadko o tym co potem. Mnie się zdaje że wiele osób potem jest zaskoczonych, że coś się zmieniło, ale to nie jest ta zmiana, której chciały. Jakby dostały literalne spełnienie życzenia, ale bez kontekstu.
Jest taki koncept w magii ceremonialnej, lust for result - przywiązanie do rezultatu - i to jest uznawane za jeden z głównych czynników obniżających skuteczność. Opisywał to Spare, później Grant. Nie chodzi więc tylko o to, czy motywacja jest czysta moralnie, ale o to, czy desperacja, którą opisuje autorka tematu, nie powoduje właśnie tego przywiązania. Rytuał wykonany z wewnętrznego przymusu często wygląda jak modlitwa z zaciśniętymi pięściami - forma jest, ale energetycznie to blokada, nie wysłanie.
No ale co to znaczy w praktyce nie być przywiązaną do wyniku? Jak mam nie myśleć o efekcie, skoro właśnie dlatego robię rytuał? Mnie to zawsze brzmi jak rada żeby nie myśleć o różowym słoniu.
Mam to zanotowane z jakiegoś innego wątku, że lust for result pojawia się też w kontekście pracy z chaosmagią, ale tam jest trochę inaczej rozłożony ciężar. Ciekawe, czy ktoś próbował łączyć techniki wyciszania przywiązania z konkretnym rytuałem miłosnym. Bo to brzmi jak coś, co mogłoby adresować dokładnie to, o czym pisze autorka tematu - czyli że motywacja jest niska, ale sam cel może być przeredagowany.
Ja po prostu chcę się upewnić, że dobrze rozumiem tę dyskusję. Czy wy mówicie, że rytuał zrobiony ze złego miejsca może zadziałać, ale efekty będą złe? Czy że nie zadziała wcale? Bo to są dwie różne rzeczy i chciałabym wiedzieć, które podejście jest tu dominujące.
Bo mnie ta rozmowa gdzieś tu zgubiła. Tzn. rozumiem, że jest różnica między tym czy zadziała a co z tego wyjdzie, ale chciałam się dowiedzieć konkretnie: jeśli ktoś robi rytuał z zazdrości albo ze strachu przed utratą, to czy w ogóle jest szansa że coś ruszy? Czy już na starcie jest blokada?
Nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy od systemu, w którym pracujesz. Jeśli pytasz o czystą skuteczność mechaniczną, to zazdrość i strach są emocjami bardzo intensywnymi i paradoksalnie mogą być paliwem. Problem polega na tym, że są niestabilne. Intensywność spada, intencja się rozmywa i rytuał traci zasilenie w połowie drogi.
A właśnie, to mnie zastanawia. Czy to nie jest tak, że jak robisz rytuał przez kilka dni, to twoje nastroje i myśli przez te kilka dni też wchodzą do tego wszystkiego? Bo jeden wieczór można być skupioną, a przez tydzień to różnie bywa.
To jak ktoś ma niską motywację, to lepiej poczekać? Ale ile czekać i skąd wiedzieć, że już jest okay?
Trochę krążymy wokół czegoś, o czym może warto powiedzieć wprost. W wielu tradycjach nie chodzi o to, że nieczysta motywacja blokuje rytuał. Chodzi o to, że kierujesz energię na coś konkretnego i ta rzecz zostaje uruchomiona. Jeśli u podstaw leży strach przed samotnością, to rytuał może przyciągnąć kogoś, kto ten strach dopasowuje, a nie kogoś, kto go leczy.
A właściwie to czy rytuał miłosny zrobiony ze strachu może zadziałać na konkretną osobę czy tylko przyciąga kogokolwiek? Bo to duza roznica
Czyli rozumiem tak: rytuał może zadziałać nawet z niskiej motywacji, ale to co dostaniesz może nie być tym czego naprawdę chciałaś? To trochę jak składanie życzenia bez przemyślenia treści.
To całkiem dobre porównanie. Widziałam spready, gdzie ktoś miał bardzo jasną, pozornie pozytywną intencję, a pod spodem leżał kompletnie inny lęk. I jak efekt się realizował, to był zgodny z tym, co było pod spodem, nie z tym co było na wierzchu. Więc pytanie czy to wina motywacji, czy po prostu rytuał dotknął czegoś głębszego niż zamierzała osoba.
A jak ta praca ze spredem wygląda w praktyce? Pytam bo nigdy nie robiłam tego przed rytuałem, zazwyczaj zaczynam od razu. Czy to jest coś co się robi dzień wcześniej czy tuż przed?
Jak to wygląda w praktyce? Różnie. Ja zazwyczaj robię spread dzień wcześniej, żeby mieć czas na przemyślenie tego co wychodzi. Jeśli zrobię go tuż przed, to siedzę jeszcze z głową pełną kart i trudniej mi być skupioną podczas samego rytuału. Ale znam osoby, które robią to bezpośrednio przed i im pasuje taki rytm. Myślę, że to zależy też od tego jak szybko przetwarzasz informacje.
Wchodzę w połowie rozmowy, ale to co piszecie o spreadzie jest dokładnie tym, o czym myślę przy czakrze serca. Jeśli ktoś działa z miejsca strachu albo obsesji, to ta czakra jest zwykle zacięta albo nadaktywna, i to widać w kartach, szczególnie przy pentaklach i mieczach w odwróceniach. Nie mówię że to wyrocznię, ale wzorzec jest na tyle powtarzalny że zaczęłam to traktować poważnie.
Trochę mnie ten wątek z czakrami odciąga od głównego pytania. Bo tu chodzi o to czy rytuał zrobiony ze strachu albo zazdrości w ogóle zadziała, nie tylko o to jak to zobaczyć w kartach. I nadal nie mam jasnej odpowiedzi.
To może zależy od tego, czego konkretnie się boisz? Bo strach ze strachu jest różny. Inaczej wygląda gdy boisz się samotności ogólnie, a inaczej gdy boisz się że stracisz konkretną osobę. Mam wrażenie że to dwie różne energie, nawet jeśli efekt rytuału jest podobny na papierze.
