Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, bo nigdzie nie mogę znaleźć sensownej odpowiedzi. Chodzi o to, ile razy właściwie powtarzać rytuał miłosny, żeby miał sens. Bo widziałam różne podejścia - jedni mówią że raz i czekasz, inni robią całe serie przez kilka tygodni, jeszcze inni wracają do tego co kilka dni bo efekty nie przychodzą. I nie wiem czy to kwestia cierpliwości, czy może naprawdę jest jakaś reguła za tym stojąca. Macie jakieś przemyślenia?
No to jest pytanie, które chyba każdy sobie zadaje na początku. Ale moim zdaniem samo pytanie 'ile razy' trochę mija się z celem, bo po co powtarzać coś, jeśli nie wiesz dlaczego poprzedni raz nie zadziałał? To trochę jak brać lek co godzinę bo po pierwszej tabletce nie poczułaś ulgi.
Zgadzam się z tym co napisała Kornelka, ale chciałabym dodać jedną rzecz. W tradycji hoodoo i rootwork powtarzalność rytuałów jest zupełnie inaczej rozumiana niż na przykład w wicca. W hoodoo często robi się pracę przez 7, 9 albo 13 dni z rzędu - i to nie dlatego, że jeden raz nie wystarcza, tylko dlatego że sama struktura rytuału jest rozłożona w czasie. To celowe. Natomiast jeśli ktoś po prostu wraca do tego samego zaklęcia co kilka dni bo nic się nie dzieje, to jest coś innego i nie ma tego co w tej tradycji.
Ja słyszałam że powtarzanie za często rozmywa intencję. Że jak robisz ten sam rytuał co tydzień, to energia się rozprasza zamiast skupiać. Nie pamiętam skąd to mam dokładnie, ale wydaje mi się logiczne.
Mnie ciekawi właśnie to co powiedziała Janeczka o tej strukturze rozłożonej w czasie. Bo to zmienia całą perspektywę. Czyli nie chodzi o to, ile powtórzeń, tylko czy to w ogóle jest zaprojektowane jako jednorazowe czy jako seria?
To ma sens. Chociaż zastanawiam się co z rytuałami, które nie mają żadnej konkretnej tradycji za sobą, tylko ktoś je ułożył sam albo znalazł w internecie bez źródła. Tam nie ma tej logiki wbudowanej, więc skąd wiadomo jak podejść do powtarzania?
No ale to też zależy co chcesz osiągnąć, prawda? Rytuał na przyciągnięcie kogoś nowego to chyba co innego niż rytuał na naprawienie czegoś w istniejącej relacji. Przy tym drugim wydaje mi się, że sama sytuacja się zmienia i rytuał z miesiąca temu mógłby już nie pasować do tego, co jest teraz.
To jest dobry punkt, Kornelka. I dorzucę do tego aspekt, który rzadko jest omawiany - stan emocjonalny osoby wykonującej rytuał. Jeśli wracasz do rytuału z pozycji lęku albo desperacji, bo tamten 'nie zadziałał', to wnosisz w to zupełnie inną jakość niż przy pierwszym razie. Część praktyków twierdzi, że to może wręcz działać przeciwnie do intencji - nie dlatego że 'energia się rozprasza' jak pisała Mistique, ale dlatego że intencja jest zabarwiona strachem.
A jak potem w ogole rozpoznac ze juz nie trzeba powtarzac? Bo ja sie zastanawiam czy sa jakies znaki albo cos co podpowiada ze 'ok, wystarczy'?
Interesujące że nikt jeszcze nie wspomniał o fazach księżyca w kontekście powtarzalności. W wielu tradycjach magicznych cykl księżycowy jest naturalnym 'resetem' - czyli rytuał miłosny wykonany na rosnącym księżycu ma swój zamknięty cykl do pełni. Jeśli chcesz powtórzyć, kolejna nowia jest naturalnym punktem startowym, nie dowolny dzień.
To jest słuszna uwaga. Mieszanie systemów to oddzielna kwestia i rzeczywiście nie zawsze jest spójne. Ale cykl księżycowy jest czymś, co pojawia się w wielu tradycjach niezależnie od siebie, więc nie traktowałbym tego jako specyficznie wiccański element. Choć masz rację że nakładanie jednego na drugi wymaga świadomości obu.
Przepraszam ze sie wtrącę, ale mam pytanko - czy ktoś miał tak, że zrobił rytuał kilka razy i potem jakby za dużo się działo naraz? Tak pytam, bo czytałam gdzies ze można 'przedobrzeć' i sytuacja zamiast się układać zaczyna się sypać.
Ja raz robiłam coś podobnego i faktycznie po trzecim razie zamiast zbliżenia była jakaś dziwna napięta atmosfera. Ale nie wiem czy to przez ilość rytuałów, czy przez coś innego w relacji, co by się i tak wydarzyło.
A co jeśli ktoś ma na przykład sen, który odczytuje jako znak że powtórzenie ma sens? Bo mnie ostatnio śniło się coś, co odebrałam jako potwierdzenie, że powinnam wrócić do rytuału który robiłam wcześniej. Czy to może być wskazówka, czy to tylko mózg szuka uzasadnienia dla tego co i tak chce zrobić?
No śniło mi się że ta osoba do mnie przyszła i była ciepła, spokojnie rozmawialiśmy, bez napięcia. I po przebudzeniu miałam takie poczucie że to jakby sygnał że relacja jest możliwa, że ma sens kontynuować. Ale potem zaczęłam się zastanawiać czy nie interpretuję po swojemu, bo oczywiście chcę żeby tak było.
Ja sie trochę interesuję snami i mam pytanie - czy ten sen był przed rytuałem czy po? Bo to chyba ma jakiez znaczenie czy to zapowiedź czy potwierdzenie?
Dwa tygodnie to interesujący odstęp. W oneiromancji, czyli wróżeniu ze snów, rozróżniano sny, które są 'echem' minionych zdarzeń od tych, które coś zapowiadają lub potwierdzają. Artemidoros z Daldis pisał o tym w Oneirokritice, gdzie klasyfikował sny między innymi według tego, czy dotyczą śniącego bezpośrednio, czy kogoś innego. Sam sen, który opisujesz - spokojna, bezkonfliktowa interakcja - w tej klasyfikacji mógłby być odbierany jako 'theematikos', czyli sen symboliczny, ale nie wieszczący. Nie mówię, że to rozstrzyga cokolwiek, ale kontekst historyczny pokazuje, że pytanie które zadajesz jest naprawdę stare.
Właśnie tego nie da się powiedzieć z zewnątrz, i chyba o to ci chodzi. Artemidoros twierdził, że interpretacja snu bez znajomości kontekstu życiowego i emocjonalnego śniącego jest niemożliwa. Więc nawet gdybym chciał coś powiedzieć, to nie mam danych. Marzanka sama najlepiej wie co w tej sytuacji czuje i jaki jest stan tej relacji - to jest jedyna miara.
A wracając trochę do wątku, który zaczęła Baska - bo mi się wydaje, że temat snów i znaków jest na swój sposób powiązany z pytaniem o powtarzanie. Jeśli ktoś czeka na sygnał czy kontynuować rytuał, to już sam ten czekanie zmienia podejście. Nie robisz kolejnego na zasadzie automatycznej, tylko świadomie się zastanawiasz. I to jest chyba ta różnica między mechanicznym powtarzaniem a czymś bardziej celowym.
Kornelka dobrze to ujęła. Mi też zależy właśnie na tej świadomości. Bo jak ktoś robi rytuał siódmy raz z rzędu i już nawet nie pamieta po co zaczął, to co to w ogole jest? Bardziej nawyk niż cokolwiek innego.
Ale skąd wiadomo kiedy to jest nawyk a kiedy po prostu konsekwencja? Bo jak ktoś np. postanowił robić coś przez 21 dni bo tak przeczytał, to przecież nie traci sensu tylko dlatego że to już dziesiąty raz.
To jest dokładnie ten problem z gotowymi schematami 21 dni, 40 dni i tak dalej. Liczba sama w sobie nic nie gwarantuje. W praktykach wedyjskich japa jest robiona przez określoną liczbę powtórzeń mantry nie dlatego, że magicznie musi być tyle i tyle, ale dlatego że ta liczba pomaga utrzymać skupienie i zamknąć energetyczny cykl praktyki. Mała różnica, ale istotna - liczba jako dyscyplina skupienia, nie jako przepis na wynik.
Tak. I moim zdaniem to jest jeden z powodów, dla których ludzie się frustrują, bo myślą że liczba jest gwarancją. A ona nigdy nie była - była strukturą, w której coś miało się dziać, ale co się dzieje zależy już od osoby wykonującej.
A co z sytuacja kiedy ktos nie ma żadnej tradycji, żadnego systemu, po prostu robi cos własnego? Bo ja na przykład nie trzymam się żadnej konkretnej tradycji i zastanawiam się czy sama mogę sobie wyznaczyć jakiś cykl, który będzie miał sens.
No bo jak sama sobie wymyślę że robię coś 9 razy, to skad wiem że nie jest to przypadkowe? Że nie równie dobrze mogłabym 7 albo 11?
Może właśnie dlatego że ty sama wybrałaś 9 i twoja intencja jest związana z tym wyborem. Ja nie wiem czy to ma sens 'obiektywnie', ale widzę to tak że jak coś robisz ze świadomym zamiarem, to ta konkretna liczba staje się znacząca przez to, że ją wybrałaś. Nie dlatego że 9 jest magiczne samo z siebie.
Mnie tu zastanawia jedno - czy ktoś z was miał tak, że liczba powtórzeń którą wybrał intuicyjnie, okazała się potem mieć jakiś sens, który zauważył dopiero po czasie? Bo to by trochę tłumaczyło dlaczego ludzie ufają własnym odczuciom w tej kwestii.
