Chciałam zapytać o coś, co mnie ostatnio bardzo nurtuje. Zrobiłam swój pierwszy rytuał miłosny jakieś trzy tygodnie temu i... nic. Znaczy nie wiem, czy nic, bo może coś się dzieje, tylko ja tego nie widzę? Skąd w ogóle wiadomo, że rytuał zaczął działać, jeśli efekty nie są od razu widoczne? Czytałam różne rzeczy i jedni piszą, że tydzień, inni że pół roku. Tak duża rozpiętość mnie trochę zbija z tropu.
Mnie też to zawsze zastanawiało, bo robiłam różne rzeczy i nigdy nie wiedziałam czy to kwestia czekania czy powtórzenia. Podobno dużo zależy od fazy księżyca w trakcie rytuału, ale nie wiem na ile to wpływa na tempo efektów, a na ile na samą skuteczność.
Pytanie jest szersze niż wygląda na pierwszy rzut oka. Bo co w ogóle ma być tym efektem? Jeśli chodzi o osobę, która już jest w twoim życiu, to sygnały mogą być subtelne i pojawić się szybko. Jeśli o kogoś, z kim nie ma żadnego kontaktu od dawna, to oczekiwanie tygodnia to trochę myślenie życzeniowe. Aurella, możesz powiedzieć więcej o sytuacji? Nie szczegółów, ale czy chodzi o osobę z aktywnym kontaktem, czy bez?
Przy braku kontaktu od kilku miesięcy trzy tygodnie to naprawdę za krótko, żeby oceniać cokolwiek. To nie jest zniechęcanie, po prostu realia są takie, że energia potrzebuje czegoś, przez co może przepłynąć, a jeśli żadna nitka nie łączy dwóch osób, to buduje się to wolniej. Widziałam opisy na zagranicznych forach, gdzie przy podobnych sytuacjach pierwsze sygnały przychodziły między szóstym a dwunastym tygodniem.
A jakie są te pierwsze sygnały w ogóle? Bo jak mam czekać, to chociaż chce wiedziec na co. Czy to są sny, myśli natrętne o tej osobie, jakieś zbiegi okoliszności?
Zgadzam się z tym co napisał Zaklinacz i dodam coś z trochę innej strony. Czas działania rytuału to nie jest stała, którą można wyliczyć. Zależy od stanu emocjonalnego osoby wykonującej, od tego ile napięcia emocjonalnego jest wokół sytuacji, od tego czy po rytuale ktoś codziennie go 'odpala' przez obsesyjne myślenie. Bo to ostatnie potrafi skutecznie blokować efekty, dosłownie rozprasza intencję.
nie powiedziałabym 'zaszkodzić', ale lęk i obsesyjne oczekiwanie działają jak zakłócenie. To dość powszechna sprawa i nie ma sensu się teraz zadręczać tym co było. Ważniejsze co robisz teraz.
Ale jak to w ogóle możliwe, że własne myśli blokują rytuał, skoro ten sam umysł go stworzył? To trochę bez sensu. Jakby energia była jednocześnie tworzona i niszczona przez tę samą osobę.
A jest jakiś sposób żeby wiedzieć ile czekać zanim się uzna, że rytuał po prostu nie zadziałał? Bo pół roku brzmi jak bardzo długo, a nie chcę tkwić w miejscu w nieskończoność.
To zależy od tego, o jaki typ rytuału chodzi i jaka tradycja. W magii hoodoo mówi się o 21 dniach jako minimum przy regularnej pracy i pewnym fundamencie relacyjnym. Przy zimnym kontakcie niektórzy praktycy dają sobie 3 pełne księżyce zanim ocenią. Ale umówmy się, nie ma tu żadnej obiektywnej miary, bo każda sytuacja jest inna.
Szczerze mówiąc jestem sceptyczna wobec całego tematu, ale właśnie to mnie tu przyciąga - ta niejednorodność. Jak coś działa, to zwykle da się ustalić jakieś ramy. A tutaj nikt nie może powiedzieć nic konkretnego, tylko 'zależy'. Zależy od czego dokładnie?
Hej a czy miesiąc księżycowy liczyć od nowiu do nowiu, czy inaczej? Bo robiłam rytuał kilka dni po pełni i nie wiem czy to dobry czas na rytuały miłosne, czytałam sprzeczne rzeczy.
Dobra to mam pytanie troche z innej beczki. Czy robic rytuał kilka razy zanim zoabczymy efekty to dobry pomysł, czy lepiej zrobic jeden i czekać? Bo widziałam opinions że powtarzanie wzmacnia, a inne że powtarzanie to objaw braku wiary i osłabia pierwszy.
To akurat jest temat na osobny wątek, ale krótko: powtarzanie z intencją wzmocnienia to co innego niż powtarzanie z paniki że nie działa. Jedno buduje, drugie niszczy. Problem w tym, że większość osób które powtarzają rytuał po tygodniu, robi to z lęku, nie ze spokoju.
Mnie bardziej zastanawia to co napisał Zaklinacz o tych 3 księżycach. Czyli minimalny czas to ile - 6 tygodni? 9? Bo to jest konkretna liczba i chciałbym rozumieć skąd pochodzi.
To czekam dalej. Minęły 3 tygodnie, zero kontaktu. Ale zaczęłam myśleć o czymś innym - czy to w ogóle ma sens robić rytuał na kogoś, kto urwał kontakt bez słowa? Tzn. skąd wiadomo, że to nie jest jego wyraźna decyzja i wtedy rytuał jest... no nie wiem, nachodzeniem?
To jest dobre pytanie i rzadko ktoś je zadaje na tym etapie. Większość pyta jak przyspieszyć, a nie czy w ogóle to etyczne. Szczerze? Nie ma na to jednej odpowiedzi, bo tradycje różnie to traktują. Część mówi, że rytuał otwiera tylko to, co i tak istnieje - czyli nie tworzy uczuć, tylko usuwa przeszkody. Inne podejście mówi, że każda ingerencja bez zgody jest naruszeniem. Zależy w co wierzysz i jak to czujesz.
No ale to jest strasznie rozmyta odpowiedź. Jak mam 'poczuć' czy to etyczne, skoro właśnie jestem zakochana i kompletnie nie mam obiektywnego spojrzenia? To tak jakby pytać pijanego czy jest trzeźwy.
Wracam do pełni bo mi to nie wyszło z głowy. Robiłam rytuał po pełni i zaczynm się martwić. Czy jest jakiś sposób żeby 'poprawić' moment jeśli się go źle wybrało? Czy to w ogóle możliwe?
Dobra a mam inne pytanie bo mi sie kreci po głowie. Ile w ogóle powinno sie odczuwać podczas rytuału? Bo robiłam jeden i nic specjalnego nie czułam, zadnej szczegolnej emocji. Czy to źle?
Mnie też to ciekawi bo czytałam gdzieś, że intensywne emocje to znak że rytuał 'zadziałał', ale z drugiej strony czytałam że zbyt mocne emocje mogą zaburzać. To jak to jest?
To zależy od tradycji i od osoby. W niektórych systemach trans i silne emocje są wręcz wymagane - np. w części praktyk afrobrazylijskich. W innych, bardziej hermetycznych nurtach, spokój i skupienie są ważniejsze niż jakiekolwiek uniesienie. Nie ma jednej miary. Co czułaś to twoje, ale brak teatralnych emocji nie znaczy że nic się nie wydarzyło.
Żal to bardzo konkretna emocja i nie jest zła w rytuale miłosnym - właściwie jest autentyczna, co jest ważniejsze niż to, czy jest 'pozytywna'. Intencja to nie to samo co nastrój. Można mieć smutną intencję i nadal ją wysłać. Pytanie czego żal dotyczył - jeśli skupiałaś się na stracie, a nie na połączeniu, to kierunek energii mógł być nieco inny niż planowałaś.
Hej, to trochę z boku, ale mi wychodzi że chyba za mało rozmawiamy o tym ile sam czas czekania psychicznie kosztuje. Bo okej, 3 miesiące to brzmi jak plan, ale co w tym czasie robić z sobą żeby nie zwariować?
Bo serio, trzy miesiące to długo. Szczególnie jak się siedzi i sprawdza telefon co godzinę. Ktoś ma jakiś sposób na to żeby w tym czasie po prostu... żyć normalnie?
W tradycji hoodoo mówi się żeby po rytuał 'zapieczętować' i dosłownie zająć się czymś innym. Nie jako pusty gest, ale dlatego że obsesyjne oczekiwanie tworzy energię przyciągania uwagi do siebie, a nie do celu. Rozumiem że to brzmi abstrakcyjnie, ale ma to jakąś logikę wewnętrzną nawet poza magicznym myśleniem.
Minął już prawie miesiąc od mojego rytuału i cały czas wracam do tego co pisała Pogodnica o żalu. Moje łzy chyba były z tęsknoty bardziej niż z żalu za czymś konkretnym. Zastanawiam się czy to w ogóle coś zmienia jeśli chodzi o to czego się można spodziewać i w jakim czasie.
