Hej, mam trochę niecodzienny problem i nie wiem czy ktoś miał podobnie. Mieszkam z rodzicami, mam swój pokój, ale w tym domu nie ma za groszа prywatności. Mama wchodzi bez pukania, tata pyta co robię jak za długo siedzę zamknięta, no klasyka. Chcę zrobić rytuał miłosny, coś prostego, ale muszę mieć świecę, jakiś kadzidełko, może zdjęcie. I już przy zapalaniu świecy będą pytania skąd to mam i po co mi. Jak wy to ogarniacie? Bo chyba nie jestem jedyna w takiej sytuacji.
Dokładnie to samo mam u siebie, dosłownie identyczna sytuacja. Robiłam kiedyś coś z różową świecą i mama weszła bez pukania, zaczęła pytać czy to jakaś nowa moda na dekoracje. Powiedziałam że po prostu lubię świece i zapach, ona to kupiła, ale byłam potwornie spięta przez cały czas. Szczerze to od tamtej pory wolę robić cokolwiek jak jej nie ma w domu, bo koncentracja lecona w piach.
A jak długo trwał ten twój rytuał ze świecą? Bo zastanawiam się czy to w ogóle działa jeśli ktoś ci przerwie w środku, albo jak jesteś cały czas nerwowa i wypatrujesz czy ktoś nie idzie.
No właśnie, to trochę bez sensu robić cokolwiek w takich warunkach, nie? Zawsze myślałem że chodzi właśnie o to skupienie, żaden rozpraszacz w pobliżu. Ale z drugiej strony słyszałem że w tradycjach ludowych rytuały często robiło się w domu, przy rodzinie, i jakoś działało. Może to kwestia tego co dokładnie robisz?
To zależy od rytuału i od tradycji z której pochodzi. W hoodoo na przykład spora część pracy odbywa się bardzo dyskretnie, bez żadnej ceremonii, wręcz chodzi o to żeby nikt nie wiedział. Macerats olejek, chowasz pod łóżkiem, koniec. Nikt nie widzi świec, dymu, nic. Ale już jeśli komuś zależy na konkretnym rytuale ze świecą i odpowiednią atmosferą, to tu faktycznie macie problem z rodzicami w domu.
Ja bym jeszcze zapytał czy w ogóle musisz to robić w pokoju. Balkon, ogród jeśli macie, jakaś ławka w parku niedaleko. Mam znajomą która robiła rytuały w samochodzie zaparkowanym pod blokiem, bo to jedyne miejsce gdzie miała spokój. Śmiesznie brzmi ale serio, każde miejsce gdzie masz chwilę dla siebie może być dobre, nie musisz mieć specjalnie wyposażonego pokoju.
W nocy to akurat coś w tym jest. Ale znam osoby które twierdzą że nie mogą się skupić bo są zmęczone, po całym dniu. I tutaj pojawia się pytanie czy jakość skupienia jest ważniejsza niż pora czy lokalizacja. Bo jeśli robisz coś na pół gwizdka o drugiej w nocy, to też nie brzmi idealnie.
Ja przez długi czas mieszkałam z babcią i miałam dosłownie zero prywatności. W końcu nauczyłam się robić pewne rzeczy na papierze, bez żadnych fizycznych przedmiotów. Piszesz intencję, zwijaną w określony sposób, chowasz w książce. Babcia wchodziła do pokoju i widziała że czytam. To chyba najdyskretniejsza opcja z możliwych, żadnych zapachów, żadnych świec.
A jak to się ma do tego że sporo osób mówi że intencja to wszystko? Bo jeśli tak, to czy w ogóle jest różnica między pisaniem a zapalaniem świec? Zastanawiam się bo sam mam podobny problem co autorka tematu i szukam czegoś co ma sens w moich warunkach.
Intencja to dużo, ale nie wszystko, bo inaczej magia nie miałaby żadnej struktury. Przedmioty, kolory, czasy, gesty, to nie ozdoba, to coś w rodzaju nośnika i wzmacniacza. Czy możesz działać bez nich? Możesz. Ale mówienie że samo myślenie wystarczy to trochę jak powiedzenie że wystarczy chcieć żeby jeść, bez gotowania. Działa, ale wolniej i mniej przewidywalnie, przynajmniej z mojego doświadczenia.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może głupie, ale właściwie skąd wiadomo że cokolwiek działa? Nie pytam złośliwie, serio. Bo rozumiem że macie doświadczenia, ale jak to mierzycie? To jest ta część której nie rozumiem w rytuałach ogólnie.
Ja bym jednak wrócił do tematu bo mnie interesuje praktyczne rozwiązanie. Jeśli chcę użyć świecy to mogę ją zapalić pod pretekstem że tak lubię, to chyba najprostsze. Rodzice się pytają po co ci świeca, mówisz że lubisz nastrój, koniec historii. Kadzidełko trudniejsze, bo zapach chodzi po całym mieszkaniu.
Olejek eteryczny w dyfuzorze ultradźwiękowym. Wygląda jak nawilżacz powietrza, bo tym też jest. Nikt nie pyta o nawilżacz. Możesz dobrać zapach odpowiedni do intencji, róża, ylang-ylang, jaśmin, to klasyczne zapachy kojarzone z miłością. I zero podejrzeń, bo to po prostu dyfuzor.
Dyfuzor ultradźwiękowy to naprawdę dobre wyjście, sam go używam i nikt nigdy nie pytał co tam kapię. Ale wróćmy do olejków bo Eukaliptus zaczęła temat hoodoo i nie dokończyła. Jakieś konkretne kombinacje do rytuałów miłosnych? Bo ylang-ylang i róża to ogólniki, a zależy co kto chce osiągnąć.
W hoodoo jest dość konkretna lista, ale to zależy od celu. Attraction oil to najczęściej ylang-ylang, paczula i odrobina cynamonu. Love Me oil to już coś innego, tam wchodzi fiołek, bergamotka i czasem piżmo. Różne tradycje mają różne receptury i żadna nie jest jedyną właściwą. Jeśli robisz sama, ważniejsze jest żebyś wiedziała co dany składnik dla ciebie znaczy, niż żebyś odtworzyła przepis co do kropli.
A te olejki można kupić normalnie w sklepie czy to musi być coś specjalnego? Bo jeśli to zwykłe olejki eteryczne z drogerii, to mogę spokojnie wytłumaczyć że to do dyfuzora dla zapachu i nikt się nie przyczepi.
Dodam że paczula ma tę zaletę że jest intensywna i długo zostaje, więc jeśli macie problem z dyfuzorem bo wietrzysz pokój, to może być minus. Coś delikatniejszego jak bergamotka albo jaśmin szybciej się ulatnia i mniej rzuca się w oczy.
Jaśmin jest mocno związany z księżycem w wielu tradycjach, stąd często pojawia się w rytuałach robionych wieczorem albo w nów lub pełnię. Ale czy to znaczy że nie możesz go użyć w inne dni? Nie sądzę żeby to był zakaz, bardziej kwestia tego co chcesz wzmocnić.
A mówiliśmy wcześniej o nocy jako porze do rytuałów i właśnie jaśmin i księżyc do siebie pasują. Więc jeśli ktoś robi cokolwiek późno wieczorem, bo to jedyna opcja w domu u rodziców, to jaśmin w dyfuzorze ma sens na wielu poziomach jednocześnie.
Jest kilka podejść. W jednym zwijasz do siebie, to znaczy w twoim kierunku, jeśli chcesz przyciągnąć. Od siebie jeśli chcesz odpychać albo kończyć coś. W innym liczy się kierunek pisma, piszesz imię osoby kilka razy, potem obracasz papier i piszesz przez to swoje imię, żeby się przecinały. To konkretna technika z magii ludowej, pojawia się w różnych wariantach w różnych kulturach.
Mam pytanie do całej tej rozmowy o olejki i papiery, bo ciągle nie do końca rozumiem logiki. Jeśli ktoś robi rytuał i jest cały czas spięty bo boi się że mama wejdzie, to jak to ma działać? Nie chodzi mi o to czy magia działa czy nie, bardziej o to jak można być skupiona na intencji i jednocześnie nasłuchiwać za drzwiami.
Saszetki to ciekawy temat bo to można zrobić kiedy ma się chwilę spokoju i potem po prostu masz gotowe. Co się do nich daje przy rytuałach miłosnych? Bo słyszałem o saszetkach na szczęście ale nie konkretnie na takie rzeczy.
A co znaczy ładować intencją? To jest ta część której nie rozumiem, bo mówicie to tak jakby było oczywiste, a dla mnie nie jest.
Ładowanie intencją to w praktyce moment kiedy świadomie decydujesz do czego służy dana rzecz i co ma robić. Jedni trzymają w rękach i wyobrażają sobie scenę, inni mówią intencję na głos, inni piszą ją wcześniej i palą. To nie jest technika z jedną właściwą wersją. Ważne że robisz to celowo, a nie przez przypadek przy zwijaniu czegoś na kolanie myśląc o obiedzie.
Sama myśl według wielu tradycji wystarczy, ale są systemy gdzie głos ma znaczenie bo wibracja dźwięku fizycznie coś zmienia w przestrzeni. Więc szept kontra myśl to nie jest tylko kwestia dyskrecji, to trochę różne podejścia do tego jak rytuał w ogóle ma działać. Sam stosowałem oba i nie zauważyłem wielkiej różnicy w praktyce, ale to zawsze subiektywne.
Czyli nie ma znaczenia czy mówię to sobie w głowie czy szepczę? Bo to by mi ułatwiło sprawę, bo szept przy rodziców w domu to nadal ryzyko jeśli mam cienkie ściany.
Cienkie ściany to był mój główny problem przez długi czas. W końcu zaczęłam pisać intencję zamiast mówić. Piszesz na kartce dokładnie to co chciałaś powiedzieć, skupiasz się w czasie pisania i potem kartkę chowasz albo palisz. Dla mnie to działa tak samo jak mówienie, a może lepiej bo pisanie wymusza precyzję.
