To co Feniksa opisuje jest moim zdaniem istotne dla tematu tego wątku - bo stres często właśnie zamienia intencję z 'chcę' na 'nie mogę tego stracić'. I to jest granica której nie widać z zewnątrz, ale która mocno wpływa na to co rytuał może zrobić z tym materiałem który mu dajesz.
Ale jak ktoś jest w środku tej sytuacji, to jak ma w ogóle zobaczyć tę granicę? Pytam szczerze, bo wydaje mi się że jak się boi straty to nie ma tej perspektywy.
To co Seba napisał - właśnie to czułam po tym groundingu rano. Nie że nagle wszystko OK, ale że przez chwilę widziałam sytuację jakby trochę z boku. I to była zupełnie inna perspektywa niż to co miałam przez ostatnie dni. Zastanawiam się czy da się to powtarzać regularnie żeby się do rytuału przygotować, czy to ma sens tylko przed samym rytuałem.
Regularne krótkie grounding przed rytuałem ma sens, ale nie jako jednorazowe przygotowanie tuż przed - raczej jako praca która sprawia że twoje pole energetyczne jest mniej turbulentne na co dzień. Rytuał robi się wtedy w punkcie który jest efektem tej pracy, nie w próżni. To nie jest szybkie rozwiązanie, ale jeśli masz choćby kilka dni - warto to robić systematycznie.
Pytanie trochę z boku - czy grounding przed rytuałem miłosnym to jest coś co robią wszyscy czy to jest raczej jeden z wariantów przygotowania? Bo nigdy nie widziałam żeby był wymieniony jako obowiązkowy krok.
To ciekawe porównanie z myciem rąk z intencją - w wielu tradycjach jest jakiś rytuał oczyszczający przed rytuałem właściwym. Symbolicznie odkładasz to co niesiesz ze świata zewnętrznego. Nie usuwa stresu, ale jest sygnałem dla siebie że teraz jest inny czas i inne skupienie.
Dobra, ale jak ktoś nie ma dni na przygotowanie i jest w środku tej sytuacji teraz - to co? Mówicie o tygodniach pracy i cyklach numerologicznych i tranzytach, a co jeśli ktoś ma poczucie że to jest teraz albo za późno?
No dobra, bo czuję że trochę mnie tu zbyli z tym 'to jest panika'. Może i tak, ale co to zmienia? Jak ktoś jest w panice to właśnie chce coś zrobić, nie czekać. Rozumiem że te pięć minut to minimum, ale dalej mam wrażenie że to za mało jak sytuacja się naprawdę sypie.
To porównanie z szybą mi coś kliknęło. Bo ja właśnie przez ostatnie dni działałam na oślep i dopiero po tym groundingu rano zobaczyłam że nie wiem nawet co dokładnie chcę żeby rytuał 'zrobił'. Chciałam żeby ta osoba wróciła, ale wróciła jak? Do której wersji sytuacji?
Selenitka, to co napisałas to jest naprawde ważna obserwacja - 'wróciła jak' to pytanie które większość ludzi pomija. Ja sama robiłam rytuał z intencją 'chcę żeby wrócił' i dopiero po czasie zobaczyłam że nie sprecyzowałam warunków. Wrócił, ale sytuacja była dokładnie ta sama co sprawiła że odszedł.
To jest temat na osobny wątek, ale tak - dosłowność intencji ma znaczenie. Nie chodzi o to żeby pisać kontrakt z wszechświatem, ale żeby wiedzieć co tak naprawdę chcesz zmienić w energii między wami. Samo 'wróć' bez reszty to jak prośba o 'jedzenie' bez powiedzenia że chcesz obiad a nie garść ryżu.
A jak sie formułuje taką intencję konkretnie? Czy to bardziej uczuciowo - 'chcę żebyśmy znowu do siebie pasowali' - czy raczej opisowo co ma się zmienić? Bo te dwa podejścia wydają mi sie zupełnie inne.
To co Fiolkowa opisuje jest spójne z tym co czytałem o magii sympatycznej - im bardziej skupiasz się na obiekcie zewnętrznym, tym bardziej twoja własna energia idzie w obsesję zamiast w przyciąganie. Stres to wzmacnia, bo stres z natury skupia uwagę na tym co brakuje, nie na tym co chcesz stworzyć.
Ale jak ktoś jest zestresowany to jak ma w ogóle myśleć o 'tym co chce stworzyć' a nie o tym co traci? To brzmi jak wymaganie spokoju jako warunku, ale spokój jest właśnie tym czego nie ma.
Mam pytanie bo trochę zgubiłam wątek - czy w takim razie konkluzja jest że rytuał miłosny podczas silnego stresu lepiej w ogóle odłożyć, czy że da się go zrobić jeśli zrobi się to przygotowanie? Bo z tego co czytam to raz jedno raz drugie.
Dodam że jest tez kwestia jakoś samego rytuału - nie każdy wymaga tego samego przygotowania. Proste rytuały z samą świecą i intencją są mniej wymagające energetycznie niż te z kilkoma elementami, odwoływaniem się do konkretnych sił czy dłuższą pracą z symbolami. Przy stresie może sie zaczac od czegos minimalnego.
To ma sens. Ja zresztą nie planowałam czegoś rozbudowanego - miałam myśl o różowej świecy i zapisaniu intencji, nic więcej. Teraz zastanawiam się czy to w ogóle wystarczy czy to jest za mało żeby miało jakikolwiek sens.
Selenitka, świeca i zapisana intencja to nie jest 'za mało' - to jest podstawa z której wyrastają te bardziej złożone rzeczy. Ważne jest żebyś w chwili zapalania świecy wiedziała co dokładnie zapisujesz i dlaczego. Jedna czysta myśl i spokojne skupienie przez minutę jest więcej warte niż godzinny rytuał robiony w rozsypce.
Zgadzam się z Anyzek. Pracuję z ludźmi którzy nieraz pytają o bardzo rozbudowane rytuały i okazuje się że przez całą przygotowanie nie byli ani chwilę naprawdę skupieni na intencji. Sama forma nic nie zastąpi. Przy stresie lepiej zrezygnować z oprawy i zostać z tym jednym konkretnym momentem skupienia.
To z tym ciepłem w klatce piersiowej jako sygnałem - czy to nie jest zbyt subiektywne? Bo jak jestem zestresowana to mam wrażenie że każde odczucie fizyczne interpretuję przez pryzmat tego czego chcę. Jak mam się upewnić że to naprawdę coś a nie autosugestia?
Ale to co Fiolkowa mówi trochę zmienia perspektywę na cały temat. Bo jeśli autosugestia jest akceptowalna, to wraca pytanie - czy stres w ogóle przeszkadza, skoro rytuał i tak działa głównie przez skupienie i intencję, a nie przez jakiś obiektywny stan energetyczny? Gdzie tu jest ta granica?
Mam dość głupie pytanie może - a co z rytuałami robnymi wieczorem, jak juz cały dzień jest za sobą i człowiek jest zmęczony ale nie zestresowany? Bo ja mam wrażenie że zmęczenie to nie to samo co stres ale nie wiem czy to robi różnicę przy takich rzeczach.
Zgadzam sie z Celestyna - robiłam raz rytuał po bardzo długim dniu i byłam tak zmęczona że prawie nie myślałam o tym wszystkim co normalnie kręci się w głowie. I paradoksalnie ta intencja wyszła wyjątkowo czysta. Może dlatego że nie miałam siły się nakręcać.
Muszę tu trochę wyhamować bo ta rozmowa idzie w bardzo ciekawym kierunku, ale gubimy Selenitke. Ona pyta o różową świecę i prostą intencję, a my rozmawiamy o seiðr. Selenitka, wracając do ciebie - czy po tej nocy coś się zmieniło jeśli chodzi o ten brak jasności co do intencji? Bo z tego co napisałaś wcześniej wynikało że właśnie to było głównym problemem, nie sam stres.
Tak, coś się zmieniło. Napisałam w końcu co konkretnie chcę - nie 'żeby wróciła' ale żeby między nami wróciło coś co było na początku. Jakiś rodzaj bliskości bez napięcia. Nie wiem czy to wystarczająco konkretne, ale przynajmniej nie jest to tylko emocja paniki.
Selenitka, 'bliskość bez napięcia' to jest już coś z czym można pracować. To jakość, nie żądanie. Z mojego doświadczenia takie intencje skupione na klimacie relacji a nie na zachowaniu konkretnej osoby mają dużo większy sens. Pytanie tylko czy w chwili kiedy będziesz przy tej świecy, ta fraza nadal będzie dla ciebie żywa, czy stanie się pustym zdaniem.
To znaczy że mówienie na głos działa lepiej niż zapisanie? Bo ja myślałam że zapis jest właśnie po to żeby skonkretyzować, a mówienie to bardziej odprawianie.
