Właściwie to pytanie o czas jest może nie tym co najważniejsze. Jeśli rytuał był skierowany na siebie, na otwartość - to jednym z sygnałów że coś się zmieniło jest to jak reagujesz na sytuacje związane z relacjami. Czy zauważasz że podchodzisz do tego spokojniej, mniej obronnie? To konkretny wskaźnik, nie data w kalendarzu.
A jeśli w ogóle nie czujesz żadnej zmiany ani wewnątrz ani na zewnątrz? To znaczy że rytuał nie wyszedł?
Słucham tej dyskusji o czasach i wskaźnikach i mam wrażenie że my wszyscy szukamy sposobu na zmniejszenie niepewności. A może właśnie chodzi o to żeby ją zaakceptować? Jak robiłam rytuał na konkretną osobę to miałam bardzo jasne kryterium sukcesu - albo ta osoba wróci albo nie. Tu nie ma takiego binarnego sprawdzianu i może właśnie to jest trudne.
Właściwie to co Wiolka mówi ma dużo sensu, ale nie wiem czy nie za filozoficznie do tego podchodzicie. Czy nie można po prostu powiedzieć - jak po miesiącu coś się zmieniło, choćby małe, to rytuał wyszedł, jak totalnie nic - spróbujesz jeszcze raz?
Wchodzę z pytaniem trochę z boku - mówicie o rytuałach na siebie jako o alternatywie dla rytuałów na konkretną osobę. Ale co jeśli ktoś chce zrobić oba? Najpierw na siebie, a jak poczuje że jest gotowa - na konkretną relację? Czy to w ogóle ma sens?
Swarog, ale czy to zmienia cokolwiek? Jeśli rytuał był tym pretekstem, to nadal spełnił swoją funkcję. Ja sama przez długi czas byłam na to przewrażliwiona - że może to tylko efekt placebo, może po prostu czas zrobił swoje. I w pewnym momencie przestałam się tym zadręczać, bo wynik był taki sam niezależnie od przyczyny.
nie mówię że to zmienia wynik, mówię że to zmienia rozumienie co tak naprawdę robimy. Jeśli rytuał działa głównie przez naszą psychikę, to warto wiedzieć które elementy rytuału faktycznie na nią wpływają, a które są tylko dekoracją. To ma znaczenie praktyczne.
Właśnie to robiłam przez ostatnie miesiące - prowadzę coś w rodzaju dziennika gdzie zapisuję co zmieniałam i co czułam po. I rzeczywiście wychodzi że dla mnie sama intencja wypowiedziana na głos ma większy ciężar niż to czego używam. Ale słyszałam od innych, że dla nich bez przedmiotów w ogóle nie 'wchodzą' w odpowiedni stan. Więc może to po prostu kwestia jak kto działa.
Faza księżyca to jedno, ale ja bym postawiła na zmęczenie emocjonalne. Kiedy mam za dużo na głowie, żaden rytuał nie 'idzie' tak jak powinien - nie dlatego że warunki zewnętrzne są złe, tylko dlatego że nie jestem w stanie naprawdę się skupić. Rytuał na siebie wymaga chyba więcej obecności niż rytuał nakierowany na zewnątrz, bo nie ma 'adresata' który by coś przejął - całość leży po mojej stronie.
Ale jak długo można przekładać? Bo ja miałam taki okres że ciągle coś było nie tak - raz byłam zmęczona, raz zdenerwowana, raz miałam za dużo myśli. I przez kilka tygodni w ogóle nic nie zrobiłam, bo zawsze coś stało na przeszkodzie.
Jest jeszcze jeden wątek który tu gdzieś zginął, a warto do niego wrócić. Sylwunia pytała wcześniej o sekwencję - najpierw rytuał na siebie, potem na konkretną relację. I Malwinia odpowiedziała że po pierwszym może zmienić się to kogo wybieramy. To prawda, ale jest też inna warstwa tej zmiany - zmienia się to co uważamy za dostępne dla siebie. Ludzie którzy robią rytuały miłosne na konkretną osobę często robią to z pozycji 'bez niej to niemożliwe'. A po rytuale na siebie ta logika trochę pęka.
To co Wiolka opisuje - to poczucie że pojawia się więcej niż jedna ścieżka - chyba jest jednym z ważniejszych sygnałów że coś się faktycznie przesunęło. Nie chodzi o to że nagle masz trzy kandydatury do wyboru, tylko o to że znika to tunelowe widzenie. Pamiętam jak ktoś kiedyś powiedział mi że rytuał na siebie to nie jest prośba do wszechświata, tylko zmiana w tym co jesteś w stanie zobaczyć. I to mi zostało.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie które pewnie jest oczywiste dla innych, ale nie dla mnie - jeśli rytuał na siebie zmienia to kogo jesteś w stanie zobaczyć jako możliwość, to znaczy że on działa na percepcję? Czy to jest właśnie ten mechanizm?
Sylwunia, właśnie o to chodzi. Przed moim pierwszym rytuałem skupionym na sobie miałam głowę ustawioną tak że oceniałam wszystkich nowych znajomych przez filtr 'czy to mógłby być on'. I to było wyczerpujące. Po - nie wiem kiedy dokładnie - ale ten filtr jakoś zniknął. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi nie oceniając ich pod tym kątem od pierwszej minuty.
to co opisujesz jest bardzo bliskie temu co w psychologii nazywa się zmianą schematu poznawczego - przestajesz kategoryzować przez pryzmat jednej potrzeby i zaczynasz widzieć szerzej. Nie twierdzę że to tłumaczy wszystko, ale to konkretny, obserwowany mechanizm. Ciekawe że rytuał może to uruchomić.
To co Latawica opisuje - że intencja była 'podszyta czymś innym' - to jest clue. W pracy z czakrą serca często wychodzi że ktoś deklaruje otwartość, a napięcie w ciele mówi co innego. Nie mówię że rytuały miłosne wymagają czystości jak kryształ, bo to nierealistyczne, ale różnica między intencją a tym co niesiesz głębiej potrafi być ogromna.
Lęk że będziemy same to jest bardzo konkretna emocja i ona ma swoją energię. Rytuał na siebie z tej pozycji to trochę jak pisanie listu do siebie w którym powtarzasz że wszystko będzie dobrze, kiedy w środku w to nie wierzysz. Może być krokiem, ale raczej nie rozwiąże tego co pod spodem. Myślę że te rytuały działają lepiej kiedy nie są desperacją.
A co jeśli to jest trochę i i, i? Znaczy - część z ciebie jest spokojna i chce otwarcia, a część jest zalękniona. Bo to chyba normalne że człowiek nie jest jednolity emocjonalnie. Czy rytuał wymaga że masz być w stu procentach w jednym miejscu?
Wracam do wcześniejszego pytania Sylwunia które trochę zginęło w tym wątku - ona pytała o mechanizm. I mam wrażenie że dyskutujemy o efektach i warunkach, ale ciągle omijamy odpowiedź na to co tak naprawdę powoduje że coś się zmienia. Czy ktoś ma jakiś model który mu działa? Nie musi być jeden jedyny, ciekawi mnie co kto stosuje.
Wracam jeszcze do tego co Wiolka mówiła o tym poczuciu wielości ścieżek - bo to co opisała jest chyba clue do samego tytułu wątku. Rytuał na siebie a nie na konkretną osobę - ta różnica to nie jest tylko zmiana adresata. To zmiana całego pytania. Zamiast pytać 'jak przyciągnąć Marka' pytasz 'jak otworzyć się na coś czego nawet nie potrafię jeszcze nazwać'. I to jest zupełnie inna praca.
Sylwunia, ja się z tym zmagałam długo. Na początku pisałam w intencji ogólniki - 'chcę miłości', 'chcę być kochana'. I dopiero kiedy zaczęłam zapisywać nie to czego chcę, ale jak chcę się czuć, coś się zmieniło. Nie 'chcę związku' tylko 'chcę czuć się bezpiecznie przy kimś' albo 'chcę się śmiać z kimś codziennie'. To brzmi banalnie ale różnica w tym jak to siedzi w ciele była ogromna.
to ciekawe bo ja mam odwrotne doświadczenie - jak byłam za bardzo szczegółowa w intencji, to czułam że to bardziej lista życzeń niż coś autentycznego. Jak gdybym projektowała osobę zamiast otwierać się na coś. Gdzie jest granica między konkretną intencją a przespecyfikowaniem?
A jak wy podchodzicie do samego momentu rytuału? Mam na myśli - kiedy już jesteś w środku, zapalone świece, intencja gotowa - i nagle masz głowę pełną myśli o konkretnej osobie z przeszłości? Czy to psuje cały rytuał na siebie?
Chcę wrócić do czegoś co Swarog powiedział kilka postów temu o abstrakcji. On ma rację że sama wartość bez zakorzenienia może być pusta - ale myślę że to gdzie się zakotwicza intencja ma znaczenie. W pracy z przedmiotami magicznymi, na przykład z kamieniami, intencja jest wpisywana w obiekt który ma konkretny ciężar, temperaturę, teksturę. Zmysłowość jest tu kotwicą - nie słowo ale doznanie. W rytuale na siebie może pełnić tę samą rolę - jakiś gest, materiał, zapach który reprezentuje to czego szukasz.
Pytanie może trochę z boku - czy ktoś robił taki rytuał na siebie i po jakimś czasie żałował? Nie że nie zadziałał, ale że zmienił coś w sobie czego się nie spodziewał i to było niekomfortowe?
Stasiek, to uczciwe pytanie i odpowiem szczerze - nie żałowałam w sensie 'chcę cofnąć', ale były momenty gdzie zmiany które nastąpiły były nieoczekiwane i nie zawsze przyjemne. Kiedy zaczęłam mniej akceptować to co wcześniej akceptowałam w relacjach, to na początku poczułam się bardziej samotna, nie mniej. Dopiero po czasie zobaczyłam że to było potrzebne.
To co Wiolka opisuje to jest klasyczne przejście przez próg - w astrologii widać to często przy tranzycie Saturna przez siódmy dom, kiedy wszystko co było kompromisem zaczyna ciążyć bardziej niż wcześniej. Nie twierdzę że rytuał to wywołuje, ale może amplifikować to co już jest w toku.
