Zastanawiam się ostatnio nad czymś, o czym rzadko się tutaj mówi. Większość rytuałów miłosnych, które znam albo o których czytałam, skupia się na konkretnej osobie - imię, data urodzenia, zdjęcie, coś osobistego. Ale co, jeśli ktoś nie ma tej osoby na oku, tylko po prostu chce przyciągnąć miłość do swojego życia? Ogólnie, bez wskazywania na kogoś konkretnego. Czy to w ogóle działa inaczej energetycznie? Czy takie rytuały są budowane na innych założeniach? Sama zaczęłam o tym myśleć, bo wydaje mi się, że rytuał 'na siebie' zamiast 'na kogoś' to zupełnie inne podejście i nie do końca wiem, jak to ugryźć.
To ciekawe rozróżnienie, bo faktycznie rzadko ktoś o tym mówi wprost. Rytuały ukierunkowane na konkretną osobę mają inny mechanizm - działasz na jej wolę, jej pole energetyczne. Rytuał na przyciągnięcie miłości do siebie działa bardziej jak zmiana własnej częstotliwości niż jak wysłanie sygnału do kogoś. Przynajmniej tak to rozumiem. W tradycji hoodoo jest pojęcie 'come to me' versus 'love drawing' i to właśnie ta różnica - jedno przyciąga konkretnego człowieka, drugie otwiera cię na miłość jako taką. Love drawing pracuje głównie z tobą, z twoją energią przyciągania.
Miałam podobne pytanie jakiś czas temu i zapisałam sobie kilka rzeczy z różnych źródeł. W rytuałach 'na siebie' bardzo często pojawia się praca z Wenus - zarówno w astrologii, jak i w magii ceremonialnej. Piątek jako dzień Wenus, róż i zieleń jako kolory, różana woda, miedź. Ale to co mnie zastanawia to właśnie intencja. Czy wystarczy powiedzieć 'chcę miłości' i rytuał się dostosuje? Czy trzeba być bardziej precyzyjnym co do tego, czego się szuka? Bo 'miłość' to pojęcie dość szerokie.
Pracuję z przedmiotami magicznymi od lat i zauważyłam jedną rzecz - im bardziej rytuał jest skierowany do wewnątrz, tym mniej potrzebuje konkretnych składników 'przyciągających kogoś'. W rytuałach miłosnych dla siebie podstawą nie jest magnes ani zdjęcie, tylko praca z własnym polem. Dlatego często sięga się po kamienie jak różowy kwarc, ale nie po to żeby 'magnesować' miłość z zewnątrz, tylko żeby otwierać czakrę serca. To subtelna różnica, ale ma znaczenie dla tego, jak układasz cały rytuał. Kamień ma inną funkcję - nie jest przynętą, jest lustrem dla twojej własnej gotowości na miłość. A co do precyzji intencji - moim zdaniem powinna opisywać uczucie i stan, który chcesz doświadczyć, nie opis fizyczny osoby.
Numerologicznie rzecz biorąc, data wykonania rytuału ma tu sporą wagę. Przy rytuałach 'na siebie' wiele osób poleca daty z wibracyjną siódemką albo szóstką. Szóstka to liczba Wenus i harmonii, kojarzona właśnie z miłością romantyczną i równowagą relacji. Sióstka pojawia się w numerologii jako liczba odpowiedzialna za dom, rodzinę, relacje. Ale ja mam pytanie do tych, którzy robili takie rytuały praktycznie - czy w ogóle sprawdzaliście datę albo fazę księżyca, czy raczej kierowaliście się czymś innym?
Przepraszam, że wejdę z podstawowym pytaniem, ale nie do końca rozumiem co znaczy 'zablokowany system' w tym kontekście. Chodzi o to, że jeśli mam jakieś urazy po poprzednim związku, to rytuał po prostu nie zadziała? Czy że przyciągnie złe rzeczy?
Dokładnie to, co mówi Malwinia i mogę to uzupełnić od strony pracy z czakrami. Czakra serca, jeśli jest zamknięta albo zablokowana po przejściach, wystawia specyficzny rodzaj energii - defensywnej. I wtedy nawet najlepiej zbudowany rytuał przyciąga ci partnerów, którzy 'pasują' do tej defensywności, czyli albo niedostępnych emocjonalnie, albo takich, przy których nie musisz być blisko. Praca przed rytuałem - medytacja na serce, kamienie jak rodochrozyt, malachit - otwiera to, co jest zamknięte. Dopiero na otwarte pole możesz siać.
Mam pytanie bo czytam tę dyskusję z zainteresowaniem - czy ktoś próbował łączyć takie oczyszczenie z ziołami? Chodzi mi konkretnie o zioła używane do kadzenia przed rytuałem miłosnym skierowanym na siebie. Wiem, że przy ochronie używa się szałwii, ale czy przy otwieraniu na miłość jest coś analogicznego?
W astrologii hellenistycznej Wenus rządzi zarówno miłością romantyczną jak i samą zdolnością do przyciągania, więc rytuały pod jej rządami mają sens. Ale warto też patrzeć na Wenus w swoim natywnym horoskopie - jeśli masz Wenus w znaku, który sprawia jej trudności, na przykład w Skorpionie albo Baranku, to może to wpływać na to, jak w ogóle przyjmujesz miłość. Nie twierdzę, że horoskop determinuje wyniki rytuału, ale daje wskazówkę czego w sobie szukać przed rytuałem.
Ja sięgam, i to nie tylko do efemeryd. Patrzę kiedy Wenus jest bezpośrednia, bo w retrogradzie generalnie unikam rytuałów miłosnych - nie dlatego że to zakazane, ale że retrograd Wenus to czas wracania do przeszłości, stare znajomości wracają, stare uczucia się odgrzewają. Przy rytuałach na przyciągnięcie czegoś nowego to nie jest dobry klimat. Ale wracając do samego pytania Wiolki - miałam kiedyś taki rytuał w którym zamiast opisywać cechy partnera zapisałam listę uczuć: bezpieczeństwo, śmiech, bycie sobą, spokój. I to chyba był najlepiej skonstruowany cel jaki zrobiłam.
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że cały czas kręcimy się wokół przygotowań, ale nikt jeszcze nie powiedział co konkretnie robi w samym rytuale. Mnie interesuje właśnie ta środkowa część - nie faza księżyca, nie kamienie, tylko sam moment rytuału. Co się w nim dzieje?
Dodam do tego, bo jest jeszcze jeden element który często się pomija - oddech i ciało w trakcie rytuału. Jeśli robisz rytuał mechanicznie, czytasz słowa z kartki bez żadnego skupienia, to wątpię żeby miało to dużą siłę. Ciało musi być zaangażowane - i tu nie chodzi o żadne skomplikowane techniki, tylko o świadome wejście w stan skupienia przed samym rytuałem. Kilka głębokich oddechów, chwila ciszy, może krótka medytacja. W tradycjach ceremonialnych mówi się o 'sacred space' - tworzeniu przestrzeni mentalnej oddzielonej od codzienności. To nie dekoracja, to część rytuału.
Zastanawiam się czy nie za bardzo komplikujemy tę rozmowę w kierunku technik, a za mało mówimy o tym co za tym stoi. Bo rytuał miłosny skierowany na siebie to jest coś więcej niż zestaw kroków - to jest deklaracja wobec siebie samej że jesteś gotowa i warta miłości. I szczerze mówiąc wiele osób, które znam, miało problem właśnie z tym ostatnim. Nie z techniką, nie z fazą księżyca. Z tym czy naprawdę w to wierzą. Więc zanim ktoś odpowie Wiolce na pytanie o technikę, pytałabym raczej - dlaczego teraz? Co sprawiło, że zdecydowałaś się na taki rytuał właśnie teraz, a nie wcześniej?
To co powiedziała Wierzbina trafia w samo sedno, ale chciałam dopytać - jak to wygląda w praktyce? Bo rozumiem, że rytuał to deklaracja wobec siebie, ale jak nie zatrzymujesz się na symbolice i przechodzisz do działania, to w którym momencie czujesz, że coś faktycznie 'przeszło'? Czy to jest odczucie w trakcie, czy raczej po kilku dniach od rytuału?
u mnie zawsze to było po, nigdy w trakcie. W trakcie jesteś skupiona na tym co robisz i rzadko kiedy jest przestrzeń na takie odczucia. Ale dzień, dwa po rytuale pojawia się coś w rodzaju lekkości. Trudno to nazwać inaczej - po prostu pewne rzeczy przestają wydawać się tak pilne albo bolesne.
Miałam jedno takie doświadczenie i właśnie dlatego zaczęłam szukać czegoś innego. Rytuał na konkretną osobę zostawił mnie z poczuciem... nie wiem, jakiegoś napięcia? Że czekam. A rytuał na siebie - choćby dlatego, że przestawiasz uwagę z tamtej osoby na siebie - już w założeniu coś zmienia.
To napięcie po rytuałach ukierunkowanych to klasyczny efekt rozszczepionych intencji. Chcesz kogoś przyciągnąć, ale jednocześnie boisz się odrzucenia - i ciało to trzyma jako stan gotowości. Przy rytuałach na siebie nie ma tego napięcia, bo nie czekasz na odpowiedź z zewnątrz. Pytanie tylko czy wasze odczucia 'lekkości' pojawiają się przed czy po jakimś wyraźnym geście zamknięcia rytuału? Bo to może mieć znaczenie.
Zgadzam się z Makarym co do mówienia na głos, ale dodałabym jeden element który często się pomija - ton głosu. Nie mówię o żadnym specjalnym głosie rytualnym, ale o tym żeby mówić serio. Słyszałam o ludziach którzy mówią afirmacje szybko i płasko, jak czytanie listy zakupów. To nie działa, bo ciało nie dostaje sygnału że to ważne. Pauz i tonu używamy zresztą naturalnie - kiedy mówisz do kogoś coś ważnego, automatycznie zwalniasz.
Przepraszam że znowu wchodzę z podstawowym pytaniem, ale jak długi powinien być taki tekst afirmacji? Bo słyszałam że im dłuższy tym lepiej, bo więcej intencji. Ale teraz czytam że krótki. Skąd mam wiedzieć co mi pasuje?
Chciałam wrócić do tego co powiedziałam wcześniej, bo myślę że trochę zbyt szybko przeszliśmy do technik. Rytuał skierowany na siebie to jest w pewnym sensie przyznanie przed sobą, że chcesz miłości - i to samo w sobie bywa trudne. Dla wielu osób łatwiej jest szukać techniki niż usiąść z tym uczuciem. Pytam serio - czy ktoś z was miał doświadczenie że sam akt przygotowania do rytuału coś zmienił, zanim jeszcze cokolwiek zapaliłaś?
Tak, właśnie to. Kiedy zaczęłam pisać tę listę o której mówił ktoś wcześniej - uczucia zamiast cech - to już przy pisaniu poczułam się jakoś... rozbroją? Że to nie jest lista zamówienia, tylko rozmowa ze sobą. I chyba właśnie dlatego chcę zrobić ten rytuał dobrze, a nie mechanicznie.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie trochę z innego kąta. Mówicie o rytuałach miłosnych skierowanych na siebie jako o czymś zdecydowanie lepszym od tych skierowanych na konkretną osobę. Ale czy te dwa podejścia naprawdę są aż tak różne energetycznie? Znaczy - czy intencja 'chcę być gotowa na miłość' nie może przypadkiem ściągnąć na ciebie kogoś zupełnie nieodpowiedniego, tak samo jak intencja na konkretną osobę może ściągnąć 'nie tę' wersję tej osoby?
Dorzucę tylko jedno - to co Konradek nazwał 'przypadkowym ściągnięciem nieodpowiedniego' to w numerologii jest kwestia wibracji w jakiej jesteś w momencie rytuału. Jeśli wykonujesz rytuał z lęku że jesteś sama, a nie z otwartości, to wibracja jest inna. I przyciągasz coś zbudowanego na tym samym lęku. To nie są mistyczne rzeczy - to dość prosta logika energetyczna.
Słucham i słucham i mam jedno pytanie - a co jeśli ktoś naprawdę nie wie w jakiej jest wibracji? Bo te wszystkie rozmowy zakładają że człowiek ma dość samoświadomości żeby to ocenić. A co jeśli ktoś jest po prostu zagubiony i nie wie czego chce, tylko wie że jest mu źle i chce żeby było lepiej? Czy taki rytuał ma w ogóle sens?
Właściwie to co powiedziała Energetyczka jest dla mnie bardzo ważne, bo sama nie byłam pewna czy w ogóle jestem 'gotowa' na taki rytuał. A jak to ująć jako intencję otwartości - to już czuję że mogłabym to zrobić. Zastanawiam się tylko czy taki rytuał można powtórzyć po jakimś czasie, jeśli się coś zmieniło wewnętrznie?
Zastanawiam się tylko czy taki rytuał można powtórzyć po jakimś czasie, czy lepiej go zostawić i czekać? Bo nie wiem jak długo czekać żeby uznać że coś zadziałało albo nie.
Wróćmy na chwilę do pytania Ilonki, bo myślę że kryje się w nim coś ważniejszego niż technika. To pytanie 'jak długo czekać żeby uznać że zadziałało' zakłada, że rytuał ma mieć konkretny, identyfikowalny wynik. A przy rytuałach skierowanych na siebie ten wynik nie zawsze jest oczywisty - czasem dzieje się coś w środku, a nie na zewnątrz. Zmienia się to jak patrzysz na relacje, nie to że ktoś konkretny pojawia się w życiu.
