To co Wiolka opisuje to nie jest efekt uboczny rytuału - to jest efekt uboczny samoświadomości. I nie wiem czy można je rozdzielić. Jak zaczniesz brać siebie poważnie jako kogoś wartego miłości, to siłą rzeczy zaczynasz inaczej patrzeć na to co dotąd tolerowałaś. Tyle że to nie brzmi tak romantycznie jak 'rytuał miłosny na siebie'.
Tylko że Saturn to zewnętrzny rytm, a rytuał to decyzja. I to jest różnica którą warto mieć w głowie. Kiedy coś przydarza ci się pod wpływem tranzytów, możesz czuć się ofiarą okoliczności. Kiedy sam/sama intencjonalnie inicjujesz zmianę, masz inaczej ustawioną relację z tym procesem - jesteś jego sprawcą. To zmienia jakość tego dyskomfortu który Wiolka opisywała.
Wierzbina, a czy możesz powiedzieć coś więcej o tym 'materiale do pracy w trakcie'? Jak to wygląda w praktyce?
To brzmi bardziej jak psychoterapia niż rytuał. Nie mówię że to źle, po prostu zastanawia mnie gdzie jest granica.
Wracając do kwestii przedmiotów, bo myślę że to jest miejsce gdzie te dwa poziomy - psychologiczny i magiczny - spotykają się naturalnie. Kamień albo inny przedmiot fizyczny pełni funkcję kotwicy dla intencji, ale też jest nośnikiem - i jeśli wierzysz że minerał ma własne właściwości, to rytuał staje się dialogiem, nie monologiem. Rozmawiacie z czymś, nie tylko sami ze sobą.
Mam inne pytanie do tego wątku z kamieniami. Czy jest sens pracować z kamieniem cały czas - nosić go, spać z nim - czy to ma być wyłącznie element rytuału i potem odkładasz go na bok?
Wtrącę się bo chcę wrócić do tego co Pigwowa pytała o 'i tak nic z tego' - bo to jest klasyczny wzorzec blokady w czakrze serca, nie tylko przekonanie mentalne. Kiedy serce energetycznie jest zamknięte po trudnej relacji, dosłownie nie przepuszcza nowych impulsów. Rytuał może być intencją głowy, ale jeśli ciało i pole energetyczne nie idą za tym, to nic nie przejdzie. Dlatego praca tylko z symboliką bez pracy z ciałem i oddechem bywa niepełna.
Słucham tej rozmowy i myślę sobie że kiedy zaczynałam robić ten rytuał na siebie, to w ogóle nie zadawałam sobie tych pytań. Działałam bardziej intuicyjnie. I teraz czytam wasze analizy i jest mi trudno powiedzieć czy to dobrze że nie wiedziałam tego wszystkiego, czy gorzej. Może niektóre rzeczy lepiej robić zanim zdążysz za dużo pomyśleć?
...i właśnie o to mi chodziło - że może brak wiedzy był wtedy jakimś rodzajem ochrony. Robiłam swoje, nie analizowałam czy czakra serca jest otwarta, czy nie, po prostu byłam w tym całkowicie. Teraz kiedy wiem więcej, mam wrażenie że ta wiedza czasem wchodzi mi w drogę. Czy ktoś miał podobnie?
To co opisujesz to klasyczny paradoks wtajemniczenia - im więcej wiesz, tym trudniej działać bez autocenzury. W tradycjach ceremonialnych mówi się o tym wprost: neofita często osiąga efekty których wtajemniczony nie może, bo nie ma jeszcze wewnętrznego krytyka który podważa każdy krok. Z czasem uczy się go wyciszać, ale to jest praca, nie stan naturalny.
Mam notatki z kilku rytuałów robionych na siebie i widzę dokładnie ten wzorzec który Wiolka opisuje. Te pierwsze próby były bardziej spontaniczne i miałam poczucie że coś się dzieje. Później zaczęłam podchodzić do tego metodycznie - fazy księżyca, odpowiednie kamienie, dzień tygodnia - i nie wiem czy to pomogło, czy utrudniło. Efekty były może głębsze, ale sam proces stał się mniej żywy.
To jest napięcie które jest wbudowane w każdą tradycję gdzie jest i wiedza i praktyka. Ale chcę zapytać Latawicę - piszesz że efekty były głębsze. Co przez to rozumiesz? Głębsze w sensie emocjonalnym, czy coś konkretnie się zmieniło w tym co przyciągałaś?
Wchodzę tu z boku bo obserwowałem rozmowę od jakiegoś czasu. To co Latawica opisuje - zmiana jakości a nie tylko pojawienie się czegoś - to jest kluczowa różnica między rytuałem na konkretną osobę a rytuałem na miłość jako zasadę. W numerologii jest coś podobnego: kiedy pracujesz z liczbą życia albo liczą serca, nie wywołujesz konkretnego zdarzenia, kalibруjesz swoje pole tak żeby przyciągało rzeczy spójne z twoją ścieżką. I właśnie dlatego efekty są inne jakościowo.
A jak się oblicza tę liczbę serca? Pytam szczerze, bo nigdy tego nie robiłam.
Wracam do wątku z lustrem, bo Iwetka pytała wcześniej o szczegóły i chcę dodać jedną rzecz. W pracy z lustrem przy rytuale na siebie ważne jest co robisz po konfrontacji z tym co wychodzi. Samo siedzenie i patrzenie to jest ekspozycja, ale bez domknięcia możesz wyjść z rytuału bardziej rozkopaną niż przed. Tradycje które tego używają zazwyczaj mają drugi etap - jakiś gest zamknięcia, afirmację albo fizyczne działanie które symbolizuje że przekształciłaś to co zobaczyłaś, nie tylko że to zobaczyłaś.
Słucham i zastanawiam się - czy te techniki z lustrem albo z czakrą serca są dla każdego, czy są osoby które nie powinny tego robić samodzielnie? Pytam bo mam wrażenie że to jest poważna praca i nie wiem czy sama bym dała radę to przeprowadzić bez kogoś z zewnątrz.
Chcę dorzucić coś do tego co mówi Energetyczka o domknięciu, bo to łączy się z przedmiotami. Jeśli pracujesz z kamieniem podczas rytuału z lustrem, kamień może służyć właśnie jako fizyczny gest zamknięcia - trzymasz go w dłoni podczas domknięcia i on staje się nośnikiem tej transformacji, nie tylko świadkiem rytuału. To jest inny sposób użycia kamienia niż kotwica intencji na początku. Przy czym moonstone i labradoryt mają tu szczególne zastosowanie właśnie dlatego że w wielu tradycjach są związane z lustrami i odbiciem - labradoryt szczególnie, bo jego optyczny efekt to coś w rodzaju okna a nie tafli.
Zatrzymuję się przy tym co napisała Jolusia wcześniej o traumie relacyjnej i samodzielnej pracy. To jest ważna kwestia, bo widzę że kilka osób w tym wątku pyta o techniki, ale nikt nie zapytał co tak naprawdę chcą zmienić. Bo praca na przyciągnięcie miłości dla siebie może oznaczać zupełnie różne rzeczy - ktoś może pracować z otwarciem, ktoś inny z usuniętą blokadą, a ktoś jeszcze z przekonaniem że na miłość po prostu nie zasługuje. I te trzy przypadki wymagają innych podejść.
To co mówi Jolusia opisuje dobrze moją własną historię z tym tematem. Kiedy zaczęłam robić rytuały na przyciągnięcie miłości, nie wiedziałam że siedzę w poczuciu że jestem za trudna dla kogokolwiek. Nie myślałam o tym świadomie, ale to wychodziło przy każdej pracy z sercem. I dopiero kiedy zaczęłam z tym pracować bezpośrednio, coś się zaczęło realnie zmieniać - nie tylko w rytuale, ale w tym co w ogóle przyciągałam.
Wiolka, a jak to wyglądało u ciebie praktycznie - to wychodzenie poczucia bycia za trudną? Pytam bo sama miałam podobne momenty, ale nigdy nie byłam pewna czy to jest sygnał do pracy, czy po prostu trudny nastrój który mija.
Słucham tej rozmowy i trochę czuję że zanim w ogóle zrobi się jakikolwiek rytuał na przyciągnięcie miłości, trzeba by najpierw zrobić coś w stylu porządkowania. Czy jest jakaś praca wstępna którą robicie przed samym rytuałem, coś co przygotowuje grunt?
