Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Są rytuały, które mają przyciągnąć miłość, otworzyć na nią, stworzyć przestrzeń - i z tym nie mam problemu. Ale gdzieś po drodze zaczyna się robić niewyraźnie, bo część rzeczy, które ludzie nazywają rytuałami miłosnymi, to w zasadzie próba wpłynięcia na konkretną osobę, żeby zachowała się w określony sposób. I tu już chyba nie mówimy o tym samym, prawda? Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie? Pytam, bo naprawdę nie wiem, czy ta granica jest ostra, czy raczej zależy od intencji.
To jest właśnie ten temat, przy którym różne szkoły magii kompletnie się rozmijają. W tradycji ceremonialnej bardzo wyraźnie oddziela się prace skierowane na siebie - czyli na przykład zwiększenie własnej atrakcyjności czy otwarcie na miłość - od tych, które mają zmienić wolę innej osoby. Crowley pisał o tym wprost w kontekście 'True Will' - każda ingerencja w wolę drugiego człowieka jest w jakimś sensie naruszeniem porządku. Ale z drugiej strony masz całą tradycję ludową, gdzie zamawianie konkretnego sąsiada albo sąsiadki było absolutną normą i nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał. Więc chyba nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie.
Ale czy to nie jest tak, że intencja zmienia całą sprawę? Znaczy jeśli robię coś żeby on mnie kochał bo mu to 'wbuduję' to jedno, a jeśli chcę żeby zobaczył mnie lepiej, bez zaślepiania, to trochę inne? Może źle to tłumaczę, ale chodzi mi o to że są rytuały które jakby otwierają oczy, a nie zaciemniają. Czytałam gdzieś o takim rozróżnieniu ale nie pamiętam gdzie.
Słuchajcie, ale czy ktoś w ogóle zastanawiał się nad tym, że normalne zalecanie się też jest formą wpływu? Kupujesz kwiaty, stroiszz się, uśmiechasz, dobierasz słowa - to wszystko jest próbą wpłynięcia na kogoś. Gdzie tu jest granica? Serio pytam, nie jestem przekonana że magia jest jakoś moralnie gorsza od zwykłego uwodzenia.
Zgadzam się z Zenek75. W religiach gdzie magia jest zakorzeniona, np. w tradycjach afrykańskich jak Ifa, rozróżnienie jest bardzo wyraźne i ma konsekwencje społeczne. Babalawo może odmówić wykonania pewnych rytuałów właśnie dlatego, że naruszają wolę osoby trzeciej. Nie jest to tylko etyczna zachcianka, to jest wpisane w strukturę systemu. Może dlatego że te społeczności żyły blisko siebie i skutki magii były obserwowalne przez wszystkich.
Ale właśnie tego nie rozumiem do końca. Jeśli ktoś robi rytuał żeby 'przyciągnąć miłość' bez konkretnej osoby w głowie, to jest OK? A jak ma konkretną osobę w myślach, to już przekracza granicę? Skąd ta różnica? Wydaje mi się że skupienie na konkretnej osobie po prostu precyzuje intencję, ale nie zmienia jej jakości moralnej.
Ciekawe że nikt jeszcze nie wspomniał o runicznym aspekcie tego. Gebo to runa daru i wymiany, i w kontekście miłości jej użycie zakłada wzajemność - nie możesz nią 'wymusić' relacji bo runa się po prostu opiera takiemu użyciu, przynajmniej w moim doświadczeniu. Kenaz z kolei może być użyta do rozświetlenia relacji, ujawnienia uczuć. Ale nawet tu, kiedy ją rzucam, staram się żeby dotyczyła mojego rozumienia sytuacji, a nie zmiany kogoś innego. Nie wiem czy to robi różnicę praktycznie, ale intencyjnie tak.
Moim zdaniem te rozróżnienia są trochę teoretyczne. W praktyce każdy rytuał miłosny, który robię, ma gdzieś w tle jakieś wyobrażenie o tym jak chcę żeby wyglądała moja sytuacja. Nawet 'ogólne przyciąganie miłości' jest warunkowane moimi przekonaniami o tym czego chcę i od kogo. Wolna wola to piękna idea, ale energetycznie wszyscy na siebie cały czas wpływamy czy chcemy czy nie.
Mam pytanie trochę z boku tego co piszecie - co z rytuałami, które mają 'przywrócić' byłego partnera? To jest chyba najbardziej kontrowersyjny typ, bo z jednej strony można powiedzieć że to chęć naprawienia czegoś co istniało, a z drugiej że ta osoba już podjęła decyzję o odejściu i rytuał ma ją cofnąć. Widzę to często opisywane w różnych miejscach i zastanawiam się jak wy na to patrzycie.
Czytam tę rozmowę od początku i wracam myślami do czegoś, co kiedyś przeczytałem - że w magii kontrolującej największym problemem nie jest to co robisz drugiej osobie, ale to co robisz sobie. Kiedy wchodzisz w tryb wymuszania, to zaczynasz budować relację z wyobrażeniem o tej osobie, nie z nią samą. I nawet jeśli rytuał zadziała, to co masz? Kogoś, kto jest przy tobie ale nie z własnej woli. Czy to w ogóle jest to czego chciałeś?
Ale chwila, bo to można by powiedzieć o każdej obsesji na punkcie kogoś, nie tylko o rytuałach. Jeśli bez żadnej magii siedzisz i myślisz całymi dniami o jednej osobie i analizujesz każdy jej ruch, to chyba ten sam mechanizm? Rytuał tutaj nie jest przyczyną, tylko objawem.
Tak, ja tak miałam i bardzo dziękuję że to powiedziałaś, bo myślałam że jestem wyjątkiem. Zrobiłam coś, miałam czuć że 'oddałam to wszechświatowi', a zamiast tego przez kilka tygodni analizowałam każdą wiadomość od tej osoby. To był koszmar.
Modlitwa i rytuał to różne rzeczy, bo modlitwa jest zwrócona ku czemuś wyższemu i oddaje decyzję, a rytuał miłosny z reguły jest próbą konkretnego efektu. Chociaż w tradycjach, które znam, i modlitwa i rytuał mogą być kontrolujące, zależy jak są skonstruowane.
Ale słuchajcie, wracając do tego co mówiła Szafranka - to rozróżnienie między przyciąganiem ogólnym a konkretną osobą. Mam wrażenie że w praktyce większość ludzi i tak ma w głowie kogoś konkretnego, nawet jak mówią że robią ogólny rytuał. Czy sami się nie okłamujemy trochę?
To jest coś, o czym pisał Austin Osman Spare - że świadoma intencja i rzeczywiste pragnienie to często dwie różne rzeczy, i ta głębsza zawsze wygra. Więc tak, jeśli masz konkretną osobę w wyobraźni podczas rytuału, to on jest ukierunkowany na nią bez względu na to co zapisałaś na kartce.
No i tu jest pies pogrzebany. Można powiedziec że uczciwe byłoby albo zrezygnować z rytuału całkowicie kiedy się ma konkretną osobę w głowie, albo zrobić rytuał jawnie ukierunkowany i wziąć na siebie odpowiedzialność za tę intencję. Udawanie że się robi coś ogólnego wydaje mi się gorsze niż jedno i drugie.
To jest bardzo dobra uwaga Zlata. Uczciwość w tym kontekście to jest uczciwość wobec własnej intencji - że nie mówisz sobie że robisz jedno, a robisz drugie. Ale ta osoba nadal nie wie. Więc pytanie o granicę wraca do punktu wyjścia całej tej rozmowy.
No i właśnie to mnie zatrzymuje. Freja powiedziała że pytanie o granicę wraca do punktu wyjścia - i chyba tak jest. Cały czas kręcimy się w kółko: czy to uczciwe, wobec kogo, co z wolną wolą tej osoby. Ale może to kręcenie się w kółko jest odpowiedzią samo w sobie? Że tej granicy nie da się narysować raz na zawsze?
Ale może właśnie o to chodzi - że ta granica jest płynna i zależy od kontekstu, a nie od jakiejś sztywnej reguły. Bo jak patrzę na różne tradycje, to każda ma inaczej postawiony próg tego co dozwolone. W hoodoo na przykład praca na konkretną osobę jest zupełnie standardowa i nikt nie robi z tego problemu etycznego. W wicca będzie zupełnie inaczej.
No ale hoodoo to jest tradycja, która wyrosła z bardzo konkretnego kontekstu historycznego i społecznego. Czy da się po prostu przenieść jej etykę do współczesnego europejskiego podejścia? Mam wrażenie że ludzie często biorą z różnych tradycji to co im wygodne i zostawiają resztę.
Zgadzam sie z Sigilmistrzem, ale to otwiera kolejny problem. Bo mozna mieć przemyślane i wciąż sie mylić. Ja na przykład przez długi czas byłem przekonany że mam czyste intencje w pewnym rytuale, a jak potem spojrzałem na to z dystansem, to zobaczyłem że to było czyste sterowanie. Tylko że w trakcie nie widziałem tego tak.
Mnie zastanawia inna rzecz. Cały czas rozmawiamy o intencji osoby robiącej rytuał. Ale co z tą drugą stroną? Czy my w ogóle bierzemy pod uwagę że ta osoba ma jakieś własne pragnienia które mogą być zupełnie inne?
Ale modlitwa o kogoś też odbywa się bez jego wiedzy i nikt tego nie kwestionuje. Przepraszam że znowu wracam do tego porównania, ale naprawdę nie wiem gdzie jest różnica.
Gertruda ma rację. Pośrednictwo nie zmienia intencji. Chcesz to samo, tylko używasz innego kanału. Trudno mi powiedzieć że jeden jest etycznie czystszy od drugiego tylko dlatego że jeden ma boga w środku.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę wrzucić coś z trochę innej strony. W astrologii elektywnej, kiedy wybiera się moment do działania, jest podobny dylemat - czy wybranie korzystnego momentu dla swojej sprawy to manipulowanie czasem, czy po prostu świadoma synchronizacja z cyklami? I wiesz co, ta debata trwa wieki i nikt jej nie rozstrzygnął. Może pytanie o granicę rytuału miłosnego jest tego samego rodzaju - nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od założeń ontologicznych które przyjmujesz.
Zgoda, ale tylko jeśli przyjmiemy że rytuał faktycznie wpływa na emocje tej osoby w sposób zewnętrzny i bez jej przyzwolenia. A co jeśli mechanizm jest inny - że rytuał wpływa na ciebie, na twoje pole energetyczne czy jak to nazwać, i przez to zmienia dynamikę między wami? Wtedy to nie jest ingerencja w jej umysł, tylko zmiana siebie.
Właśnie to słyszę często jako argument - że rytuał zmienia ciebie, nie jego. Ale szczerze? Trochę mi to brzmi jak wybielanie. Bo jak zmieniasz siebie w sposób który ma konkretny cel dotyczący zachowania innej osoby, to czy to nie jest po prostu obejście tego problemu przez tylne drzwi?
