No dokładnie tak to czułam. Jakby jedno ja robiło ten rytuał a drugie patrzyło z boku i oceniało czy dobrze, czy działa, czy w ogóle ma sens. To jest strasznie męczące jak to teraz opisuję. Może gdyby te dwa głosy jakoś zgrać ze sobą to by było lepiej, ale nie wiem jak to zrobić w praktyce.
Hej, może głupie pytanie, ale - czy ta senność w ogóle jest zła? Bo czytam ten wątek od dawna i trochę mi się wydaje że wszyscy zakładają że trzeba to minimalizować albo wyjaśnić. A może to po prostu znaczy że możesz iść spać i tyle, bez filozofowania?
Dobra, to jak już mówimy o praktycznym wymiarze - czy jest jakiś sposób żeby w ogóle kontrolować intensywność tej senności? Bo rozumiem że po intensywnym rytuale miłosnym można być zmęczona, ale czy np. skrócenie rytuału albo uproszczenie go cokolwiek zmienia?
Może zamiast skracać lepiej jest jakoś inaczej zaplanować to w czasie - nie wieczorem, jak i tak jesteś już zmęczona po całym dniu. Bo jak do tego dochodzi zwykłe zmęczenie plus ta emocjonalna warstwa, to potem człowiek pada. Ja przynajmniej zauważyłam że jak robię coś w środku dnia to odpowiedź ciała jest zupełnie inna.
Ja kiedyś właśnie dlatego przesunąłem jeden rytuał z wieczora na późne popołudnie i powiem szczerze - nie miałem potem tej nagłej senności. Ale wtedy też byłem inaczej nastawiony, miałem więcej spokoju, więc nie wiem co zadziałało. Trudno to rozdzielić.
A mnie zastanawia jeszcze jedna rzecz - czy ta senność jest silniejsza jak rytuał jest o konkretnej osobie do której masz mocne uczucia, a słabsza jak to jest bardziej ogólne, np. przyciągnięcie miłości bez konkretnego celu? Bo intuicyjnie wydaje mi się że to drugie powinno być mniej obciążające emocjonalnie.
Ale chwila, bo jeśli tak to wychodzi że ZAWSZE będzie sennosc po rytuale miłosnym bo zawsze jest albo konkretna osoba albo jakieś wyobrażenie? Czy jest w ogóle wersja bez tego zaagażowania wyobraźni?
A mi się wydaje że to jest trochę sprzeczne wewnętrznie - rytuał miłosny bez emocjonalnego zaangażowania jest jak... ognisko bez drewna. Możesz mieć zapałkę, ale co z tego. Pytanie nie brzmi chyba 'jak nie angażować się emocjonalnie' tylko 'jak angażować się inaczej, mniej wyczerpująco'.
No i tu jest ten pies pogrzebany. Bo emocje się nie da kontrolować jak przełącznik. Ale podobno można nauczyć się je 'puszczać' zamiast trzymać. Tzn. coś czujesz, dajesz temu wybrzmieć w środku rytuału, i potem odpuszczasz zamiast kręcić się w tym w kółko. Łatwo powiedzieć, wiem.
Słuchajcie, ja rozumiem to 'puszczanie' bo to trochę jak po meczu - albo cieszysz się i idziesz dalej albo przeżuwasz to przez tydzień i nie możesz spać. Ale jak kogoś lubisz to automatycznie przeżuwasz, bo ważne jest. Czy to się da jakoś przeprogramować?
No dobra, ale to wszystko brzmi jakbyśmy szukali sposobu na to żeby nie czuć skutków czegoś co robimy. Ja się zastanawiam bardziej czy ta senność w ogóle świadczy o tym że rytuał zadziałał, czy jest niezależna od skuteczności. Bo jeśli możesz być po nim kompletnie nie śpiąca a rytuał i tak działa, to ta senność to tylko fizjologia, nie?
Właśnie, i to jest jedno z częstszych nieporozumień przy tej pracy. Zmęczenie mówi ci tylko tyle że coś wydałaś z siebie. Nie mówi czy to trafiło tam gdzie chciałaś, ani w ogóle czy wyszło poza ciebie. W praktykach gdzie pracuje się z energią osobistą zawsze jest ten risk że pracujesz intensywnie, wytwarzasz dużo, ale nie przekazujesz tylko się kręcisz w środku.
No i tu jest sedno tego co cała dyskusja kręci się wokół - że te sygnały są tak wewnętrzne że ciężko je odróżnić od zwykłego niepokoju albo od zmęczenia fizycznego. Ja po prostu przyjąłem że nie wiem i przestalem sie meczywc rozróżnianiem, i paradoksalnie senność mi trochę zelżała.
Ale jeśli to głównie kwestia zamknięcia albo niezamknięcia rytuału, to czy nie wystarczyłoby wprowadzić jakiś stały rytuał zamknięcia - niekoniecznie skomplikowany, po prostu coś co sygnalizuje koniec? Gaszenie świecy ze świadomością że to finał, jakieś słowo, gest. Już samo to może ułatwić przejście.
Ja właśnie to próbowałam - gasiłam świecę i mówiłam w myślach coś w stylu 'zakończone'. I faktycznie pomogło mi nie myśleć za dużo po. Tylko senność i tak była, więc chyba to nie było wyłącznie z myślenia.
Wracając do sedna tego wątku - ta senność po rytuale miłosnym to jest jedna z tych rzeczy o których mało się mówi bo ludzie skupiają się na tym czy rytuał zadziałał a nie na tym co dzieje się z nimi samymi. A właśnie ten aspekt jest chyba ważniejszy długoterminowo, bo jeśli po każdym rytuale zostajesz z ciężarem to w pewnym momencie po prostu przestajesz to robić.
To jest dokładnie to co czuję. Nie tyle że byłam zmęczona, ale że ta senność była zniechęcająca. Jakby sygnał że coś kosztowało za dużo. I zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle powinnam to powtarzać.
Mnie z kolei zastanawia czy ta senność zmienia sie w zależnosci od pory w której robisz rytuał. Bo ja próbowałem wieczorem i rano i wieczorem było gorzej, ale nie wiem czy to dlatego że ciało i tak się szykowało do snu.
