Chciałam zapytać o coś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Słyszałam, że rytuały miłosne mogą odbić się na tym, kto je robi - czyli taka karma czy odwrót skutków. Czy to w ogóle ma sens? Bo z jednej strony rozumiem, że ingerowanie w czyjąś wolną wolę to poważna sprawa, ale z drugiej strony widziałam tyle postów, gdzie ludzie robili takie rytuały i nic złego ich nie spotkało. Czy ktoś ma jakieś przemyślenia na ten temat?
Ja się nad tym zastanawiałam i szczerze mówiąc nie wiem, czy to jest jakaś realna zasada, czy bardziej takie straszenie. Bo słyszałam różne wersje - że karma wraca trójkrotnie, że wraca po roku, że w ogóle nie wraca jeśli intencja była czysta... każdy mówi co innego.
Ta zasada trójkrotnego powrotu to bardziej wicca niż coś powszechnego w tradycji magii w ogóle. W innych tradycjach w ogóle się o tym nie mówi. Więc zależy mocno od tego, w jakiej szkole czy systemie się pracuje.
Zastanawiam się czy ktoś z was miał jakieś osobiste doświadczenia z tym "powrotem" po rytuałach miłosnych? Bo do tej pory dyskutujemy dość teoretycznie, a chciałabym wiedzieć czy to jest coś, co ludzie faktycznie obserwują u siebie.
Ja nie mówię, że mam twardy dowód na cokolwiek, ale po jednym takim rytuale, który robiłam jakiś czas temu, przez kilka tygodni miałam wrażenie jakby coś się odkręcało w moim własnym życiu emocjonalnym. Nie wiem czy to karma, efekt placebo czy po prostu skupienie na tej osobie zrobiło mi się obsesją. Naprawdę nie potrafię tego rozróżnić.
Obserwuję od dawna jedną rzecz - osoby, które robią dużo rytuałów nakierowanych na konkretną osobę, często po jakimś czasie zaczynają mieć problem z puszczeniem tego, na co pracowały. Jakby rytuał zamiast przyciągnąć kogoś, przyklejał ich samych do tematu. Nie wiem czy to karma, ale jakiś wzorzec jest.
Wracając do tego wątku o karmie - zastanawia mnie czy w magii ceremonialnej w ogóle pojawia się taki koncept. Bo znam trochę Thelemy i tam nie ma mowy o karmie w sensie hinduskim, raczej o woli i jej realizacji. Czy ktoś wie jak to tam działa?
Słyszałam o tym podejściu, ale zawsze mi się wydawało, że to takie... wymijające? Jak masz kogoś konkretnego na myśli, to rytuał "na kogokolwiek" wydaje się bez sensu. Czy to faktycznie działa inaczej czy to tylko taki zabieg, żeby nie czuć się winną?
Mam pytanie, bo jakoś nie mogę tego z głowy wyrzucić - czy ktokolwiek z was słyszał o sytuacji, gdzie ktoś zrobił rytuał na konkretną osobę, ta osoba się pojawiła, ale potem wszystko poszło bardzo źle? Nie jako karma abstrakcyjna, tylko jako realny ciąg zdarzeń?
Z tego co obserwuję, fokus na konkretnej osobie często robi więcej szkody wykonującemu niż samej osobie. Bo rytuał zamraża twój obraz tej osoby w jednym momencie - taką, jaką ją znałeś albo sobie wyobrażałeś. A ludzie się zmieniają.
To mnie zastanawia w kontekście karmy - jeśli "ściągasz" kogoś, kto już jest inną osobą, i ta relacja się sypie, to czy to jest karmiczny powrót? Czy może po prostu nieuchronna konsekwencja czegoś niemożliwego do spełnienia?
Myślę, że problem z pytaniem o karmę w tym kontekście polega na tym, że karma to nie jest system karalności. W tradycji wedyjskiej to po prostu prawo przyczynowo-skutkowe, bez emocji i bez wyroku. Więc jeśli rytuał coś uruchamia, a potem to wraca - to nie "kara", tylko ciąg zdarzeń.
W praktyce obserwuję jedno - osoby, które robią rytuały miłosne z pozycji desperacji, częściej opisują potem spiralę problemów. Natomiast te, które pracowały raczej nad sobą i otwarciem, rzadziej narzekają na takie "odbicia". Czy to karma, czy psychologia, ciężko powiedzieć, ale wzorzec jest dość powtarzalny.
Zastanawiam się, czy w ogóle da się mówić o karmie przy rytuałach bez uwzględnienia tradycji, z której ten rytuał pochodzi. Bo wedyjska karma to co innego niż to, co pod tym słowem rozumie zachodnia ezoteryka od lat dziewięćdziesiątych. To są niemal dwa różne pojęcia.
A czy w takim razie przy rytuałach miłosnych ta różnica ma znaczenie praktyczne? Tzn. czy to zmienia coś w tym, czego można się spodziewać?
Przy okazji - czy ktoś kiedyś słyszał o przypadku, gdzie ktoś świadomie cofnął rytuał i zaobserwował jakiś konkretny efekt? Nie mówię o teorii, pytam o doświadczenia.
I znowu wracamy do tego problemu z grupą kontrolną. Nie da się oddzielić efektu psychologicznego od "energetycznego", jeśli oba wychodzą od tej samej osoby i tej samej decyzji.
W niektórych podejściach do magii ceremonialnej nie ma w ogóle pojęcia karmy w tym sensie. Jest prawo trójki - to co wysyłasz, wraca trzykrotnie. Ale to też jest uproszczenie neopogańskie, nie ma ono wiele wspólnego z oryginalną Wiccą Gardnera. Ludzie mylą źródła.
Prawo trójki pojawia się w pismach Doreen Valiente z lat pięćdziesiątych, nie u Gardnera bezpośrednio. Gardner pisał o Rede, ale ta konkretna koncepcja trójkrotnego powrotu to późniejszy dodatek, spopularyzowany dopiero w latach osiemdziesiątych przez autorów z kręgu Llewellyn. Więc kiedy ktoś mówi "to oryginalny wicański zakaz", to po prostu myli historię.
Tylko że chyba ta rozmowa od początku nie szukała pewności naukowej, prawda? Bardziej chodzi o to, czy ludzie, którzy pracują z rytuałami, doświadczają czegoś, co można by opisać jako karmę. I tutaj mam wrażenie, że relacji jest sporo.
Mam pytanie może trochę z boku - czy w takim razie istnieje coś w tradycji, co chroni przed tym "powrotem", niezależnie od tego czy karma w ogóle działa? Tzn. jakieś praktyki ochronne specyficzne dla rytuałów miłosnych?
Słucham tego wszystkiego i mam wrażenie, że wchodzimy w takie koło - karma jest może prawdziwa, może nie, może to mózg, może tradycja, może emocje. I to wszystko prawdopodobnie, ale mnie dalej nurtuje to pierwotne pytanie: czy ktoś, kto wykonał rytuał miłosny bez złej intencji, ma się czego bać? Bo tyle teorii, a ta konkretna wątpliwość wciąż wisi w powietrzu.
Jeśli chodzi o tradycje, które znam lepiej - odpowiedź brzmi raczej nie, pod warunkiem że intencja nie naruszała czyjejś autonomii. To jest ten punkt, który większość systemów traktuje jako granicę. Nie miłość jako taka, ale narzucenie. Rytuał przyciągający vs. rytuał wiążący to są dwie różne rzeczy i większość tradycji to odróżnia, nawet jeśli nie wprost przez pojęcie karmy.
I chyba tutaj leży serce całego pytania o karmę przy rytuałach miłosnych. Nie w tym, czy prawo trójki istnieje czy nie, tylko w tym, że magia miłosna ma wyjątkowo dużo takich szarych stref. I może dlatego temat karmy tutaj jest tak żywy, bo rzeczywiście jest więcej miejsca na działanie wbrew czyjejś autonomii niż w innych rytuałach.
