Mam ostatnio taki przypadek, że znajoma opowiada mi o swoim partnerze i trochę nie wiem, co jej powiedzieć. Przez ostatnie kilka miesięcy facet zmienił się radykalnie - stał się zimny, jakby odciął emocje, przestał inicjować kontakt, a jak ona pisze to odpowiada jednym słowem. Sama mówi, że to nie wygląda jak on. Ale z drugiej strony myślę sobie - no, może po prostu coś się zmieniło w relacji i tyle. I tu jest właśnie mój problem, bo nie wiem jak to rozróżnić. Jak wy to widzicie? Czy jest w ogóle jakiś sposób żeby ocenić czy to zewnętrzny wpływ, czy naturalna ewolucja związku?
To jest jedno z trudniejszych pytań w praktyce, bo na poziomie objawów wiele rzeczy wygląda podobnie. Facet się wycofuje, robi się chłodny, nie inicjuje - to może być tysiąc rzeczy. Wypalenie, nowa osoba w tle, depresja, zmęczenie związkiem. Ale jest kilka rzeczy, na które zwracam uwagę. Pierwsza to nagłość. Jeśli zmiana nastąpiła bardzo szybko, bez żadnego widocznego powodu zewnętrznego - nie było kłótni, nie było jakiegoś punktu zwrotnego - to może być sygnał. Naturalne ochłodzenie zazwyczaj jest procesem, nie przełącznikiem.
A co jeśli ta zmiana nastąpiła akurat po jakimś wydarzeniu w jego życiu, na przykład po zmianie pracy albo problemach z rodziną? Wtedy co, to odpada jako przesłanka?
Jest jeszcze jeden sygnał, który ja obserwuję, a rzadko ktoś o nim mówi - to jest jakość kontaktu fizycznego albo jej brak. Nie chodzi mi od razu o seks. Chodzi o to, że ludzie, na których zadziałała jakaś forma wiązania albo rozłączenia, często reagują na dotyk inaczej niż zwykle. Albo się wzdragają tam, gdzie wcześniej tego nie robili, albo wręcz odwrotnie - są nagle płascy emocjonalnie przy kontakcie. Jakby coś odcięło połączenie między ciałem a emocją.
To ciekawe, bo znajoma właśnie mi mówiła, że od jakiegoś czasu śni jej się on albo w ogóle, albo w snach jest jakoś odwrócony tyłem i nie odpowiada. Ale nie wiedziałam, że to może być coś więcej niż zwykłe przetworzenie stresu.
Wejdę tu, bo to pytanie jest ważne i trochę się obawiam, że pójdziemy za szybko w stronę narzędzi i technik. Najpierw trzeba uczciwie odpowiedzieć na kilka zwykłych pytań życiowych - czy para miała ostatnio poważny konflikt, który nie został rozwiązany? Czy któraś ze stron jest pod dużym stresem zewnętrznym? Czy były jakieś zmiany hormonalne, zdrowotne? Dopiero kiedy to wszystko odpada, albo nie tłumaczy skali zmiany, zaczyna mieć sens szukanie dalej. I to nie jest sceptycyzm wobec magii, ja w nią wierzę, ale widziałam zbyt wiele przypadków gdzie ktoś ganiał za przekleństwem, a w tle była po prostu nierozwiązana trauma albo alkohol.
Okej, ale jak to wtedy sprawdzić, jeśli nie ma fizycznych śladów i nie ma się dostępu do kogoś, kto mógłby to ocenić energetycznie? To trochę impas, nie?
Nie sądzę, żeby cokolwiek zapisywała. Ona raczej wszystko trzyma w głowie i emocjach, nie jest osobą, która by usiadła i systematycznie coś analizowała. Ale może właśnie to jej zaproponuję - żeby przez jakiś czas zaczęła notować, co i kiedy się zmienia. Chodzi o to, żeby miała punkt odniesienia.
A co miałaby notować? Jego zachowanie dzień po dniu? Trochę nie wyobrażam sobie, jak to praktycznie wygląda - czy chodzi o jakieś konkretne sygnały, czy dosłownie wszystko?
Mam wrażenie, że gdzieś tu jest pułapka. Im bardziej szukamy zewnętrznego wyjaśnienia, tym bardziej będziemy go znajdować - bo mózg lubi spójność. Jak ktoś jest już nastawiony, że to czarna magia, to każdy sen, każdy chłodny gest potwierdza mu tę tezę. Nie mówię, że to zawsze tak jest, ale to ryzyko jest realne.
Mogę zapytać o coś zupełnie innego? Czytam ten wątek od początku i cały czas zastanawia mnie jedno - czy jest w ogóle jakaś sytuacja, gdzie można powiedzieć z dużą pewnością, że to na pewno czarna magia, a nie po prostu koniec relacji? Czy zawsze będzie jakiś margines wątpliwości?
To zależy co dominuje. Jeśli osoba funkcjonuje względnie normalnie poza tą relacją, to energetyczne podejście jako pierwsze jest do obrony. Jeśli natomiast widać, że coś głębiej się sypie - praca, inne relacje, sen, apetyt - wtedy naprawdę najpierw strona psychologiczna. Nie dlatego, że magia nie istnieje, tylko dlatego, że trauma potrafi wyglądać jak bardzo wiele innych rzeczy.
A to w ogóle jest wykonalne dla kogoś, kto nie jest przeszkolony w jakimś tam aktywnym słuchaniu? Bo brzmią te porady sensownie, ale ja na przykład nie wiem, czy umiałabym tak rozmawiać z przyjaciółką bez naprowadzania. Samo to, co się wie na temat sytuacji, wpływa na to, jak się pyta.
Nie wiem. Ona wspomniała ten jeden konkretny raz, ale zaraz dodała, że "on teraz w ogóle jest inny przy niej". Więc może nie chodzi o jedno zdarzenie, ale nie wiem ile razy tak było. Trzeba będzie zapytać wprost.
Nie, nie zapytała. Powiedziała, że bała się usłyszeć coś złego, więc wolała udawać, że nie widziała. To chyba mówi też coś o stanie, w jakim ona jest - unika konfrontacji, bo jest za bardzo wyczerpana na reakcję.
To unikanie to jest zresztą osobna rzecz. Nie wiem, czy to oznaka magii, złej relacji czy po prostu tego, że ona na poziomie instynktu już wie, że coś jest nie tak - i nie chce tego potwierdzenia. Takie zawieszenie przed ostateczną odpowiedzią.
Podobno pamięta konkretny tydzień. Mówi, że wróciła z jakiegoś wyjazdu służbowego i on był już jakiś inny. Ale czy to się zaczęło w trakcie jej nieobecności, czy zaraz po - nie wie. Sama mówi, że może to wymyśla i że może on był już wcześniej taki, tylko nie zauważała.
To "może wymyślam" jest naprawdę charakterystyczne. Nie w sensie, że świadczy o magii - ale w sensie, że osoby w takich sytuacjach bardzo często zaczynają kwestionować własną pamięć i percepcję. To jest jeden z powodów, dla których zewnętrzna perspektywa jest taka ważna - ona sama nie jest w stanie uczciwie ocenić, czy "zawsze taki był".
To "może miał ciężki tydzień" pojawia się u niej chyba za każdym razem jak coś opisuje, nie? To taka jej domyślna odpowiedź obronna.
Czyli właściwie na tym etapie nie da się tego rozróżnić bez więcej danych? Bo ja przez całą tę rozmowę próbuję zrozumieć, czy jest jakiś punkt, w którym da się powiedzieć "to wygląda jak wpływ zewnętrzny" - i chyba nie ma takiego jednego punktu.
A on w ogóle wie, że ona to czuje? Czy ona przed nim też to ukrywa i chodzi na palcach?
Chyba ukrywa. Boi się, że jak zapyta wprost, to usłyszy coś, czego nie chce słyszeć. To jest zresztą jeden z powodów, dla których w ogóle zaczęła szukać innych wyjaśnień - że może to nie jest "koniec", tylko coś zewnętrznego. Rozumiem to, choć wiem, że to też może być forma ucieczki od prawdy.
Ma znaczenie z jednego powodu - jeśli przyjmuje, że to wpływ zewnętrzny, to skupia się na "usunięciu" czegoś, zamiast zapytać partnera wprost co się dzieje. To są dwie zupełnie różne strategie i prowadzą w różne strony. Przy magii - szukasz kogoś, kto odkręci. Przy naturalnym wygasaniu - rozmawiasz albo kończysz.
Mam pytanie do Indaphorosa albo Hergi - bo wy oboje wspominaliście o tej braku narracji ze strony partnera jako czymś charakterystycznym. Czy zdarza wam się, że ktoś przynosi taką sytuację, gdzie partner jednak jakąś narrację daje, ale ona nie zgadza się z tym, co widać w zachowaniu? I jak to wtedy wygląda?
Może nie może rozróżnić sama - i może to jest właśnie odpowiedź, której szuka, tylko nie ta, której chce. Że bez rozmowy z nim nie ma żadnego sposobu na wiedzę, co się naprawdę dzieje.
To zresztą jest chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie te dwa tory - ten zwykły i ten z zewnętrznym wpływem - zbiegają się w tym samym wniosku. Bo i przy naturalnym wygasaniu, i przy czymkolwiek innym, punkt wyjścia jest taki sam: trzeba z nim porozmawiać. Różnica jest tylko w tym, co robi się równolegle.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mi się kręci - czy ktokolwiek z was miał do czynienia z sytuacją, gdzie ktoś jednak zdecydował się na tę rozmowę z partnerem i to coś wyjaśniło? Nie muszą być szczegóły, ale ciekawi mnie, czy ta rozmowa - w takich sytuacjach - faktycznie daje jakąś odpowiedź, czy raczej otwiera nowe pytania.
