Ale może nie chodzi o to że skutek jest ten sam. Może chodzi o to że jak pracujesz nad sobą - nawet z myślą o kimś - to ta zmiana jest twoja i zostaje, niezaleznie od tego czy tamta osoba wróci czy nie. A rytuał skierowany na kogoś próbuje zmienić coś w nim, co może być tymczasowe albo wymuszone.
Właśnie to mnie w tym wszystkim uderza - że te dwie narracje istnieją obok siebie i obie brzmią przekonująco. I nie ma żadnego zewnętrznego kryterium które by pozwoliło odróżnić 'zmieniam siebie' od 'robię to samo co zawsze, tylko ładniej opakowane'.
Może kryterium jest to co zostaje po tym jak tamta osoba nie wraca. Jeśli pracowałeś nad sobą, masz coś - spokój, jasność, cokolwiek. Jeśli robiłeś coś nakierowanego wyłącznie na nią i nie zadziałało, nie masz nic. Chociaż to oczywiście uproszczenie.
Wracając trochę do sedna - zastanawiam się czy granica między 'przyciąganiem' a 'kontrolowaniem' w ogóle jest ostra. W astrologii jest pojęcie synastrii, czyli nakładania map dwóch osób. Część astrologów uważa że jeśli masz silną synastrie z kimś, to praca magiczna nakierowana na tę osobę jest jakby 'zgodna z potencjałem' układu. Inni mówią że to tylko opis, nie zezwolenie. Ciekawe że w magii nikt mi tego nie słyszałem żeby o tym mówił.
Mnie zastanawia czy w ogóle da się powiedzieć że rytuał 'działa' bez przyjęcia jakiegoś modelu tego co on robi. Bo jeśli przyjmujesz że magia działa przez psychologię - tylko siebie - to jedna etyka. Jeśli przyjmujesz że naprawdę dotykasz energii drugiej osoby, to zupełnie inna etyka. A większość ludzi jakoś nie do końca się decyduje co przyjmuje.
Dziękuję że ktoś to powiedział, bo ja też od początku nie wiem co myśleć. Sama nie wiem czy wierzę że rytuał cokolwiek robi obiektywnie czy nie. I właśnie to sprawia że nie wiem co mi wolno, a czego nie.
Ten test z mówieniem wprost to jest chyba najprostszy filtr jaki tutaj padł. Ale też ma swoje ograniczenia, bo można wyobrazić sobie rytuał który jest zupełnie w porządku, a jednak nie powiedziałabyś o nim z powodów czysto społecznych - bo byś wyglądała dziwnie, bo on i tak by nie zrozumiał, bo po co w ogóle.
Właśnie to mnie gryzie z tym testem. Że miesza dwa różne wstydy - wstyd przed oceną społeczną i wstyd przed tym że coś jest nie tak etycznie. Jak odróżnić jedno od drugiego u siebie?
To jest naprawdę dobre pytanie i nie wiem czy ma jednoznaczną odpowiedź. Jedyne co mi przychodzi do głowy to że wstyd przed oceną jest zewnętrzny - boisz się co powie konkretna osoba. Wstyd etyczny jest bardziej wewnętrzny i trwa nawet jak masz pewność że nikt nigdy się nie dowie. Ale rozróżnienie to brzmi lepiej niż działa w praktyce.
No właśnie - ten wstyd etyczny to jeszcze nie wszystko, bo można mieć zero wstydu i mimo to robić coś co krzywdzi. Niektórzy ludzie są po prostu mniej wrażliwi na to że naruszają granice innych, i żaden wewnętrzny kompas im tego nie sygnalizuje. Więc samo kryterium wstydu mi tu nie wystarczy.
Długo czytałem tę rozmowę i właściwie nie chciałem się odzywać, ale jedno mnie uderza - rozmawiamy głównie o rytuałach nastawionych na odzyskanie kogoś albo przyciągnięcie konkretnej osoby. A co z rytuałami na 'otwarcie na miłość', które nie są skierowane na nikogo? Tam ten problem chyba w ogóle nie istnieje.
Ale czy to nie jest trochę tak jak z modlitwą? Ludzie modlą się 'o miłość' od wieków i nikt ich za to nie pyta o etykę. Gdzie jest różnica między modlitwą a rytuałem jeśli intencja jest podobna?
Zastanawiam się czy to rozróżnienie między prośbą a uruchomieniem mechanizmu nie jest za duże uproszczenie. Bo w tarocie na przykład - i nie tylko - jest sporo tradycji gdzie rytuał jest właśnie prośbą skierowaną do czegoś większego, a nie aktywacją jakiegoś automatyzmu. Więc ta granica jest rozmyta nawet wewnątrz samej magii.
Teologia praktyczna to dobre określenie haha. Serio, bo to jest właśnie to co mnie od początku tego wątku uderza - że ludzie podejmują praktyki bez spójnego modelu co te praktyki robią. I potem nie mogą odpowiedzieć na pytania etyczne bo te pytania zakładają że wiesz co robisz.
Wracając do pytania Szarotki o rytuały 'na otwarcie' - to chyba jest ta kategoria gdzie dużo osób czuje się bezpiecznie ale może trochę za szybko. Bo 'otwieranie się' to brzmi neutralnie, ale jeśli wkładasz w to bardzo konkretną energię, wizualizujesz konkretny typ osoby, scenariusz, to gdzie się kończy 'otwarcie' a zaczyna coś bardziej ukierunkowanego?
No tak ale chyba każdy ma jakieś preferencje? Że chcę kogoś mniej więcej w moim wieku, albo kogoś kto lubi zwierzęta. To już jest 'kierowanie'?
Czekajcie, bo się trochę pogubiłam. Czy rozmawiamy teraz o tym że rytuały na przyciąganie w ogóle są złe, czy o tym że niektóre mogą być a inne nie? Bo mam wrażenie że rozmowa trochę się przesuwa w stronę 'każdy rytuał miłosny jest problematyczny' i nie jestem pewna czy to jest to co chcieliśmy powiedzieć.
Słucham tej rozmowy i myślę że może problem leży jeszcze głębiej - nie tyle w samym rytuał ale w tym jaką narrację budujemy wokół relacji. Jeśli ktoś robi rytuały miłosne regularnie bo 'nie może znaleźć miłości' to może pytanie nie jest co wolno robić magicznie, tylko co tak naprawdę blokuje te relacje w codziennym życiu. I czy magia nie jest czasem sposobem żeby tego nie sprawdzić.
To co Leszek napisał na końcu mnie zatrzymało. Bo to jest chyba coś co rzadko kto mówi wprost - że może problem nie jest w tym czy rytuał jest etyczny, tylko w tym po co w ogóle po niego sięgasz. Jak ktoś robi kolejny rytuał bo poprzedni 'nie zadziałał', to co to mówi o tej osobie? Serio pytam, nie retorycznie.
No i tu mamy chyba kolejną warstwę tej granicy z tematu. Bo kontrolowanie niekoniecznie musi być skierowane na inną osobę. Można tez 'kontrolować' samą sytuację przez robienie kolejnych rytuałów zamiast wyjść z domu i kogoś poznać. To jest subtelne ale chyba ważne.
Ale skąd masz pewność że jedno zastępuje drugie? Może ktoś robi jedno i drugie i po prostu o tym nie mówi publicznie. Forum to nie jest pełny obraz tego co ktoś robi w życiu.
Okej ale to brzmi trochę jak 'magia nie działa jeśli nie działasz', co jest dla mnie trochę dziwne w tym kontekście. Bo jeśli ktoś wierzy że rytuał może coś zmienić, to czemu by nie mógł być tym jedynym działaniem? To jest szczere pytanie, nie atak.
Ale właśnie - co jeśli ktoś naprawdę wierzy że sama intencja wystarczy? Czy wtedy mamy prawo mówić że 'robi błąd'? To zaczyna wyglądać jak narzucanie własnego modelu magii innej osobie.
Mam wrażenie że trochę odchodzimy od rdzenia tematu który postawiłam na początku. Bo tu chodzi o granicę między rytuałem miłosnym a działaniem kontrolującym, a skończyliśmy przy pytaniu czy magia w ogóle wymaga działania. To ciekawe samo w sobie ale mnie bardziej interesuje ta granica w kontekście drugiej osoby.
Tak, i wracając do tego - myślę że jedno z ciekawszych kryteriów jakie można zastosować to pytanie: czy gdybyś ta druga osoba wiedziała co robisz, czułabyś się z tym okay? Nie chodzi o to żeby jej mówić, ale o ten wewnętrzny test. Bo jeśli odpowiedź brzmi 'nie, byłoby mi głupio' albo 'ona by się wkurzyła', to może to coś mówi.
No tak ale chyba nie każdy rytuał miłosny jest 'żeby ta konkretna osoba się zakochała'. Niektóre są naprawdę bardzo ogólne, jak przyciąganie. Więc czy ta sama granica działa dla obu?
Powiem jedno - czakra serca ma z tym dużo wspólnego. Jeśli robisz rytuał z czakry serca, z miejsca autentycznej miłości, to zupełnie inaczej to wychodzi niż jak robisz to z czakry splotu słonecznego, czyli z potrzeby kontroli i bezpieczeństwa. To jest coś co fizycznie czuć w praktyce i na tej podstawie można ocenić co się właściwie robi.
