Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Mam koleżankę, która jest w dość kiepskim miejscu psychicznie — nie będę wchodzić w szczegóły, ale leczy się psychiatrycznie. Ona bardzo chce zrobić rytuał miłosny, bo jest w tej relacji, która się rozsypuje, i myśli, że to ją jakoś postawi na nogi. Ale mnie coś gryzie w tym podejściu. Czy w ogóle powinno się robić rytuały, kiedy jest się w takim dołku? Nie wiem, czy to może jej pomóc, czy wręcz przeciwnie — pogłębić ten stan. Słyszałam różne rzeczy na ten temat, ale nigdy nie miałam pewności. Czy ktoś miał z tym do czynienia albo zna kogoś w podobnej sytuacji?
To jest bardzo dobre pytanie i cieszę się, że ktoś w końcu je zadał wprost. Sama miałam podobne wątpliwości przy jednej osobie z mojego otoczenia. Mnie zawsze zastanawiało, czy intencja wysyłana podczas rytuału, kiedy człowiek jest w środku depresji, jest w ogóle czysta. Bo w depresji dochodzi do takiego zniekształcenia — wszystko jest przefiltrowane przez ten stan. Emocje są intensywne, ale jednocześnie jakoś... płaskie? I nie wiem, czy to, co wysyłasz energetycznie wtedy, to jest naprawdę Twoja intencja, czy raczej wyraz desperacji. A to już jest coś innego.
Myślę, że oba wymiary są tu ważne i trudno je rozdzielić. Znam jedno opracowanie z tradycji hoodoo, gdzie explicite mówi się, że pracę miłosną powinno się odkładać w czasie, jeśli osoba jest w stanie zmąconej wody, czyli emocjonalnego rozchwiania. Nie chodzi o jakiś zakaz, tylko o to, że pracę robi się ze stanu spokoju i jasności, a nie ze stanu rozchwiania. To jest po prostu praktyczna zasada, nie moralna. Ale wracając do pytania Animy — co dokładnie chce osiągnąć ta koleżanka? Bo "rozsypująca się relacja" to może być milion różnych rzeczy.
Ma ogromne znaczenie, bo intencja to w zasadzie fundament całej pracy. Ale powiem jeszcze coś — są osoby, które twierdzą, że rytuał miłosny może działać jak kotwica emocjonalna dla osoby w depresji. Że daje poczucie sprawczości, że "coś robię", zamiast tylko czekać. I psychologicznie rozumiem ten argument. Problem w tym, że to poczucie sprawczości bywa złudne i może odciągać od rzeczywistej pomocy. Widziałam kobiety, które latami robiły kolejne rytuały zamiast zająć się sobą, i za każdym razem kiedy coś nie szło po ich myśli, wchodziły w jeszcze głębszy dołek. To jest taki błędny krąg.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może naiwne — ale skąd wiadomo, gdzie jest granica między "intensywną emocją, która może być paliwem" a "stanem, który robi chaos"? Bo dla osoby z zewnątrz to chyba trudno ocenić, a dla samej osoby w depresji pewnie tym bardziej.
Zastanawiam się jeszcze nad czymś — co jeśli ktoś robi rytuał samodzielnie, bez rytualisy? Bo to jest chyba bardziej powszechna sytuacja niż się wydaje. I wtedy nikt tej osobie nie powie "stop". Ona sama decyduje, w jakim stanie przystępuje do pracy. Czy to jest większe ryzyko?
Wracając do mojej koleżanki — chyba po tej rozmowie wiem już trochę więcej, co jej powiedzieć. Nie chodzi o to, że "nie wolno", tylko o to, żeby zapytała siebie, z jakiego miejsca to robi i czy jest w stanie realnie pracować z intencją, a nie ze strachem. To chyba jest to, co chciałam usłyszeć. Choć nadal nie wiem, jak jej to powiedzieć bez urazy. Ale chyba to jest już inny temat 🙂 Jeszcze mam jedno pytanie do wас — czy ktoś z was miał osobiste doświadczenie z robieniem rytuału w złym stanie emocjonalnym i może powiedzieć, jak to potem wyglądało?
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym jakoś nie padło słowo — co się dzieje, jeśli rytuał "zadziała"? Nie w sensie magicznym, ale czysto psychologicznie. Osoba w depresji, która zrobiła rytuał i partner wraca — teraz ma parę nowych problemów. Po pierwsze, nie wie, co tak naprawdę przyciągnęło tę osobę z powrotem. Po drugie, cała jej uwaga skupia się na relacji, a nie na sobie. I po trzecie, jeśli partner odejdzie ponownie, przekonanie o własnej sprawczości rozpadnie się razem z relacją.
Słucham i mam takie wrażenie, że cała ta rozmowa kręci się wokół jednego założenia — że rytuał miłosny to coś, co robi się z zewnątrz na relację. A co jeśli ktoś używa go bardziej jako rytuału dla siebie? Znam osoby, które robiły pewne prace nie po to, żeby "przyciągnąć" kogoś konkretnego, ale żeby otworzyć się na miłość ogólnie. To jest całkiem inne energetycznie.
A ona wie, że pytasz o to na forum? Nie oceniam, po prostu zastanawiam się, czy rozmawiałaś z nią o tym bezpośrednio.
Wie, że szukam informacji. Ona sama zastanawia się nad rytuałem i prosiła mnie, żebym czegoś się dowiedziała. Ale ta rozmowa tutaj dała mi więcej do myślenia, niż się spodziewałam.
Jest jedna rzecz, którą chciałem tu dodać, bo jeszcze tego nie powiedziano wprost. Rytualista — jeśli ktoś idzie do kogoś z zewnątrz — nie może i nie powinien zakazywać klientce korzystania z pomocy medycznej czy psychiatrycznej. To nie jest kwestia opinii, to jest kwestia etyki. I dobry rytualista powinien wręcz kierować takie osoby do specjalistów, zanim podejmie jakąkolwiek pracę. To nie podważa wartości pracy energetycznej — to ją uzupełnia.
Słucham tej dyskusji i mam jedno pytanie, które kręci mi się w głowie od jakiegoś czasu — czy jest jakaś różnica między depresją a po prostu bardzo silnym smutkiem albo żalem po rozstaniu? Bo wydaje mi się, że czasem ludzie używają tych słów zamiennie, a to jednak dwie różne rzeczy.
A jak wy w ogóle reagujecie, kiedy ktoś przychodzi po rytuał miłosny i przy okazji wspomina, że jest na lekach albo w terapii? Czy to zmienia podejście?
Choć z drugiej strony — jeśli rytualista jest słaby albo nastawiony tylko na zarobek, to ta zewnętrzna weryfikacja jest iluzoryczna. Więc pytanie, czy to jest kwestia samodzielności versus zewnętrznej pomocy, czy może kwestia jakości tej pomocy.
To ciekawe ćwiczenie, ale czy osoby w depresji są w stanie to rzetelnie zrobić? Mam wrażenie, że depresja stępia takie odczucia. Coś może wyglądać jak obojętność, a tak naprawdę to po prostu wyciszenie emocjonalne, które jest objawem.
Anhedonia to jest ten stan, gdzie człowiek traci zdolność do odczuwania przyjemności, tak? Czytałem o tym w kontekście depresji, ale nie wiedziałem, że to może wpływać na zdolność do oceny własnych intencji.
A jak to się ma do tej energii, którą wkłada się w rytuał? Skoro są deficyty w odczuwaniu, to skąd ta energia pochodzi? Czy rytuał wykonywany w anhedonii w ogóle ma jakiekolwiek zasilenie?
Czyli z tego, co mówicie, wynika, że problem z rytuałem przy depresji to nie jest jedno coś, tylko kilka rzeczy naraz — zafałszowana pamięć o relacji, lęk zamiast miłości jako motywacja, anhedonia zaburzająca ocenę, brak skupienia. I to wszystko razem. Zastanawiam się, czy w ogóle jest jakiś poziom depresji, przy którym rytuał miłosny miałby sens, czy to zawsze jest zły moment.
Czyli z tego, co mówicie, wynika, że problem z rytuałem przy depresji to nie jest jedno coś, tylko kilka rzeczy naraz — zafałszowana pamięć o relacji, lęk zamiast miłości jako motywacja, anhedonia zaburzająca ocenę, brak skupienia. I to wszystko razem. Zastanawiam się, czy jest jakiś próg — kiedy można powiedzieć, że te rzeczy nie są już tak nasilone, że można zacząć?
Dobre pytanie, ale nie ma tu jakiejś uniwersalnej linii. Jedno to kwestia kliniczna — czy epizod jest aktywny, czy już w remisji, bo to dwie różne sytuacje. Drugie to kwestia funkcjonalna — czy osoba jest w stanie utrzymać uwagę, sformułować intencję i w nią wierzyć przez czas pracy. To drugie jest moim zdaniem ważniejsze w praktyce.
Jest jeszcze jeden wymiar, który jakoś pominęliśmy — co z osobą, która nie chce iść do lekarza, nie wierzy w diagnozę albo po prostu jest w Polsce, gdzie dostęp do psychiatry to kilkumiesięczne oczekiwanie? Teoretyczne zalecenie "poczekaj na remisję" jest wtedy mało pomocne.
Słucham tego i myślę o tej koleżance. Ona właśnie to robi — wraca do tych samych rozmów, tych samych wspomnień, ciągle analizuje. I teraz się zastanawiam, czy gdyby zrobiła rytuał, to ta pętla by się jeszcze bardziej zamknęła, czy może coś by się przesunęło.
I chyba o to właśnie chodzi w tym całym temacie — nie o zakaz, nie o straszenie, tylko o to, że efekty są mniej przewidywalne, a ryzyko rozczarowania wyższe. Przy depresji ta nieprzewidywalność jest podwójnie obciążająca, bo człowiek ma już wtedy za mało zasobów, żeby sobie z nią poradzić. Czy ktoś miał do czynienia z sytuacją, gdzie rytuał był jednak wykonany mimo złego stanu i coś z tego wynikło — w którąkolwiek stronę?
Słucham tego i myślę, że ona raczej nie rozróżnia. Ona myśli o tym człowieku i to by był rytuał "na niego", nie "na siebie". Więc chyba właśnie ten typ, który jest bardziej obciążający.
A wracając do tej koleżanki Animy — czy ktoś w ogóle rozmawiał z nią wprost o tym, co tu omawiamy? Bo to jest wszystko bardzo sensowne, tylko pytanie, czy ona tego słucha, czy jest zbyt w środku tego, żeby przyjąć z zewnątrz taką perspektywę.
