Zrobiłam rytuał na powrót ex jakieś dwa tygodnie temu i od tamtej pory mam dziwne poczucie w środku, że coś nie idzie tak jak powinno. Nie wiem jak to opisać, po prostu wiem że nie zadziałało, zanim jeszcze minął czas który ktoś mi podał jako ten 'orientacyjny'. Zastanawiam się czy to paranoja, czy jednak intuicja ma tu coś do powiedzenia. Bo z jednej strony słyszałam, że właśnie to wątpienie może blokować rytuał. A z drugiej, ta wiedza wewnętrzna jest taka... konkretna. Czy wy w ogóle ufacie swojej intuicji jeśli chodzi o ocenę rytuałów? Jak to u was wygląda?
To jest jedno z tych pytań, na które nie ma jednej odpowiedzi i każdy kto twierdzi inaczej, kłamie. Sama wielokrotnie miałam takie przeczucia i raz myliłam się co do nich, a raz miałam rację. Ale jest jedna rzecz, którą zauważyłam przez lata. Intuicja po rytualne zazwyczaj nie ma w sobie lęku. Jest spokojna, sucha, rzeczowa. Jakbyś wiedziała bez emocji. Natomiast lęk, zwątpienie i ta nerwowa obserwacja każdego znaku to zupełnie inna jakość. Powiedz mi, jak to u ciebie brzmi od środka, ten sygnał? Spokojnie czy gorączkowo?
Dobre pytanie tak właściwie. Bo ja też się nad tym zastanawiałem nie raz. Czy to co czuję po rytualne to ocena energetyczna sytuacji, czy tylko moje własne lęki które ubieramy w słowo 'intuicja' żeby brzmiały poważniej. Mam wrażenie że to rozróżnienie jest kluczowe i rzadko ktoś o nim mówi wprost.
A jak w ogóle odróżnić jedno od drugiego? Serio pytam, bo sam nie wiem. Miałem raz sytuację że zrobiłem coś i czułem spokój, ale potem nic się nie wydarzyło. I raz czułem że coś nie gra, ale wyszło. Więc kompletnie nie wiem co moja intuicja mi mówi, bo chyba kłamie 🙂
No właśnie ta jakość sygnału. Próbuję to sobie uczciwie opisać. To nie jest panika, że 'o nie, co jeśli nie zadziałało'. To bardziej takie ciche, spokojne 'wiesz co, chyba jednak nie'. Jakbym wiedziała że ten rytuał był trochę wymuszony. Że ja sama nie byłam w dobrej przestrzeni kiedy go robiłam.
To co teraz powiedziałaś jest znacznie ważniejsze od samego pytania o intuicję. Jeśli czujesz że byłaś w złej przestrzeni, to to jest właśnie ta informacja. Rytuały miłosne są bardzo wrażliwe na stan emocjonalny wykonującego, może bardziej niż jakikolwiek inny rodzaj pracy. To nie jest tak że intencja leci sobie niezależnie od ciebie. Ty jesteś nośnikiem tej intencji. Byłaś zdesperowana kiedy to robiłaś?
Dokładnie tak i właśnie o to chodzi. Desperacja to jeden z tych stanów które najgorzej wpływają na robotę rytualną. Nie dlatego że 'przyciągasz złe energie' albo jakieś inne banały, ale dlatego że intencja staje się wtedy chaotyczna. Chcesz żeby wrócił ale jednocześnie boisz się że nie wróci, jesteś wściekła że w ogóle musiałaś robić rytuał i tak dalej. To wszystko leci razem w tę intencję.
Ja bym jeszcze spojrzał na to od strony astrologicznej. Kiedy robiłaś ten rytuał? Bo dwie tygodnie temu to mogło być akurat w okolicach dość trudnego układu dla spraw sercowych. Wenus miała napięcie z Saturnem jeśli dobrze liczę i to samo w sobie jest znakiem że inicjowanie nowych połączeń emocjonalnych mogło mieć pod górę. To nie znaczy że rytuał jest spalony, ale start był utrudniony.
Tak, miałam. Dwa razy przerywałam przygotowania i zaczynałam od nowa. I właśnie to może być ta odpowiedź, o której mówisz.
No to właśnie. To co czujesz teraz to może być echo tych wahnień sprzed rytuału, a nie nowa informacja z przestrzeni. Jakby twoje własne pierwotne wątpliwości wróciły po fakcie i podszywają się pod intuicję. To jest właśnie ten problem z tą samooceną po rytualne, że nie wiemy co skąd pochodzi.
A to znaczy że takie przerywanie w trakcie przygotowań może popsuć rytuał? Szczerze mówię że nie miałem pojęcia że aż takie rzeczy mają znaczenie. Myślałem że liczy się głównie sama forma i intencja w momencie kulminacyjnym.
Nie wiem szczerze. Ktoś mi mówił że trzydzieści dni to taki minimalny czas. Ale siedzę z tym poczuciem że czekam na coś co nie przyjdzie i to jest wyczerpujące.
Trzydzieści dni to jedna z tych liczb które krążą w sieci bez szczególnego uzasadnienia. Różne szkoły mówią różne rzeczy. Ale to co mówisz o wyczerpaniu, to jest sygnał którego nie powinnaś ignorować. Bo jeśli praca rytualna zostawia cię w miejscu permanentnego napięcia i wypatrywania, to nie służy ani tobie ani sprawie.
Raczej stałe. Nie panikuję, nie płaczę, po prostu mam takie tło że coś jest nie tak. I to mi przeszkadza bardziej niż sam brak efektów.
To tło które opisujesz, to mnie zastanawia. Bo ono może być jedną z dwóch rzeczy. Albo faktycznie coś w rytualne nie domknęło, albo to stan po intensywnej pracy emocjonalnej, który nie ma nic wspólnego z samym rytuałem. Takie pewne wyczerpanie po wysiłku. Próbowałaś w ogóle czegoś co pomaga ci się zresetować po pracy rytualne? Jakiejś formy zamknięcia?
Nie. Szczerze to nie wiedziałam że to jest jakoś odrębny etap. Myślałam że rytuał to rytuał i koniec, czekam.
No i tu masz prawdopodobnie źródło tego wyczerpania. Brak zamknięcia po pracy rytualnej to dość powszechny błąd, szczególnie przy rytuałach miłosnych, bo one angażują emocjonalnie bardziej niż inne. Zostajesz w rodzaju otwartej pętli, energia nie jest zakotwiczona, intencja wisi w powietrzu. Część tradycji mówi o tym jako o konieczności 'zamknięcia kręgu', inne o podziękowaniu, inne po prostu o świadomym zakończeniu. Forma jest drugorzędna, ale sam akt zakończenia jest ważny.
Nie, ale może to ma sens. Tylko nie wiem od czego zacząć. Czy to ma być coś formalnego czy wystarczy intencja?
Przepraszam że wchodzę w środek, ale czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie które mnie nurtuje. Czy jeśli rytuał był wykonany bez zamknięcia i czujesz że nie zadziałał, to robienie zamknięcia po czasie ma jeszcze sens? Nie za późno?
Mam w sumie pytanie do Szarotki, bo to wróci do głównego tematu. Powiedziałaś wcześniej że to przeczucie jest ciche i spokojne, nie pełne paniki. A teraz jak o tym myślisz, po tej całej rozmowie, to to przeczucie nadal jest tak samo silne? Bo czasem samo rozmawianie o czymś zmienia jak to odbieramy.
Szczera odpowiedź? Jest trochę słabsze. Albo przynajmniej mniej pewna co do niego. Może miałam po prostu za mało informacji i zamieniałam swój niepokój w coś co brzmiało jak intuicja.
To jest bardzo dojrzałe co teraz powiedziałaś. I chyba to jest właśnie sedno tego tematu. Intuicja po rytuale jest wiarygodna kiedy jest stabilna, czyli kiedy rozmowa, czas, nowe informacje jej nie rozmiękczają. Jeśli po prostu pogadałaś z ludźmi i poczucie się zmieniło, to raczej nie był to sygnał z przestrzeni, tylko lęk szukający potwierdzenia.
Dokładnie i to jest właśnie ta różnica. Prawdziwe przeczucie jest dość odporne na argumenty. Możesz usłyszeć tysiąc racjonalnych wyjaśnień i ono zostaje. Jeśli ktoś powie ci dwie rzeczy i twoje poczucie znika, to raczej był to niepokój, nie intuicja.
Czytałam i słuchałam i mam pytanie może naiwne, ale właśnie u mnie na tapecie jest coś podobnego. Co zrobić jeśli nie wiesz czy twoje przeczucie jest spokojne czy nie, bo jesteś generalnie osobą dość lękliwą? Jak w ogóle ćwiczyć to rozróżnienie kiedy twoje tło emocjonalne jest z natury podwyższone?
To pytanie mam i nie wiem czy to naiwne. Jeśli jesteś generalnie lękliwą osobą, to jak w ogóle masz skalibrować to co czujesz? Moje tło jest cały czas lekko napięte, więc nie wiem od czego odróżnić spokojne przeczucie od zwykłego lekkiego niepokoju który zawsze mam.
To jest serio dobre pytanie i nie naiwne. Praca z oddechem daje tu coś konkretnego. Kiedy jesteś w stanie tła lękowego, możesz zrobić kilka głębokich, powolnych wydechów i zobaczyć czy to poczucie zostaje. Lęk często lekko się zmniejsza po uspokojeniu fizycznym. Intuicja zostaje albo nawet się wyostrza. Nie jest to metoda doskonała, ale jest powtarzalna.
Szczerze to nie wiem czy da się to w ogóle rozwiązać bez jakiegos dłuższego procesu. Ja kiedy zaczełam meditować regularnie to po kilku miesiącach zaczęłam odróżniać swoje stany, ale wcześniej też wszystko mi się zlewało. Może to jest po prostu kwestia czasu i uważności na siebie, nie jakiś metody na skróty.
