Mam inne pytanie do Szarotki. Ta intuicja że nie zadziałało, kiedy dokładnie się pojawiła? Zaraz po rytuale, czy po jakimś czasie? Bo to może coś mówić o jej charakterze.
Bardziej wewnętrzny. Jakby właśnie ulga że zrobiłam a nie że cokolwiek się zmieniło. Potem jak ta ulga opadła to zaczęłam się zastanawiać czy to jedyne co się stało, czyli ta ulga, i nic więcej.
Zastanawiam się czy w ogóle można odróżnić te dwa stany, skoro oba przychodzą od wewnątrz. Może to jest kwestia tego ile razy człowiek miał już tę intuicję i ile razy się sprawdziła. Czyli rodzaj kalibracji przez doświadczenie.
Ale medytacja to jednak trening który ma pewne techniki, da się go ustrukturyzować. A rozpoznawanie intuicji to co, po prostu czekać aż samo przyjdzie?
Szarotka, a czy jak miałaś ten spokój na początku, to gdzieś cieleśnie to czułaś? Czy to było bardziej w głowie? Bo zastanawiam się czy to w ogóle ma znaczenie przy ocenie co to było.
Szarotka, a czy po tym jak opisałaś to tu na forum, coś się zmieniło w tym odczuciu? Bo czasem samo wypowiedzenie tego co siedzi w głowie zmienia perspektywę. Nie muszę się oczywiście odzywać do ciebie ale w tej rozmowie kilka razy pisałaś jakby coraz dokładniej opisując co czujesz i zastanawiam sie czy to jest jakies wyjaśnienie.
Szczerze? Trochę tak. Nie wiem czy to znaczy że intuicja miała rację czy nie, ale samo rozmawianie o tym sprawiło że mniej się kręcę w kółko. Nadal nie wiem co zrobić z rytuałem, ale to pytanie jest jakby spokojniejsze.
A Szarotka, czy kiedy robiłaś rytuał to w ogóle myślałaś o jakimś czasie działania? Że do takiego terminu albo że mniej więcej kiedy? Bo jak nie, to ta ocena teraz jest może po prostu za wczesna.
A mi się wydaje że intuicja po rytuale to jest trochę za duże słowo na to co się często dzieje. Większość ludzi po prostu czuje niepokój bo chce konkretnego efektu i go nie widzi. To nie jest sygnał od intuicji, to jest zwykłe oczekiwanie które boli.
Szarotka, a czy od tamtego momentu kiedy pisałaś o tym ścisku w klatce piersiowej, coś się zmieniło? Minęło trochę czasu od twoich wcześniejszych postów i zastanawiam się jak to teraz wygląda.
To co opisuje Szarotka jest bardzo charakterystyczne dla pewnego procesu który dzieje się równolegle do samego rytuału. Samo werbalizowanie intencji i swoich odczuć, tu na forum czy gdziekolwiek indziej, jest rodzajem kontynuacji pracy. Nie wszystko dzieje się tylko w momencie wykonania, część procesu to to co robisz ze swoją uwagą po.
Mam wrażenie że ta rozmowa przez cały czas krąży wokół jednego pytania, tylko z różnych stron. Szarotka na początku pytała kiedy zaufać intuicji że rytuał nie zadziałał, a teraz już nie jest pewna czy intuicja miała rację. I to jest moim zdaniem dobry znak, bo to znaczy że coś w tym pytaniu się zmieniło, a nie tylko sytuacja.
Albo po prostu człowiek się przyzwyczaił do braku odpowiedzi i zaczął akceptować niepewność. To niekoniecznie znaczy że rytuał zadziałał, może po prostu emocje opadły.
Chyba zaczynam rozumieć że moje początkowe pytanie było trochę za proste. Że intuicja mówi tak albo nie i tyle. A tu okazuje się że to jest coś co się zmienia, zależy od momentu, od tego jak się czuję, od tego ile się kręcę w myślach. Nie mam gotowej odpowiedzi ale jakoś inaczej na to patrzę.
Rezygnacja boli, zgadzam się. Ale znam ludzi którzy rezygnują i czują ulgę, bo w końcu przestają walczyć z czymś co i tak im nie wychodziło. I ta ulga nie jest zła, tylko nie jest dowodem że rytuał zadziałał.
Mam wrażenie że ta różnica między ulgą a spokojem jest ważniejsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Ulga jest reaktywna, pojawia się jako odpowiedź na to że coś boli i przestaje. Spokój jest bardziej jak stan bazowy który wraca. Szarotka, jak to u ciebie wyglądało, bardziej jako odpowiedź na ból czy jako coś co po prostu w pewnym momencie było?
Hmm. Chyba bardziej to drugie? Nie było momentu że boli i nagle przestało. To było takie stopniowe, jakby powietrze wchodziło do pomieszczenia które było wcześniej szczelnie zamknięte. Ale nie wiem czy to ma jakieś znaczenie w kontekście rytuału, bo może to po prostu czas.
To co opisujesz, to stopniowe wchodzenie powietrza, jest mi bardzo znajome i widzę to u wielu osób które pracują z intencją. Pytanie czy to efekt rytuału, czy po prostu czas, jest w pewnym sensie niewłaściwie postawione, bo czas po rytuale nie jest neutralny. To co się w nim dzieje jest częścią procesu, nawet jeśli nic zewnętrznego jeszcze nie widać.
Ale to trochę Kafkowski. Intuicji możesz zaufać kiedy jesteś spokojny, ale żeby być spokojny musisz jakoś przeżyć moment w którym nie wiesz. I w tym momencie intuicja jest jedynym co masz. To trochę błędne koło, nie?
A czy nie jest tak że im więcej tych zewnętrznych głosów, tym bardziej intuicja się gubi? Jak zacznam za dużo pytać innych, czytać, analizować, to własny odczyt mi się rozmywa i w końcu nie wiem co myślę, a co przejąłem od kogoś innego.
Wracając do Szarotki, bo myślę że zgubiłem wątek. Ona na początku pytała kiedy zaufać intuicji że rytuał nie zadziałał. A teraz wiemy że jest spokojniej. Czy to oznacza że intuicja jednak mówiła coś innego niż jej się wydawało, czy że sytuacja się zmieniła, czy że sama się zmieniła? Bo to są trzy różne rzeczy.
No dobra ale jeśli sygnał że nie zadziałało może być sygnałem że za wcześnie oceniasz, to właściwie każde przeczucie porażki można tak tłumaczyć. Gdzie jest granica między rozsądną rewizją a zwykłym nieakceptowaniem wyniku?
