Słyszałam już kilka razy, że do rytuałów miłosnych ważne jest, żeby robić je w odpowiedniej fazie księżyca, ale nigdy nie do końca rozumiałam, o co chodzi. Jedna osoba mi mówiła, że tylko w pełnię, inna że koniecznie w nów, a jeszcze inna że to zależy od tego, czego chcemy. Czy ktoś to w ogóle sprawdzał na sobie albo wie, jak to realnie działa? Bo mam wrażenie, że każdy mówi co innego i człowiek nie wie, czemu wierzyć.
To zależy od tego, co chcesz osiągnąć rytuałem. Nie ma jednej odpowiedzi, bo fazy księżyca działają na różne intencje inaczej. Nów to dobry moment na sadzenie nowych rzeczy, też w sensie przenośnym - nowe relacje, pierwsze kroki. Pełnia to już kulminacja, wzmocnienie tego, co już istnieje. Więc jeśli chcesz przyciągnąć coś zupełnie nowego, logika wskazuje na nów lub przybywający. A jeśli chodzi o pogłębienie istniejącej relacji, pełnia ma sens.
A co z ubywającym księżycem? Gdzieś czytałam, że wtedy robi się rytuały na odpuszczenie, ale nie wiem, czy to się łączy z miłością. Czy to w ogóle ma zastosowanie przy rytuałach miłosnych, czy to tylko dla innych celów?
Ubywający to nie jest tak, że 'nic nie robimy'. W tradycji magicznej ubywający księżyc stosuje się do eliminacji - usunięcia blokad emocjonalnych, wyjścia ze złej relacji, oczyszczenia się po rozstaniu. Więc owszem, ma zastosowanie przy miłości, tylko inaczej ukierunkowane. Pytanie do ciebie, Bogumiło - bo napisałaś, że coś czytałaś - w jakim kontekście to było? Bo to może mieć znaczenie, z jakiej tradycji pochodzi ta informacja.
Dodam, że w Wicca ta korespondencja faz z intencją rytuału jest dość ściśle opisana i stamtąd chyba większość ludzi to zna, nawet nie wiedząc o tym. Księżyc przybywający - przyciąganie, księżyc ubywający - odpuszczanie lub uwalnianie. Pełnia - punkt kulminacyjny energii, nów - reset i nowe początki. Tylko że w praktyce nie zawsze człowiek czeka na idealną fazę, bo życie nie patrzy na kalendarz.
A jak to jest z tym, że różne tradycje mają różne podejście do dat? Bo o ile wicca to jedno, to np. w astrologii patrzy się też na znak, w którym jest księżyc, a nie tylko na fazę. I podobno księżyc w Bliźniętach to co innego niż księżyc w Byku, nawet jeśli obydwa są w pełni. Czy przy rytuałach miłosnych to w ogóle ma znaczenie, czy wystarczy sama faza?
Interesuje mnie to, co mówi Dionizy o znakach, bo numerologicznie też są daty lepsze i gorsze do rytuałów - np. dziewiątki i szóstki uważa się za sprzyjające sprawom serca. Zastanawiam się, czy ktoś łączył te dwie rzeczy, tzn. dobierał datę i tak, żeby była dobra numerologicznie, i tak, żeby faza księżyca pasowała. Brzmi skomplikowanie, ale może ktoś próbował?
Słyszałem o takim podejściu, ale sam nie łączyłem tego z numerologią - u mnie to bardziej intuicja plus patrzenie na to, co jest w górze. Przy rytuałach miłosnych kieruję się głównie tym, jak się w danym momencie czuję energetycznie, a faza to taki dodatkowy kontekst. Nie wiem, czy powinienem być bardziej skrupulatny w tym dobieraniu daty.
Ale czy to nie jest tak, że jak nie wierzysz do końca w tą datę, to i tak nie zadziała? Bo słyszałam, że intencja jest ważniejsza niż data i że możan zrobić rytuał w 'nieodpowiedni' dzień i on i tak wyjdzie, jak się naprawdę skupisz. Chociaż może sie mylę?
Podoba mi się to porównanie z herbatą, ale mam pytanie - jak to jest z pełnią konkretnie? Bo słyszałam, że pełnia księżyca to dobry czas na rytuały miłosne, ale też że to czas kiedy emocje są intensywne i rytuał może wyjść 'za mocny' albo w nieoczekiwany sposób. Ktoś miał takie doświadczenie?
Ja raz robiłem coś prostego w pełnię - nie żaden skomplikowany rytuał, po prostu afirmacje i świeca - i rzeczywiście potem działy się rzeczy, których się nie spodziewałem. Nie wiem, czy to pełnia, zbieg okoliczności czy co, ale zbiegło się czasowo. Trudno mi powiedzieć, czy pełnia 'dała za mocno', czy po prostu wtedy byłem bardziej skupiony i to zrobiło różnicę.
Myślę, że ten sceptycyzm jest zdrowy, ale z drugiej strony takie zbieżności powtarzają się na tyle często, że trudno je całkowicie ignorować. Sam z siebie zastanawiam się nad czymś innym - czy ktoś tutaj próbował robić rytuały miłosne w fazie kwadratu, tzn. tej pomiędzy nowym a pełnią? Nie słyszałem zbyt wielu opinii o tych 'pośrednich' fazach.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, bo trochę się gubie - czy jest jakaś prosta zasada dla kogoś, kto nie śledzi na co dzień kalendarza księżycowego? Tzn. czy jeśli chcę zrobić jakiś pierwszy, prosty rytuał miłosny, to wystarczy poczekać na pełnię i tyle, czy to naprawdę jest bardziej złożone?
Zgadzam się z Pawłem, że pełnia to dobry start, ale dodam tylko jedno - warto przed rytuałem sprawdzić, czy pełnia nie wypada akurat w znaku, który jest bardzo sprzeczny z intencją. Np. pełnia w Skorpionie jest intensywna emocjonalnie, co może być dobre albo złe w zależności od sytuacji. To nie jest obowiązkowe, ale jak człowiek już sięga po kalendarz, żeby sprawdzić datę pełni, to przy okazji można rzucić okiem na znak.
To co napisała Tekla o Skorpionie mnie zatrzymało - bo właśnie pełnia była niedawno w Skorpionie i zastanawiałam się, czy robić coś miłosnego, czy odpuścić. Ostatecznie nic nie zrobiłam, bo czułam, że emocje mam za bardzo rozkręcone i bałam się, że wyjdzie coś nie tak jak chcę. Czy to w ogóle dobra logika, że jak sami jesteśmy 'za emocjonalni', to rytuał może wzmocnić nie tę intencję, którą chcemy?
Ale jak to właściwie sprawdzić? Tzn. jak mam ocenić, czy moje emocje są 'w porządku' do rytuału, czy za bardzo rozkręcone? Dla mnie każdy rytuał miłosny wiąże się z jakimiś emocjami, inaczej po co go robić. To trochę błędne koło.
Ja miałem coś takiego - zrobiłem rytuał w momencie, kiedy bardzo zależało mi na konkretnej osobie, wręcz za bardzo. Potem rzeczy zaczęły się dziać, ale nie w kierunku, który sobie wyobrażałem. Jakby coś ruszyło, tylko nie to co planowałem. Do dziś nie wiem, czy to był błąd w intencji, w terminie, czy w ogóle nic wspólnego z rytuałem.
Tutaj wchodzi też kwestia, o której mało się mówi - że rytuał w złym terminie nie musi nic zepsuć, ale może po prostu nie dać efektu albo dać go z opóźnieniem. Astrologia mówi o tzw. momentach woli - Electional Astrology to cała gałąź, gdzie dobiera się daty pod konkretne działania. Miłość to jeden z tematów Wenus, więc patrzono by na jej pozycję, aspekty, nie tylko na fazę księżyca.
Właśnie i numerologia też daje taki uproszczony filtr. Nie musisz liczyć wszystkiego - wystarczy prosty kalkulator daty i sprawdzenie, czy liczba vibration dnia sprzyja twoim intencjom. Sześć to miłość, harmonia, relacje. Jeśli masz pełnię w dniu z szóstką, to już masz dwa czynniki, które na siebie nakładają. Nie wiem, czy to wzmocnienie, ale na pewno spójność intencji jest większa.
Trochę się gubiłem w tym wątku, ale teraz widzę, że sporo tu zależy od tego, jak ktoś podchodzi - jedni patrzą na fazę, inni na znak zodiaku księżyca, inni na numerologię. Czy te systemy w ogóle ze sobą współpracują, czy każdy działa 'na własną rękę'? Bo zastanawiam się, czy nie ma w tym sprzeczności.
Ale żeby wrócić do mojego pytania sprzed kilku postów, bo chyba nie dostałam pełnej odpowiedzi - jeśli mam wybierać między pełnią w 'złym' znaku a przybywającym księżycem w 'dobrym' znaku, to co wybrać do rytuału miłosnego? Tzn. co jest ważniejsze - faza czy znak?
Zgodzę się z Pawłem, choć z zastrzeżeniem - to też zależy od celu rytuału. Jeśli chcesz przyciągnąć coś nowego, przybywający ma sens. Ale jeśli rytuał ma wzmocnić coś, co już istnieje w relacji, to pełnia może być lepsza, bo ona amplifikuje to, co już jest obecne.
Właśnie to rozróżnienie między 'przyciągam coś nowego' a 'wzmacniam to co jest' wydaje mi się bardzo ważne i nie pomyślałam o tym na początku, kiedy zadawałam pytanie o fazy. Sama zresztą nie wiedziałam do końca, o który typ rytuału mi chodzi, kiedy zaczynałam ten wątek. Może to jest pierwszy krok - wiedzieć, czego się chce, zanim wybierze się termin?
No tak, bo ja też jak zadawałam to pytanie, to nie do końca wiedziałam, o co mi chodzi. Myślałam 'rytuał miłosny' i tyle, bez zastanowienia, czy chodzi mi o kogoś nowego, czy o coś, co już gdzieś tam tli. A to chyba fundamentalna różnica jeśli chodzi o dobór momentu.
Właśnie to mnie zatrzymało w tym co napisała Idalkaa. Bo jak nie wiesz, czego chcesz - nowej osoby czy wzmocnienia czegoś istniejącego - to czy w ogóle ma sens robić rytuał? Pytam serio, bo czasem sama nie wiem, czego szukam, i zastanawiam się, czy to nie jest podstawowy warunek, żeby cokolwiek zadziałało.
Dodam do tego, że faza księżyca w kontekście intencji ma drugorzędne znaczenie, jeśli nie wiesz, co w ogóle projektujesz. Możesz mieć idealną pełnię, Wenus w Byku, numerologiczną szóstkę - i nadal nic z tego nie wyciągnąć, jeśli twój cel jest rozmyty. Faza to raczej wzmacniacz tego, co wnosisz, a nie substytut za brak klarowności.
To ciekawe ćwiczenie, bo ja coś podobnego robiłam przy afirmacjach. Ale mam pytanie - czy ta konkretność intencji ma też wpływ na to, jaką fazę wybrać? Bo jeśli wiesz dokładnie, czego chcesz, czy to zmienia coś w kalendarzu, czy i tak patrzysz na te same zasady?
