Dobra, to ja zacznę od siebie, bo Kornelka ma rację że to pytanie wisi. Miałam raz sytuację gdzie wybrałam 7 powtórzeń kompletnie intuicyjnie, bez żadnego odniesienia do tradycji. Po czasie przeczytałam coś o siedmiodniowych cyklach księżycowych i trochę mnie to zdziwiło. Ale uczciwie nie wiem czy to był przypadek czy nie. Pewnie nigdy się nie dowiem.
To ciekawe bo ja się interesuję numerologią i siódemka to jedna z tych liczb które pojawiają sie wszędzie. Ale właśnie nie wiem czy ona ma taką wartość bo ludzie ją stosują, czy stosują ją bo ma wartość. Trochę jajko i kura.
Ale to trochę zmienia temat z 'ile razy robić rytuał' na 'skąd bierzemy te liczby'. Co nie jest złe, ale mam pytanie do osób które wybierają własne cykle - czy wy do tego wracacie po czasie i oceniacie czy to miało sens? Czy po prostu robicie i idzie dalej?
Ja wracam. Prowadzę taki zeszyt i zapisuję co robiłam i kiedy i czy cokolwiek się zmieniło. Nie zawsze jest jednoznacznie ale przynajmniej mam z czego wyciągać wnioski. Choć nie wiem czy to jest dobre podejście czy za bardzo analityczne.
To jest napięcie które rozumiem. Ale czy to nie zależy od tego co zapisujesz? Bo jedno to suche 'zrobiłam 7 razy, brak efektu'. A drugie to 'podczas piątego powtórzenia poczułam coś innego niż zwykle'. Pierwsze faktycznie może chłodzić, drugie moim zdaniem wzmacnia świadomość intencji.
Dokładnie, i to się wiąże z tym co Ceniek mówił wcześniej o japie - że liczba jest strukturą, a nie gwarancją. Dziennik rytuałów może być właśnie takim zapisem tej struktury wewnętrznej, nie tylko zewnętrznej. Co czułaś przy każdym powtórzeniu, jak się zmieniało twoje nastawienie. To może być ważniejsze niż sam wynik.
Ja też mam taki notatnik i bardzo mi pomagał na początku, bo bez niego gubiłam się co i kiedy robiłam. Ale mam pytanie do was - co robicie jak zauważacie że po którymś powtórzeniu coś się wyraźnie zmienia? Czy to jest sygnał żeby skończyć, czy kontynuować?
Nie ma jednej odpowiedzi, niestety. Jedni mówią o poczuciu domknięcia, inni o tym że intencja przestaje być żywa, że robisz to mechanicznie. Ale są też tradycje które mówią że zakończenie cyklu bez wyraźnego znaku jest równie ważne co jego kontynuacja - że akt zakończenia sam w sobie czegoś dopełnia.
Mnie w tym wszystkim zastanawia jedno - czy wy w ogóle czujecie różnicę między sytuacją kiedy sami decydujecie kiedy skończyć, a kiedy macie z góry narzuconą liczbę? Bo ja mam wrażenie że jak sama decyduję, to potem dłużej się zastanawiam czy zrobiłam dobrze. A jak mam plan na 21 dni, to po prostu kończę i tyle.
Tak, dokładnie to samo. Własna decyzja daje wolność ale też niepewność. Gotowy schemat zdejmuje decyzje z głowy ale wtedy jest to trochę jak gotowanie z przepisu, a nie z intuicji. Chyba że ktoś jest na etapie gdzie mu gotowy schemat po prostu pasuje i nie dusi.
Ja akurat wolę własne cykle i zupełnie nie rozumiem tej tęsknoty za schematami. Jeśli ktoś musi mieć podaną liczbę żeby wiedzieć kiedy skończyć, to może jeszcze nie czuje tej praktyki dostatecznie. Nie mówię tego złośliwie, ale dla mnie to sygnał że jest jeszcze jakiś element do przepracowania.
No ale ta różnica którą opisujesz nie zawsze jest oczywista z zewnątrz. Jak po samej liczbie powtórzeń masz stwierdzić czy ktoś 'świadomie wybrał strukturę' czy 'potrzebuje schematu'? Trochę to brzmi jakbyś oceniała intencje na podstawie techniki.
Właśnie sobie myślę że ta rozmowa wróciła do sedna tematu Baski i mam pytanie które mnie nurtuje od początku - czy ktoś z was miał tak, że zrobił za dużo powtórzeń i jakoś to poczuł negatywnie? Czy to w ogóle jest możliwe żeby przesadzić?
Właśnie sobie myślę że ta rozmowa wróciła do sedna tematu Baski i mam pytanie które mnie nurtuje od początku - czy ktoś z was miał tak, że zrobił za dużo powtórzeń i jakoś to poczuł negatywnie? Czy to w ogóle jest możliwe żeby przesadzić?
To co Ceniek mówi zgadza się z tym co słyszałem o różnicy między modlitwą prośby a modlitwą wdzięczności - w wielu tradycjach ta druga jest uważana za skuteczniejszą właśnie dlatego że nie zakłada braku. Nie wiem czy to przekłada się 1:1 na rytuały miłosne, ale logika jest podobna.
Ale to rodzi pytanie praktyczne - jak w ogóle masz sprawdzić w środku rytuału czy działasz z pozycji spokoju czy z pozycji lęku? Ja przynajmniej nie zawsze umiem to od razu ocenić. Czasem myślę że jestem spokojna a potem widzę po wynikach że coś było nie tak.
Właśnie to co Ceniek mówił o przepracowaniu intencji - to jest dokładnie moja obawa z tym wielokrotnym powtarzaniem. Że za każdym razem wracając do rytuału trochę bardziej wbijam się w przekonanie że to jeszcze nie zadziałało. Czy ktoś ma sposób żeby temu przeciwdziałać poza zmianą podejścia mentalnego, bo to jest łatwe do powiedzenia?
jedna rzecz która pomaga to zmiana formy intencji między powtórzeniami. Tzn. zamiast wracać dokładnie do tego samego sformułowania, za każdym razem formulujesz to jakby to już było - przeszły czas, dziękowanie za coś co istnieje, nie prośba o coś czego brakuje. Niektórzy wokaliści mantry robią to instynktownie, inni świadomie. To nie jest tylko językowy trik, to zmienia strukturę całego działania.
Przepraszam że wchodzę ale zastanawiam się - jak masz robić rytuał w przeszłym czasie jeśli to co chcesz osiągnąć jeszcze nie istnieje? To nie jest trochę takie... kłamanie sobie?
Nie wiem czy aż taki filozoficzny wywód jest potrzebny - to jest po prostu technika wizualizacji. Mózg nie rozróżnia bardzo dobrze między wspomnieniem a wyobrażeniem przyszłości, co jest dość dobrze znane w psychologii sportu. Sportowcy wizualizują wygrane zanim je osiągną. Nie mówią że kłamią sobie.
Chcę wrócić do pytania Baska o to co robić żeby nie wpaść w pułapkę powtarzania z lęku. Bo sama mam z tym problem i żadna ze strategii które próbowałam nie działa za każdym razem. Ceniek mówił o zmianie formy intencji, Astrolożkaa o obserwacji ciała przed - czy to się łączy jakoś w jeden system czy to są oddzielne podejścia?
Dziękuję że to tak wyjaśniliście, bo naprawdę mi to pomogło zrozumieć czemu moje poprzednie próby chyba szły nie tak. Ale mam jeszcze jedno pytanie - czy jeśli w połowie cyklu zorientujecie się że robicie to z lęku to lepiej przerwać i zacząć od nowa, czy dokończyć i dopiero potem?
I tutaj wracamy do pierwszego pytania które zadałam - czy więcej znaczy lepiej. Bo może odpowiedź brzmi: zależy od tego co wnosisz w każde powtórzenie. Jedno powtórzenie z pełną obecnością może być więcej warte niż dwadzieścia zrobionych automatycznie, bez względu na to co mówi tradycja o liczbach.
No właśnie, Baska to podsumowała chyba najcelniej z całej tej dyskusji. Jedno świadome powtórzenie kontra dwadzieścia na autopilocie. Ale mam pytanie do tego - czy ktoś z was próbował kiedyś celowo ograniczyć liczbę powtórzeń, żeby sprawdzić czy to zmienia coś w jakości? Tzn. zamiast robić tyle ile 'wypada' według jakiegoś systemu, zrobić mniej, ale z pełną uwagą?
To jest właściwie problem metodologiczny który pojawia się w każdej próbie oceny skuteczności rytuału. Nie możesz zmieniać dwóch rzeczy jednocześnie i wiedzieć co zadziałało. W tradycjach hermetycznych jest dlatego taki nacisk na precyzyjne trzymanie się formy - żeby w ogóle można było cokolwiek porównywać.
Hej, trochę siię zgubiłem - czy mówicie teraz o tym że trzeba zawsze robić rytuał identycznie za każdym razem, bo inaczej nie ma sensu? Bo to trochę brzmi jakby forma była ważniesza od treści.
Dobra, ale wracając do głównego pytania Baska - ile razy powtarzać. Mamy już dość dużo o jakości, ale liczba też chyba coś znaczy, nie? Bo tradycje jednak nie wpadły losowo na trójki, dziewiątki czy dwudziestki jedynki. Musi za tym coś stać.
