To teraz rozumiem czemu zawsze słyszałam że piątek to najlepszy dzień na takie rzeczy. Ale co jeśli nie możesz zacząć w piątek - na przykład twoja sytuacja jest pilna i nie możesz czekać? Czy wtedy lepiej zacząć w złym dniu czy poczekać?
Ja bym czekała na piątek, serio. Robienie czegoś na siłę w złym dniu to jakby sadzić rośliny podczas przymrozku. Możesz próbować, ale warunki są przeciwko tobie.
I tu mnie to ciekawi - bo jeśli pilność i intencja mogą nadpisać dzień, to czemu w ogóle przywiązujemy sie do liczby powtórzeń? Skoro stan wewnętrzny jest ważniejsy, to może jedno powtórzenie z wyjątkową intensywnością jest lepsze niż cały cykl na właściwych dniach, ale bez energii?
To jest napięcie które pojawia się w każdej tradycji rytualnej między nurtem formalistycznym a intencjonalistycznym. Kabalah np. kładzie ogromny nacisk na precyzję formy, wierząc że struktura sama w sobie niesie moc niezależnie od subiektywnego stanu praktyka. Sufizm idzie w drugą stronę - liczy się stan serca, reszta to tylko ramka.
Nie spodziewałam się tu filozofii, ale to ciekawe. Mam pytanie bardziej przyziemne - jeśli zacznę cykl i po czterech dniach coś się zmieni w mojej sytuacji, to mam dokończyć cykl czy to już bez sensu? Chodzi mi o to że ta osoba może nagle dać znak i nie wiem czy przerywać.
A mnie zastanawia coś innego w tym co piszecie - czy zamknięcie rytuału to część samego cyklu, czy osobna czynność? Bo jeśli np. robisz dziewięć powtórzeń i po siódmym przychodzi dobry znak, to zamknięcie w ósmym dniu to właściwie powtórzenie numer osiem, tylko skrócone, czy coś innego?
I tu wychodzi kolejna różnica między tradycjami. W kabale każdy krok jest integralny - przerywanie cyklu w środku i zastępowanie go zamknięciem byłoby traktowane jako zakłócenie struktury, nie jako eleganckie wyjście. Ale hermetyzm zachodni jest tu elastyczniejszy, bo stawia intencję wyżej niż formę zewnętrzną.
Ok ale ja się trochę gubię - jeśli przyszedł znak i przerywam cykl z wdzięcznością, to czy rytuał był skuteczny bo go skończyłam wcześniej, czy pomimo tego że skończyłam wcześniej? Bo to zmienia jak myślę o całej tej liczbie powtórzeń.
Właśnie to mnie od początku niepokoi w tym temacie. Liczymy powtórzenia jakby liczba była gwarancją, a z tego co tu piszecie wynika że to bardziej szkielet niż silnik. Choć z drugiej strony ludzie z tych tradycji przez setki lat trzymali się tych konkretnych liczb i coś za tym musiało stać.
A nie myślicie że część tych tradycyjnych liczb przetrwała po prostu dlatego że były powtarzalne i łatwe do przekazania? Trójka jest prosta do zapamiętania. Dziewiątka kojarzy się ze spełnieniem. To mogło utrwalić się kulturowo, niekoniecznie dlatego że akurat te liczby działają lepiej od sześciu czy ośmiu.
Ale jak to działa z tymi dziewięcioma światami w kontekście rytuału miłosnego? Przepraszam że pytam, bo chyba czegoś nie rozumiem. To znaczy czy przy takim rytuale ktoś rzeczywiście odwołuje się do tych dziewięciu czy to tylko analogia?
O rany, to ja zupełnie nie miałam pojęcia o czym mówię robiąc te swoje dziewięć powtórzeń. Myślałam że to po prostu jakaś ogólna zasada. Czy to znaczy że robiłam to bez sensu?
Czyli rozumiecie tak jak ja że właściwie każda liczba ma swoje uzasadnienie w jakieś tradycji i trzeba wiedzieć skąd pochodzi, żeby rozumieć co sie robi? Trochę jak z lekami - bierzesz i działa, ale lepiej wiedzieć dlaczego.
Wracając do sedna tematu który Baska postawiła na początku - czy wielokrotne powtarzanie pomaga czy przeszkadza. Myślę że po tej dyskusji widać że to zależy od tego co rozumiesz przez powtarzanie. Jeśli to mechaniczne odtwarzanie tej samej formy bez zaangażowania, to więcej nie znaczy lepiej. Ale jeśli każde powtórzenie buduje na poprzednim i masz świadomość cyklu - to liczba nabiera sensu.
Mnie tu zastanawia jeszcze jeden aspekt którego chyba nie ruszyliśmy - co z powtarzaniem tego samego rytuału po długiej przerwie, nie jako cyklu ciągłego, ale jako powrotu. Czy to jest liczenie się do tej samej sumy czy zacznij od zera?
A ja wracam do tego co zadałam jako pytanie bo chyba nie do końca dostałam odpowiedź - chodzi mi konkretnie o przypadek kiedy robisz rytuał, potem masz przerwę z przyczyn losowych, nie z wyboru, i wracasz. Czy tradycje w ogóle coś mówią o takich nieplanowanych przerwach? Bo różnica między 'postanowiłam poczekać na nów' a 'musiałam wyjechać na pogrzeb babci' wydaje mi się dość istotna.
No dobra ale jak ktoś ma przerwę przez pogrzeb babci to chyba ostatnie o czym myśli to czy rytuał jest zawieszony czy nie. To trochę abstrakcyjne rozważanie kiedy życie wchodzi w grę. Mnie bardziej interesuje czy ta przerwa cokolwiek psuje, bo sama miałam taką sytuację - zaczełam cykl, miałam serię nieplanowanych rzeczy i nie wiedziałam czy wracać do tego samego czy zaczynać od zera.
I co zrobiłaś wtedy Baska? Bo mnie też to dotyczy, ostatnio miałam podobną sytuację i po prostu zaczełam od początku bo nie wiedziałam co innego zrobić.
No i powiedziałbym to samo - choć rozumiem że w praktyce musisz podjąć jakąś decyzję i nie będziesz miesiącami analizować czy zawiesiłaś właściwie. Zaczęcie od nowa jest zawsze bezpieczniejszym wyborem w sensie spójności intencji. To co tracisz to tylko czas, nie efekt.
Ale to trochę dziwne - jak możesz tracić czas a nie efekt, skoro te posty sugerują że liczba powtórzeń nie jest gwarancją efektu? To trochę jak powiedzieć że nie szkodzi że nie masz mleka do ciasta, bo ciasto i tak może nie wyjść.
Ja mam pytanie może głupie ale - czy są rytuały miłosne gdzie w ogóle nie ma z góry narzuconej liczby powtórzeń, tylko robisz dopóki coś nie nastąpi? Bo przez całą tę dyskusję zakładamy że jest jakaś liczba do wykonania, ale może to nie jest regułą.
