Słyszę to i nie bagatelizuję. Naprawdę. Ale mam wrażenie, że kiedy mówię o swojej sytuacji - o osobie, która ze strachu się odcięła - to słyszę pytanie o etykę jakby w oderwaniu od tego. Jakby każda praca nad połączeniem była automatycznie naruszeniem. A czy jest jakaś forma pracy, którą można uznać za etycznie czystą w takiej sytuacji?
To pytanie Cesarzowny jest bardzo uczciwe i myślę, że zasługuje na konkretną odpowiedź, a nie tylko filozofię. Część tradycji wyróżnia pracę 'ku sobie' - czyli zamiast kierować energię na konkretną osobę, pracujesz nad sobą, nad własną otwartością, nad usunięciem własnych blokad. Efekt bywa podobny, a intencja jest inna. Nie wiem, czy to wystarczy etycznie dla każdego, ale jest takie podejście.
Ja bym chciała dopytać Cesarzownę o jedno - czy ta osoba nadal ma z tobą kontakt, czy całkowite zerwanie? Bo to dość mocno zmienia to, jak tarot czyta sytuację i co w ogóle można realistycznie powiedzieć o stanie energii między wami.
Wracając na chwilę do sedna tematu - bo zaczęliśmy od pytania o sceptycyzm - mam wrażenie, że rozmowa pokazała coś ważnego. Sceptycyzm tej osoby może być albo postawą intelektualną, albo mechanizmem obronnym emocjonalnym, albo wręcz neurofizjologicznym filtrem. I to, co z tym robić, jest zupełnie różne w każdym z tych przypadków. Czy ktoś miał sytuację, gdzie pracował na tyle długo z daną osobą, że mógł rozróżnić, z którym typem ma do czynienia?
To, co napisał Porewit, wydaje mi się dobrym podsumowaniem rozróżnienia, ale mam wrażenie, że wciąż krąży nam jedno pytanie bez odpowiedzi. Czy rytuał skierowany ku sobie - na otwarcie, na usunięcie własnych blokad - w ogóle jest rytuałem miłosnym w sensie, który znamy z pytania Cesarzowny? Bo ona pyta o sceptyka, a sceptyk jest zewnętrzny wobec niej. Praca nad sobą to coś innego niż próba wpłynięcia na kogoś, kto nie wierzy.
To, co opisujesz, to w tarocie często wychodzi przy Rycerzu Mieczy w pozycji zablokowanej albo przy Czwórce Kielichów odwróconej. Nie jest to człowiek, który odrzuca - to człowiek, który przestał odbierać sygnały. To różnica. Pytanie, które bym zadała przy rozkładzie dla ciebie: co w tej energii musi się zmienić, żeby on w ogóle zaczął dostrzegać?
Ta runa Isa mnie ciekawi. Słyszałam o niej przy blokadach, ale nigdy przy sceptykach. Czy to znaczy, że sceptycyzm i emocjonalne zamrożenie to w runicznym odczycie to samo, czy tylko podobne?
Mam pytanie do Elwirki - czy przy pracy z runami na taką sytuację w ogóle kierujesz cokolwiek na zewnątrz? Mam na myśli: czy kładzie się runę intencyjnie z myślą o konkretnej osobie, czy to zawsze praca wewnętrzna?
To, co mówi Elwirka o przedmiocie, który trafia do kogoś bez jego wiedzy - to mnie niepokoi bardziej niż myśl o samym rytuale. Jeśli ktoś trzyma kamień albo nosił coś, co zostało naenergetyzowane bez jego zgody, to chyba nie ma możliwości, żeby się przed tym zabezpieczył?
Słucham tej rozmowy o tradycjach i nasuwa mi się pytanie, które może być nieco inne. Czy sceptycyzm wobec magii jest właśnie czymś kulturowo wytworzonym? Bo jeśli ktoś wychował się w środowisku, gdzie rytuały były naturalne - jak w tradycji słowiańskiej czy celtyckiej - to czy w ogóle mógł być sceptyczny wobec nich w takim sensie, jak dziś rozumiemy to słowo?
Ale czy to znaczy, że rytuał na sceptyka z XXI wieku jest trudniejszy niż na kogoś żyjącego pięćset lat temu? Nie pytam złośliwie - naprawdę nie wiem, jak to ma działać przez te 'warstwy', o których wcześniej była mowa.
A czy numerologicznie da się cokolwiek powiedzieć o tym, czy dana osoba jest w ogóle otwarta energetycznie? Wiem, że to może brzmieć niszowo przy tej rozmowie, ale pytam, bo liczba życiowa podobno coś mówi o tym, jak ktoś przetwarza emocje.
Słucham tej rozmowy o numerologii i mam wrażenie, że wracamy do podstawowego pytania z tytułu - czy sceptyk może być dotknięty przez rytuał. Bo wszystkie te narzędzia, tarot, runy, numerologia, dają nam jakiś obraz osoby. Ale obraz to jedno, a co rytuał z tym robi - drugie. Ja przy rozkładach widzę, że ktoś jest zamknięty, i mogę to powiedzieć. Ale nie wiem, czy rytuał tę zamkniętość omija, czy uderza w nią wprost.
A czy to znaczy, że rytuał miłosny skierowany do takiej osoby w ogóle nie trafia tam, gdzie powinien? Pytam serio, bo ta myśl mnie trochę niepokoi. Jakby strzelać w miejsce, które jest zasłonięte.
Niekoniecznie tak to działa. Rytuał miłosny nie musi uderzać w czakrę serca bezpośrednio - przynajmniej nie w każdym podejściu. Są praktyki, które pracują z przestrzenią między ludźmi, z tym, co istnieje w relacji, nie wewnątrz konkretnej osoby. To trochę inna optyka. Zamiast próbować otworzyć kogoś siłą, pracujesz nad tym, co łączy, co już jest.
To ciekawe, że mówisz o sznurku i węźle. Widziałam coś takiego opisanego w kontekście rytuałów słowiańskich, ale myślałam, że to bardziej symboliczne. Czy to ma też działanie na sceptyka, skoro on o tym nie wie?
Hej, może to głupie pytanie, ale skoro mówicie, że rytuał nie jest komunikatem do umysłu - to czym on właściwie jest? Bo słucham tej rozmowy i za każdym razem, kiedy myślę, że rozumiem, pojawia się kolejna warstwa.
A mnie w tej całej rozmowie zastanawia, czy sceptycyzm tej drugiej osoby w ogóle jest tak ważny, skoro wielu z was mówi, że rytuał działa niezależnie od jej wiedzy i zgody. Bo jeśli tak, to dlaczego w ogóle rozmawiamy o tym, czy ktoś jest sceptyczny? Może to nie ma znaczenia?
Dokładnie. I to jest powód, dla którego przy pytaniach o sceptycznych partnerów zawsze patrzę na to, co wychodzi po stronie pytającego, nie po stronie tej drugiej osoby. Twoja karta zmiany jest ważniejsza niż jego potencjalne zablokowanie. Pytanie, które zawsze zadaję, brzmi: na czym ty stoisz w tej relacji, co chcesz zmienić i czy jesteś gotowa na to, że zmiana może przyjść z innej strony niż oczekujesz.
Niekoniecznie 'zamiast', ale 'obok'. Rytuał miłosny, który skupia się wyłącznie na zmianie drugiej osoby, jest trudniejszy do utrzymania i bardziej nieprzewidywalny. Kiedy pracujesz też nad sobą - nad tym, jak wchodzisz w relację, co wysyłasz - to masz więcej dźwigni. Nie mówię, że odpuszczasz jego sceptycyzm. Mówię, że masz też swoje pole do zaorania.
Ale właśnie - to co Pietruszka mówi brzmi trochę jak wymaganie od osoby, która i tak już dużo daje, żeby jeszcze bardziej skupiła się na sobie. Cesarzowna opisała kogoś, kto po prostu nie rozmawia o uczuciach. Praca nad sobą jest ok, ale czy rytuał nie powinien też próbować czegoś zmienić po jego stronie?
To, co Porewit napisał o systemie, trochę mnie zatrzymało. Bo rozumiem logikę - relacja to dwie strony, nie jeden podmiot. Ale jednocześnie mam wrażenie, że to bardzo łatwo może stać się wymówką do niedziałania. Że zawsze się powie: 'a może po jego stronie jest opór, więc nic z tego'. I człowiek zostaje z rękami opuszczonymi.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej. Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że im głębiej idziemy, tym więcej warunków musi być spełnionych, żeby rytuał w ogóle miał sens. Dobra intencja, praca nad sobą, otwartość drugiej strony, spójny system... To brzmi jak przepis na coś, co nigdy nie zadziała, bo zawsze brakuje jednego składnika.
Dokładnie o to chodzi. I to nie jest specyfika rytuałów miłosnych - podobnie jest z astralnymi pracami nad sobą, z afirmacjami, z każdym świadomym działaniem. Jeśli siłą wepchniesz coś w miejsce, które nie jest gotowe, to po jakimś czasie system wraca do punktu równowagi. W relacjach to widać szczególnie wyraźnie.
Ale skąd wiadomo, czy miejsce jest 'gotowe'? Serio pytam, bo to brzmi jak coś, co można stwierdzić dopiero po fakcie. Że jeśli zadziałało trwale - było gotowe. Jeśli nie - nie było. To trochę nieweryfikowalne z góry.
W tarocie też jest coś takiego. Kiedy rozkład pokazuje silny opór po stronie drugiej osoby - zwłaszcza jeśli pojawia się Diabeł w pozycji jej wewnętrznego stanu albo Cesarz odwrócony przy relacji - to nie jest znak, żeby zrezygnować, ale żeby zapytać, skąd ten opór. Czy to strach, przyzwyczajenie, przekonanie o sobie. Bo to już jest informacja do pracy.
Mam pytanie, może trochę z boku - czy sceptycyzm tej osoby w jakimkolwiek systemie, który tu opisujecie, jest traktowany jako cecha energetyczna czy raczej psychologiczna? Bo słucham i raz mówicie o energii, raz o mechanizmach obronnych, raz o zachowaniu. I zastanawiam się, czy to jest jedno i to samo opisywane różnymi językami, czy jednak różne rzeczy.
