Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Mam znajomego, który kompletnie nie wierzy w żadną magię, śmieje się z całej tej tematyki i generalnie podchodzi do tego jak do bajek dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że rytuały miłosne w ogóle na niego nie zadziałają? Czy wiara osoby, na którą kierujemy intencję, ma tutaj jakieś znaczenie? Gdzieś czytałam, że podobno nie musi, ale nie jestem pewna, czy to ma sens.
To jest jedno z tych pytań, przy których naprawdę warto się zatrzymać, bo różne tradycje mają zupełnie inne podejście. W klasycznej magii sympatycznej - tej wywodzącej się choćby z ludowych tradycji słowiańskich czy też z hermetyzmu - intencja osoby wykonującej rytuał jest tym, co napędza całe działanie. Wiara osoby, na którą rytuał jest skierowany, nie jest tu warunkiem koniecznym. To trochę jak z placebo - działa na tych, którzy wierzą, ale efekty fizyczne promieniowania albo grawitacji nie pytają cię o zgodę. Nie mówię, że to identyczne porównanie, ale chodzi o zasadę działania bez świadomej zgody obiektu.
No ale to trochę niepokojące, nie? Jeśli ktoś może na mnie działać bez mojej wiedzy i zgody, i nie muszę nawet w to wierzyć, żeby to zadziałało - to gdzie tu jest ta granica? Szczerze, to mnie bardziej niepokoi niż samo pytanie o skuteczność.
A jak w ogóle można odróżnić, że coś zaczęło działać, a nie że po prostu tak wyszło samo? Pytam serio, bo to mi się zawsze kręci w głowie, kiedy czytam o takich sprawach. Skąd wiadomo, że zmiana zachowania tej osoby to efekt rytuału, a nie zwykłej ewolucji uczuć?
Ja mam takie przekonanie, że sceptycyzm tej osoby może wręcz utrudniać działanie rytuału, nawet jeśli go nie blokuje całkowicie. Bo przecież jeśli ktoś jest zamknięty, to i energetycznie jest zamknięty, prawda? Jakby chodził w tej swojej racjonalnej zbroi i nic do niego nie dociera.
Mnie bardziej zastanawia inna rzecz - czy w ogóle sensowne jest robienie czegokolwiek bez wiedzy i zgody tej osoby? Niezależnie od skuteczności. Bo rozumiem pytanie o mechanizm, ale jakby pominęliśmy tu dość istotny wątek.
No właśnie, to też mnie nurtuje. Ale zapytałam o mechanizm, bo chciałam zrozumieć, czy to w ogóle ma sens - zanim zajmę się tym, czy powinnam to robić. To dla mnie dwa oddzielne pytania.
Widzę tutaj coś ciekawego, bo w tarocie, kiedy robię rozłożenie dotyczące rytuałów miłosnych, bardzo często wychodzi karta Dwójki Kielichów odwrócona albo Diabeł - i to właśnie w pozycji 'co blokuje'. Nie wiem, czy to konkretnie sceptycyzm tej drugiej osoby, ale coś w tej relacji na poziomie energetycznym jest nie tak ustawione. Może to bardziej kwestia niezrównoważenia intencji niż wiary?
Wracając do wątku sceptycyzmu - jest coś takiego jak koherencja sercowa, zbadana przez HeartMath Institute, gdzie wykazano, że pole elektromagnetyczne serca może wpływać na inne osoby w zasięgu kilku metrów. Sceptycy oczywiście powiedzą, że to nie magia, ale z perspektywy energetycznej to dość konkretny mechanizm, przez który intencja może docierać do drugiej osoby bez jej wiedzy i zgody. Fakt, że ona w to nie wierzy, nie wyłącza jej układu nerwowego z reagowania na bodźce.
No dobra ale ile to w ogóle trwa jak ta osoba jest sceptyczna? Bo czytam i czytam, i nikt nie powiedział wprost - czy to w ogóle realne, że to zadziała w rozsądnym czasie, czy to jest tak, że można czekać miesiącami i nic?
Mnie zastanawia, czy ktoś próbował połączyć rytuał z jakimś działaniem w realu. Bo może sama magia to za mało, szczególnie gdy ta osoba jest sceptyczna i zamknięta. Jakby dać energii jakiś punkt zaczepienia w fizycznym świecie.
To ma sens. Chyba właśnie o to chodzi - że rytuał otwiera jakieś możliwości, ale żeby coś z tego wyszło, to nadal musi zaistnieć coś w realu. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba siedziała w domu, zrobiła rytuał i czekała, aż ten sceptyk sam z siebie zmieni zdanie bez żadnego impulsu z zewnątrz.
No dobra, ale czy ktoś w ogóle próbował zrobić rytuał na kogoś takiego i potem miał kontakt z tą osobą? Bo czytam to wszystko i rozumiem teorię, ale interesuje mnie jak to wyglądało w praktyce - czy ta osoba się w ogóle zmieniła, czy była jakaś różnica w zachowaniu?
Miałam przypadek, gdzie osoba docelowa była klasycznym racjonalistą, typ 'w to nie wierzę, to bzdury'. Kilka tygodni po tym, jak zrobiłam ukierunkowaną pracę z runami Gebo i Wunjo, ta osoba zaczęła inicjować kontakt. Nie 'wróciła z kwiatami', ale wyraźnie coś drgnęło. Czy to był rytuał? Może. Czy to była ewolucja samej relacji? Też możliwe. Ja po prostu nie wykluczam pierwszego.
A czy w ogóle sceptycyzm to kategoria psychologiczna czy raczej energetyczna? Bo zastanawiam się, czy to jest kwestia przekonań tej osoby, czy też jej faktycznego stanu, który można jakoś opisać bez uciekania się do psychologii.
Ale czy nie jest tak, że sceptyk po prostu nie zauważa zmian w sobie? Bo jak coś zaczyna działać, to on to tłumaczy zupełnie inaczej niż my byśmy to nazwali. Jakby miał inny słownik do opisywania tego, co się dzieje.
To co mówisz, Zanetka, ma dużo sensu. Zastanawiam się, czy to oznacza, że rytuał może zadziałać, a ta osoba po prostu nigdy tego nie przypiszę magii - przypisze to przypadkowi albo własnej decyzji. I czy to w ogóle jest problem, jeśli efekt jest ten sam?
Dokładnie to miałam na myśli wcześniej przy Diable w pozycji blokady. Sceptyk nie tyle blokuje działanie, co zmienia sposób, w jaki interpretuje to, co go spotyka. Ale jeśli zmiana nastąpi, to nastąpi - tylko on powie, że 'sam tak zdecydował'. Co jest zresztą po części prawdą, bo wolna wola nigdzie nie znika.
Okay, masz rację i nie uciekam od tego pytania. Powiem tylko tyle, że moja sytuacja nie jest tak prosta jak 'chcę zmusić kogoś do czegoś'. Chodzi o osobę, która była blisko, a potem jakby sama siebie odcięła ze strachu, nie z braku uczuć. Ale wiem, że to brzmi jak każda inna historia.
Wracając chwilę do mechanizmu, bo mnie to nie opuszcza - HeartMath badał też coś, co nazwali 'cardiac coherence entrainment', gdzie rytm serca jednej osoby może dosłownie synchronizować się z rytmem drugiej przy bliskim kontakcie fizycznym. To nie jest ezoteryka, to elektrofizjologia. Ale czy rytuał może wywołać podobny efekt na odległość? Tego już nie wiem, ale nie skreślam.
Słuchajcie, ja doceniam tę całą rozmowę o elektrofizjologii i etyce, serio. Ale mam bardziej przyziemne pytanie - czy sceptycyzm tej osoby sprawia, że trzeba robić rytuał częściej, mocniej, inaczej? Czy jest jakiś konkretny kierunek dla takich przypadków?
Ja na marginesie dodam, że jak robię rozkłady dla osób w takiej sytuacji, to bardzo często przy osobie sceptycznej wypada Król Mieczy w odwróceniu albo Rycerz Mieczy - i to nie jest karta złej woli, raczej ktoś kto bardzo kurczowo trzyma się swojej narracji. Co ciekawe, te same osoby po jakimś czasie wracają w układach z kartami Wody, jakby coś w nich jednak miękło. Nie wiem czy to rytuały, czas, czy obie te rzeczy naraz.
Zastanawiam się, czy to, o czym mówi Kasiulka, nie łączy się z tym, co wcześniej padło o HeartMath. Bo jeśli ktoś intelektem blokuje własne uczucia - a nie cudzą energię - to pytanie do rytuału jest zupełnie inne. Czy wtedy pracuje się nad przestrzenią między osobami, czy jednak nad samą tą osobą?
A może to jest tak, że sceptyk ma po prostu grubsze warstwy? Nie mówię tego złośliwie, ale jakby więcej filtrów, przez które cokolwiek musi przejść. Nie wiem, czy to zmienia etykę, ale na pewno zmienia podejście praktyczne.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to, co mówi Wahadelka, jakoś zostało mi w głowie. Grubsze warstwy - to znaczy, że rytuał musi być silniejszy, czy po prostu powtarzany? Bo widzę, że Elwirka wspominała, żeby nie myśleć w kategoriach 'mocniej', ale nie do końca rozumiem, co w takim razie zamiast tego.
Właśnie sobie myślę, że ten cały wątek o 'grubszych warstwach' i warunkach energetycznych mógłby mieć jakieś połączenie z tym, co neuronaukowcy opisują jako 'predictive processing'. Mózg sceptyka dosłownie aktywniej filtruje i odrzuca informacje, które nie pasują do jego modelu rzeczywistości. To nie jest kwestia złej woli, to mechanizm neurokognitywny. Czy to zmienia cokolwiek w praktyce rytuałów?
Ale zaraz, to mnie trochę niepokoi. Jeśli rytuał działa 'poniżej' świadomości tej osoby, to ona nie ma żadnej możliwości powiedzenia nie. To brzmi już dość poważnie etycznie, nie tylko technicznie.
