To ciekawe, co mówi Aether. Bo ja gdzieś czytałam, że w praktykach słowiańskich nie pytano, czy ktoś 'wierzy' - po prostu wykonywano obrzęd i tyle. Wiara nie była warunkiem skuteczności.
Ale czy sceptyk nie działa na swoją niekorzyść w takim razie? Skoro jego wzorce mogą blokować impuls, który przyszedł przez rytuał - to on de facto sabotuje coś, czego nawet nie jest świadomy?
A to co teraz powiedzieliście - o tym, że on nie wie i reaguje ze swoich wzorców - to jakoś mnie uspokaja, ale i niepokoi jednocześnie. Bo z jednej strony: nie jest wrogie nastawienie, tylko nieświadome. Z drugiej - jeśli te wzorce są naprawdę mocne, to czy w ogóle jest sens próbować czegokolwiek bez jego wiedzy?
Właśnie tutaj robi się naprawdę ciekawe pytanie etyczne. Bo rytuał bez wiedzy osoby to ingerencja w jej pole bez zgody. Jedni powiedzą, że modlitwa za kogoś też jest bez jego zgody i nikt się nie oburza. Inni powiedzą, że modlitwa życzy dobra w ogólności, a rytuał miłosny ma konkretny cel i konkretnego beneficjenta, czyli ciebie.
Ale jak zapytać kogoś o zdanie, jeśli on uważa, że magia nie istnieje? To trochę absurdalne - 'Hej, czy mogę na ciebie rzucić rytuał miłosny?' Serio, wyobrażacie sobie tę rozmowę?
No właśnie, i to jest ten moment, kiedy rozmowa o rytuałach staje się rozmową o relacjach w ogóle. Bo to pytanie Nuny - jak zapytać kogoś, kto uważa że magia nie istnieje - to jest pytanie, które można odwrócić: a co ty właściwie chcesz osiągnąć tym rytuałem? Żeby on nagle zaczął wierzyć w magię i przez to cię pokochał? Czy żeby coś się zmieniło w tym, jak was postrzega, jak się przy tobie czuje? To są dwa zupełnie różne cele.
To mnie trafia. Bo szczerze, jak o tym myślę, to chyba chodzi o to drugie - nie o to, żeby on nagle uwierzył w świece i węzeł, tylko żeby coś drgnęło w tym, jak się przy mnie zachowuje. Że może by był bardziej otwarty, mniej zamknięty. Ale teraz jak to mówię, to sama nie wiem, czy to jest w ogóle dobry cel do rytuału.
Ale to znaczy, że rytuał może przynieść coś innego niż się planowało? I to jest traktowane jako sukces? Bo trochę czuję, że to jest wygodna furtka - jak wyszło inaczej, to 'no ale dostałaś co naprawdę potrzebowałaś'.
Okej, ale serio - ktokolwiek tu miał rytuał miłosny na osobę sceptyczną i naprawdę coś się zmieniło? Nie w niej samej, nie w 'lekcji' - tylko konkretnie w zachowaniu tej drugiej osoby? Bo czytam i czytam i ciągle jest filozofia, a chciałabym wiedzieć, czy ktoś ma jakiś przykład z życia.
Ja miałam coś, co trudno mi jednoznacznie nazwać efektem rytuału, bo nigdy nie wiem, ile to zbieg okoliczności. Robiłam pracę węzłową, klasyczną, po kilku dniach ta osoba odezwała się po długim milczeniu. Sceptyk totalny, zresztą nadal jest. Nie wiem, czy to rytuał, czy po prostu jego czas na kontakt. Ale fakt jest faktem.
To, co opisuje Wahadelka, jest bardzo typowe dla prac, które robią 'impuls kontaktu' bez zakotwiczenia. W runach pracuje się inaczej - nie robisz jednej runy na 'odezwij się', tylko budujesz staw dla długotrwałego połączenia. I nawet wtedy, jeśli po drugiej stronie jest ktoś mocno zamknięty energetycznie, to ten impuls dociera, ale on go przetwarza jako własną myśl, własną ciekawość. Nie jako zewnętrzne pchnięcie.
Ale chwila - to by znaczyło, że sceptycyzm może być paradoksalnie mniej problematyczny niż myśleliśmy? Bo jeśli wierzący rozpozna impuls jako 'to chyba przez ten rytuał', może go odpychać, a sceptyk po prostu za nim idzie, myśląc że to jego własna decyzja?
Właśnie to mi się pojawia w czytaniach czasami. Kiedy osoba ma silne Słońce albo mocny Merkury w pozycji ego - duży racjonalista - i pytam o sytuację uczuciową, karty pokazują ruch, ale jakby bez jego udziału. Jakby część jego decydowała, a część nie wiedziała. I zawsze się zastanawiam, co to znaczy dla skuteczności intencji z zewnątrz.
To mi się zgadza z kilkoma rozkładami, które robiłam dla siebie na podobną sytuację. Zawsze mi wychodziło, że energia relacji jest żywa, ale coś po jego stronie jest jak zamknięta poczekalnią - wszystko dotarło, czeka, ale drzwi nie są gotowe. I zastanawiałam się, czy robić cokolwiek, czy po prostu poczekać.
Kasiulka, to jest dokładnie to, co czuję. Że coś jest, ale jakby schowane. I właśnie dlatego zaczęłam szukać - nie żeby go zmienić, tylko żeby jakoś... dać sygnał, że ta przestrzeń może być otwarta. Nie wiem, czy to ma sens jako intencja do rytuału.
Ma sens i to bardzo konkretny. Intencja 'otwórzmy przestrzeń' jest zupełnie inna niż 'zmień go'. Pierwsza działa na poziomie relacyjnego pola - tworzysz warunki, nie wymuszasz scenariusz. I właśnie taka intencja jest dużo mniej problematyczna etycznie, bo nie naruszasz jego wzorców, tylko sygnalizujesz dostępność. On i tak decyduje, czy do tej przestrzeni wejdzie.
Do otwierania przestrzeni relacyjnej w runach używa się zazwyczaj Gebo w połączeniu z Laguz - pierwsze to zasada wymiany i daru, drugie to przepływ, woda, to, co płynie bez oporu. Ale to nie jest rytuał w sensie 'odpraw i czekaj', tylko raczej praca, którą ustawia się jako tło. Pytanie jest takie - czy ta osoba w ogóle jest gdzieś w zasięgu energetycznym, czy to jest bardziej sytuacja z przeszłości?
Ale jak odróżnić, czy on potrzebuje ciszy, czy po prostu nie jest zainteresowany? Bo to 'potrzebuje ciszy' brzmi trochę jak tłumaczenie na korzyść, nie?
I tu wracamy do podstawowego pytania tego wątku, bo sceptyk pewnie nawet nie dopuściłby do siebie myśli, że coś 'z zewnątrz' na niego działa. Jak Kasiulka mówi o Moon i lęku - sceptyk swój lęk tłumaczy racjonalnie, nie przypisze go żadnemu polu relacyjnemu. Więc czy w ogóle można coś zrobić, jeśli po drugiej stronie jest ktoś, kto każde swoje zachowanie ma świetnie wytłumaczone w głowie?
Okej, ale to trochę brzmi jak 'każde zachowanie można tłumaczyć rytuałem, bo nikt nie wie, co go napędza'. Gdzie jest granica między tym, że rytuał coś zrobił, a tym, że ta osoba po prostu miała swój naturalny rytm i akurat wtedy zadzwoniła?
Przepraszam, że wchodzę z boku - strasznie dużo tu mądrych rzeczy i trochę się pogubiłam w tym wszystkim. Ale czy ktoś mógłby powiedzieć - jeśli nie znam daty urodzenia tej osoby, to czy można w ogóle zrobić coś sensownego? Pytam, bo sama jestem w podobnej sytuacji do Cesarzowny i nie mam tych danych.
A co z afirmacjami? Wiem, że to nie to samo co rytuał, ale zastanawiam się, czy jeśli pracujesz z własnym stanem - nie z tą osobą, tylko z sobą - to czy to w ogóle ma związek z tym, co tu omawiają? Bo słucham tej rozmowy i ciągle mam wrażenie, że część z tego to jest praca z własną energią, nie z cudzą.
To wychodzi na to, że najskuteczniejszy rytuał miłosny to terapia i praca nad sobą. Trochę rozczarowujące, jeśli ktoś szukał skrótu.
No i właśnie to mnie trochę irytuje w tej całej dyskusji - że w końcu zawsze wychodzi, że najlepiej pracować nad sobą, nie myśleć o tej osobie, nie robić rytuału na nią, tylko na siebie, i tak dalej. Okej, rozumiem logikę. Ale to znaczy, że sceptyk, który nigdy by nie dopuścił żadnego rytuału, jest paradoksalnie w lepszej sytuacji, bo nie liczy na nic z zewnątrz? Albo odwrotnie - że rytuał miłosny jest w ogóle bez sensu, bo i tak pracujesz głównie ze sobą?
