A wracając do tego, od czego się ta rozmowa zaczęła, czyli czy rytuał może się cofnąć i czy można go powtórzyć po odpoczynku, to ja nadal nie wiem, jak długi powinien być ten odpoczynek. Tydzień, miesiąc, cykl księżycowy? Bo każdy mówi coś innego.
Czyli właściwie wszyscy mówicie mi to samo różnymi słowami, że najpierw mam się sama ze sobą dogadać, a dopiero potem myśleć o powtórce. Tylko jak rozpoznać moment, w którym ta intencja jest czysta? Bo mam wrażenie, że zawsze będzie w niej jakiś niepokój.
Czysta nie znaczy bez niepokoju, tylko bez sprzeczności. Możesz się bać, że nie wyjdzie, możesz mieć tremę przed rytuałem, to normalne. Ale jeśli jednocześnie chcesz i nie chcesz, jeśli jedna część ciebie pyta, czy on wróci, a druga, czy daj Boże nie wróci, to wtedy intencja jest rozszczepiona i żaden rytuał tego nie poskłada.
A czy taki test można robić wielokrotnie? Bo ja na przykład raz wyobrażam sobie i czuję ulgę, a innym razem tęsknotę, w zależności od tego, jaki mam dzień. To znaczy, że nie powinnam ufać żadnemu z tych wyników, czy raczej uśredniać?
to znaczy, że twój zegar wewnętrzny jest przesunięty i poranek nie jest dla ciebie neutralnym momentem. Zamiast godziny szukaj stanu, czyli takiego, w którym nic cię akurat nie ciągnie ani w jedną, ani w drugą stronę. U niektórych to jest po spacerze, u innych po prysznicu.
I tu wracamy do tego, o czym mówiłem na początku, czyli skąd w ogóle wiem, że jestem gotowy do powtórki. Bo jak słucham was, to wychodzi, że trzeba sprawdzić czakry, sny, ciało, karty, fazę księżyca i jeszcze tranzyty. To jak ktoś nie ma roku wolnego, to nigdy tego nie zrobi.
A co z tranzytami właściwie? Bo Strzybog wcześniej rzucił o Wenus w retrogradacji i nikt tego nie rozwinął. Jeśli ktoś planuje powtórkę rytuału miłosnego, a akurat trafi w taki okres, to co się dzieje? Rytuał nie zadziała czy zadziała odwrotnie?
To brzmi jak coś, co dotyczy mnie. Bo ta osoba właśnie jest z przeszłości i cała moja praca polega na tym, żeby albo to domknąć, albo wrócić. Czyli rozumiem, że okres retrogradacji byłby dla mnie korzystny do powtórki?
Korzystny do pracy nad domknięciem albo zrozumieniem, ale niekoniecznie do samego rytuału powrotu. Retro pokazuje, co jest do przerobienia, a nie spełnia życzeń. Jeśli zrobisz rytuał na powrót w retro, możesz dostać spotkanie, rozmowę, sen, w którym wreszcie zobaczysz, dlaczego to się rozsypało, ale niekoniecznie ten powrót w sensie, jakiego się spodziewasz.
A jak rozpoznać, kiedy jest się w trybie obchodzenia własnej pracy? Bo to brzmi jak coś, co robi się nieświadomie i potem dopiero widać po efektach, że się oszukiwało samego siebie.
Dorzucę do tego, że w moim dzienniku zaczęłam zapisywać też samą formułę prośby, czyli dokładnie to, co mówiłam podczas rytuału. Po kilku miesiącach widać czarno na białym, jak zmieniał się język i ton. Na początku było dużo żądania, potem zaczęło się pojawiać proszenie, a na końcu coś w stylu pozwalania, żeby się stało, co ma się stać.
Nie spisałam wtedy formuły, mówiłam z głowy i teraz nie umiem dokładnie odtworzyć. Pamiętam ogólnie, że było tam dużo proszę, żeby wrócił, ale nie pamiętam, czy gdzieś nie wsunęło się jakieś musi albo na pewno. Mam wrażenie, że tak.
Jeśli było musi albo na pewno, to faktycznie rytuał miał wbudowane napięcie, które się musiało rozładować. Każda forma przymusu wraca jako opór, niezależnie od tego, do kogo jest skierowana. Dlatego przy powtórce dobrze byłoby najpierw spisać formułę, przeczytać ją na spokojnie i zobaczyć, czy nie ma tam słów, które ciągną w stronę przymusu. Lepiej dłużej pracować nad formułą niż potem żałować.
nie najgorsza, tylko typowa. Większość osób mówi w ten sposób za pierwszym razem, bo się jest w emocji i nie myśli o słowach. Dlatego powtórka ma w ogóle sens, bo można to przepisać. Tylko najpierw zobacz, co tam dokładnie siedziało, a potem dopiero układaj nową formułę.
Czyli rozumiem, że jeśli przez ostatnie tygodnie oddychałam i myślałam o tej osobie, to w pewnym sensie podtrzymywałam ten pierwszy rytuał? Bo dokładnie tak robiłam, siadałam wieczorem i wyobrażałam sobie, że on do mnie wraca.
Niestety tak to działa. Każde takie powtarzane wyobrażenie z emocją to dolewanie energii do pierwotnej intencji. I jeśli ta intencja była nieczysta, to tylko ją wzmacniałaś. Dlatego sama powtórka rytuału może być mniejszym problemem niż to, co się dzieje między rytuałami.
Wracając jeszcze do oddechu, to czy są jakieś konkretne techniki, które działają w tym kontekście odpuszczania, a nie podtrzymywania? Bo słyszałam o oddechu kwadratowym, o oddechu przeponowym, o pranajamie i nie wiem, czy to ma znaczenie, którą się wybierze.
Dodałbym do tego, że sam oddech bez intencji puszczenia nie wystarczy. Można robić wydech na osiem i jednocześnie w głowie trzymać scenę powrotu, i wtedy ciało się uspokaja, a intencja dalej pracuje. Trzeba świadomie do oddechu dołączyć decyzję, że puszczam, a nie tylko liczyć sekundy.
nie mów puszczam, jeśli nie czujesz. Mów coś, co jest prawdziwe na ten moment, np. jestem gotowa zobaczyć, co jest pod tą tęsknotą albo zgadzam się czuć to, co czuję. Fałszywe formuły nie działają, bo ciało wie, że kłamiesz, i blokuje proces. Dopiero jak intencja jest zgodna z tym, co realnie się dzieje w środku, oddech zaczyna coś przesuwać.
Nic nie robić rytualnie. Naprawdę. W takiej fazie najlepiej zostawić wszystkie formuły i zająć się ciałem oraz emocjami zwykłymi metodami. Oddech z dłuższym wydechem, ruch, spacery, rozmowa z kimś bliskim. Rytuał na siłę na tym etapie tylko miesza, a nie porządkuje.
To akurat mam, śnią mi się te sceny powrotu prawie co tydzień. I za każdym razem budzę się z tym samym ściskiem co rano po medytacji. Czyli rozumiem, że nawet jak na jawie próbuję nie myśleć, to sny robią robotę za mnie i karmią to dalej?
Dokładnie tak. I to jest moment, w którym sama medytacja czy oddech już nie wystarczą, bo problem siedzi głębiej niż świadomość. Wtedy pomaga praca ze snem przed zaśnięciem, np. krótka intencja przed snem typu chcę zobaczyć, co siedzi pod tą tęsknotą, a nie chcę śnić o powrocie. To zmienia treść snu po kilku dniach.
Czyli najgorsze co mogłam zrobić, to próbować to naprawić oddechem, bo dolewałam oliwy do ognia, myśląc że gaszę? To brzmi jak kompletna pułapka, bo intuicyjnie człowiek robi coś, co wydaje się czyste i bezpieczne, a okazuje się, że pracuje przeciwko sobie.
nie demonizowałabym tego aż tak. Te sesje nauczyły cię też siedzieć ze sobą, czuć ciało, łapać momenty przełączania emocji. To kompetencje, które teraz są na plus, nawet jeśli treść tych sesji szła w złą stronę. Forma była dobra, intencja była problemem. Forma zostaje i można ją wykorzystać już z innym wypełnieniem.
Czyli ja praktycznie codziennie świadomie zostawałam w tej myśli, bo wydawało mi się, że jak będę o niej oddychać, to mi przejdzie. To była moja cała strategia, siadać i oddychać, dopóki ścisk nie zelżeje. A teraz wychodzi, że to było dokładnie to, czego nie należało robić?
tak i nie. Sama technika oddychania w ścisk jest okej, bo rzeczywiście rozluźnia w danym momencie. Problem jest taki, że ty dokładałaś do tego obraz osoby i scenariusz. Gdybyś oddychała w sam ścisk, bez personalizowania go, efekt byłby zupełnie inny. Ciało by się rozluźniło, ale intencja by się nie karmiła.
Brzmi pięknie, ale szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, żebym ja teraz potrafiła usiąść bez celu. Cały mój dzień jest zorganizowany wokół tej osoby, nawet jak udaję, że nie. Jak mam usiąść do oddechu bez celu, skoro całe życie mam aktualnie z celem w postaci tej osoby w tle?
