Włączam się późno, ale chcę dodać coś o roli języka w formułowaniu intencji. Pracuję z wieloma klientami i zauważam, że język, jakiego używają, zdradza ich prawdziwe nastawienie. Ktoś, kto mówi „chcę odzyskać" - zakłada, że coś stracił, więc operuje z pozycji braku. Ktoś, kto mówi „chcę zaprosić do ponownego zbliżenia" - operuje z pozycji sprawczości. Te dwa sformułowania niosą zupełnie inną energię, nawet jeśli cel wydaje się ten sam.
Dorzucam jeszcze jedną warstwę do tej dyskusji, bo uważam, że za mało mówi się o intencji jako o procesie, a nie o jednorazowym akcie. Intencja nie jest zdaniem, które wypowiadasz przed rytuałem i zapominasz. To jest postawa, z którą żyjesz w dniach i tygodniach po rytuale. Jak ktoś formułuje intencję na miłość, a potem wraca do domu i spędza wieczory na przeglądaniu profili ex na Instagramie z goryczą - to jego intencja jest martwa, niezależnie od tego, jak pięknie ją sformułował.
Przyznam, że ta dyskusja dała mi dużo do myślenia. Zaczynałem od pozycji „intencja to przereklamowany koncept, liczy się technika rytuału". Teraz widzę, że to jest raczej kwestia proporcji - oba elementy muszą współgrać, a intencja jest tym, co nadaje rytuałowi indywidualny adres, żeby energia wiedziała, gdzie ma trafić.
Wrócę jeszcze do jednej kwestii, bo nie chcę, żeby nam umknęła. Rozmawiamy o intencji klienta, o intencji rytualisty, ale jest jeszcze trzecia intencja - ta, którą niesie sam rytuał. W tradycyjnych systemach rytuały mają wbudowaną intencję. Inwokacja do Afrodyty z definicji niesie intencję miłosną. Praca z Erzulie Freda niesie intencję romantyczną, ale też luksusu i piękna. Te „wbudowane" intencje współgrają z intencją indywidualną albo z nią kolidują. Dlatego wybór rytuału to nie kwestia mody - to kwestia dopasowania jego wewnętrznej intencji do twojej.
