Słucham tej dyskusji między Sebkiem a Wierzbina i myślę - może to nie jest kwestia logiki w sensie naukowym. Magia chyba od zawsze operowała inną epistemologią. Nie 'czy mogę to powtórzyć', tylko 'co czuję że się wydarzyło i dlaczego'. Może dlatego te pytania o czas działania są tak trudne - bo mierzymy coś co nie lubi być mierzone.
A czy astrologia mogłaby tu coś wnosić? Pytam bo czytałem że niektórzy przed rytuałem sprawdzają pozycję Wenus albo Marsa. Czy to faktycznie wpływa na czas efektu czy to bardziej taka symboliczna warstwa?
Wenus retrograde to ciekawy wątek bo rzeczywiście część osób go zupełnie ignoruje, a część traktuje jak wyroczni. Mnie bardziej interesuje co dzieje się z intencją kiedy ktoś robi rytuał z przekonaniem że 'czas jest zły'. Bo jeśli wchodzisz z takim nastawieniem, to chyba sam sobie utrudniasz, bez względu na to co robi planeta.
Ale jak chaos magic zakłada że symbolika jest umowna, to czy nie wynika z tego że wszystko jest równie 'dobre' albo równie 'złe'? Nie ma wtedy żadnego złego momentu ani dobrego?
To w takim razie wracam do pytania które chyba w tym wątku nigdy nie zostało wprost postawione - czy czas oczekiwania na efekt rytuału zależy od tego kiedy go zrobiłaś, czy od tego co się dzieje po rytuale? Bo mam wrażenie że omawiamy warunki wykonania, ale nie to co następuje potem.
Ja miałam dokładnie ten problem. Robiłam rytuał i zaraz zaczynałam analizować każdy drobiazg - czy to znak, czy nie, czy coś się zmienia. I przez długi czas nic się nie działo. Potem raz zrobiłam coś i zupełnie o tym zapomniałam bo miałam inne rzeczy na głowie - i wtedy wyszło. Nie wiem co z tego wyciągnąć, ale wzorzec powtórzył się kilka razy.
To jest jedna z najtrudniejszych kwestii w rytuałach miłosnych w ogóle. Rytuał dotyczy kogoś kogo ci na kimś zależy, więc naturalne jest że myślisz o tej osobie. Pytanie czy to myślenie jest obsesyjne i pełne niepokoju, czy po prostu obecne. Różnica jest ogromna w kontekście energetycznym.
A co jeśli efekty są częściowe? Pytam bo słyszałem że czasem rytuał 'coś uruchamia' ale nie do końca - osoba się pojawia, ale potem znika. Czy to znaczy że rytuał nie zadziałał, zadziałał za słabo, czy może zadziałał ale coś go zatrzymało po drodze?
A jak rozróżnić czy coś to magia czy po prostu zbieg okoliczności? Bo mnie to strasznie gryzie. Robię coś, potem coś się dzieje - ale może by się i tak wydarzyło.
Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się trochę w kółko właśnie przez ten problem - albo magia działa i nie wiesz czy to magia, albo nie działa i nie wiesz dlaczego. Ale z drugiej strony - czy ludzie w ogóle wiedzą dlaczego związki się tworzą albo rozpadają bez żadnej magii? Może to jest po prostu natura takich spraw.
Ale czy to nie prowadzi do wniosku że w ogóle nie ma sensu dyskutować o tym czy rytuał zadziałał czy nie? Bo zawsze można powiedzieć 'może by się i tak stało'. To chyba nie jest bardzo praktyczne podejście jeśli ktoś naprawdę chce coś zmienić w swoim życiu.
To jest ciekawy pomysł, ale zastanawiam się czy przez samo zapisywanie nie zaczynasz szukać wzorców tam gdzie ich nie ma? Mam na myśli taki efekt że jak już wiesz że coś zapisujesz, to zaczynasz zauważać rzeczy które pasują do schematu.
No właśnie - i tu mam kolejne pytanie. Jeśli zakładamy że coś 'było możliwe' a coś nie było, to czy rytuał w ogóle może przekroczyć to co 'możliwe'? Bo jak nie może, to po co go robić? A jak może, to skąd granica?
To pytanie wraca w magii bardzo często i nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo to zależy od podejścia. W podejściach bardziej spirytualnych - rytuał pomaga ale nie wymusza. W podejściach bardziej energetycznych - zmieniasz prawdopodobieństwo zdarzeń ale nie ma gwarancji. Nie spotkałam się z żadnym poważnym podejściem które mówiłoby że rytuał może zrobić dosłownie wszystko.
A skąd wiadomo co jest 'możliwe' przed faktem? Bo to brzmi jakby ocena skuteczności rytuału zawsze była przeprowadzana po czasie - zadziałało, to było możliwe. Nie zadziałało, to nie było możliwe. To jest trochę kołowe rozumowanie, nie?
Ale czy z tego wynika że w ogóle nie da się ocenić przed rytuałem czy ma szansę zadziałać? Pytam serio, bo słyszałam że niektórzy robią jakieś 'wróżby' przed rytuałem żeby sprawdzić czy teren jest podatny albo coś w tym stylu. Czy to cokolwiek zmienia?
Cieszę się że to padło, bo sama o tym myślałam. Jak coś robię bez diagnozy wcześniej, to mam z tyłu głowy że może to błąd. A jak zrobię tarota przed i karty wyjdą niekorzystnie, to w ogóle nie zaczynam. Nie wiem czy to rozsądne czy po prostu strach przed porażką.
Dziękuję za tę rozmowę, naprawdę wiele mi daje słuchanie jak inni o tym myślą. Mam jedno pytanie do całej grupy - czy ktoś próbował powtarzać rytuał po jakimś czasie kiedy nic się nie działo? I jak to wpłynęło na czas oczekiwania? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią że powtarzanie wzmacnia, a inni że rozbija intencję.
A może po prostu chodzi o to że niektóre sytuacje są bardziej podatne na zmianę niż inne i rytm nie ma aż takiego znaczenia? Jak coś ma się zadziać to się zadzieje szybko, a jak nie - to żadne czekanie nie pomoże.
Możecie powiedzieć co konkretnie macie na myśli mówiąc 'jakość' rytuału? Bo od jakiegoś czasu słyszę to słowo i za każdym razem trochę inaczej. Czy to chodzi o sam przebieg, o odczucia podczas, czy o efekty?
A nie jest tak że to tylko brzmi mądrze, ale de facto nie da się tego zweryfikować? 'Intencja była czysta' - jak to sprawdzisz z zewnątrz? Albo nawet z wewnątrz?
To mnie zastanawia - czy nie jest tak że całe to oczekiwanie na efekty rytuału miłosnego jest trochę jak czekanie na autobus bez rozkładu jazdy? Możesz siedzieć godzinę i przyjdzie, albo przyjdzie za pięć minut bo akurat tak wyszło. I nie wiesz czy to przez rytuał czy bez.
Właśnie - mnie po rytuale zmienił się sposób w jaki reagowałam na tę osobę. Mniej desperacji, więcej luzu. I paradoksalnie wtedy coś drgnęło. Nie wiem co było przyczyną czego, ale jednak widzę jakiś związek.
A może nie są tak różne jak się wydaje? Jeśli efektem rytuału jest zmiana w osobie która go robi, i ta zmiana prowadzi do realnych skutków - to co to za różnica? Skutek jest, droga inna niż zakładaliśmy.
Ja chyba nie za bardzo rozumiem dlaczego miałoby być ważne czy to 'przez rytuał' czy 'przez zmianę w sobie'. Efekt jest efektem? Albo mam coś innego na myśli i to jest właśnie to pytanie które mnie nurtuje.
Wróćmy może do pytania o czas - bo chyba od tego się zaczęło. Czy ktoś zauważył że szybkie efekty zdarzały się częściej przy konkretnym typie intencji? Na przykład przy odnawianiu kontaktu inaczej niż przy próbie zbudowania czegoś od zera?
Przepraszam że wchodzę w środek ale to jest coś o czym myślałam od dawna i nigdy nie miałam jak zapytać. Jeśli rytuał 'przywraca przepływ' to czy to znaczy że po konflikcie który sam się jakoś rozwiązał też coś takiego zachodzi? Bez żadnego rytuału?
