Nie wiem za bardzo jak to opisać, ale spróbuję. Robiłam rytuał przyciągania kilka miesięcy temu, chodziło o konkretną osobę. Efekty przyszły, on wrócił, zaczęliśmy znowu rozmawiać, wszystko wyglądało dobrze. A teraz nagle mówi, że chce kończyć, że coś między nami nie gra, że nie czuje tego co powinien. I siedzę z tym i nie wiem co mam myśleć. Czy rytuał przestał działać? Czy ja coś zrobiłam źle? Czy w ogóle ma sens robić cokolwiek dalej, skoro skończyło się tak zamiast inaczej?
Znam to uczucie, serio. Ale mam pytanie bo to ważne zanim ktokolwiek coś doradzi - czy on wrócił i był inny niż wcześniej, czy był dokładnie taki jak zapamiętałaś? Bo to zmienia całą interpretację tej sytuacji.
Jest jedna rzecz, o której mało kto mówi przy rytuałach przyciągania, a myślę że tu może być sedno. Energia, którą uruchamiasz takim rytuałem, nie działa jak klej. Ona bardziej przypomina światło, które oświetla coś, co już jest - albo czego nie ma. I czasem właśnie to ujawnianie jest efektem. Nie powrót, nie miłość, tylko prawda o tym, co między wami naprawdę istnieje.
Ale zaraz, to trochę brzmi jak tłumaczenie porażki sukcesem. Skoro rytuał miał przyciągnąć, a on teraz odchodzi, to gdzie tu efekt? Serio pytam, bo nie rozumiem tej logiki.
Nie sądzę, żeby to była taka prosta odpowiedź. Romcia, a jak on się zachowywał jak wrócił? Czy był zaangażowany, czy raczej jakby chodził na próbę?
Mnie tu bardziej zastanawia coś innego. Często widzę w takich wątkach, że pytanie brzmi 'co robić żeby nie odszedł' zamiast 'dlaczego właściwie chcę żeby został skoro sam mówi że nie czuje'. To nie jest atak, po prostu warto sobie to pytanie zadać zanim sięgnie się po kolejny rytuał.
A czy w ogóle da się robić kolejny rytuał, jeśli poprzedni jeszcze formalnie nie został zamknięty? Słyszałam coś o tym, że można nakładać na siebie intencje i to komplikuje sytuację energetycznie.
Moim zdaniem jak rytuał 'zadziałał' to znaczy że zadziałał i teraz pewnie trzeba go wzmocnić, odnowić intencję. Może zrobić coś z jego imieniem pod nów.
Nie chcę go zmuszać do niczego, tylko zrozumieć co się stało. Jak wrócił, to przez kilka tygodni było naprawdę dobrze. Potem zaczął być coraz bardziej zamknięty, aż w końcu to powiedział. Jakby ta energia, jak to mówiłaś Eliksiryna, opadła.
To co opisujesz jest bardzo charakterystyczne dla rytuałów bez zakorzenienia w relacji. Mam na myśli to, że jeśli między wami nie było autentycznej gotowości z jego strony, rytuał mógł wytworzył coś w rodzaju okna czasowego. Spotkanie, zbliżenie, chwilowe otwarcie. Ale jak to okno zaczęło się zamykać, wrócił do swojego wyjściowego stanu. To nie znaczy, że jesteś ofiarą nieudanego zaklęcia. To znaczy, że zobaczyłaś jak naprawdę wygląda ta relacja bez dodatkowego wsparcia energetycznego.
Czytam to i mam pytanie może troche z boku - czy w takich rytuałach jest coś co powoduje ze ta osoba jest bardziej 'podatna' przez jakiś czas a potem to mija? Jak jakies okno czasowe?
Bardzo dziękuję za te wyjaśnienia, naprawdę dużo mi to daje do myślenia. Ale mam pytanie trochę z innej strony - czy sama Romcia po rytuale czuła się inaczej? Bo czytałam, że rytuały przyciągania oddziałują też na osobę, która je robi, nie tylko na cel.
Właśnie o to mi chodzi, Niedola. Ja po tym rytuale byłam dziwnie... nie wiem jak to nazwać. Spokojniejsza? Jakby coś się we mnie ułożyło. I przez chwilę myślałam, że to dobry znak. Ale teraz jak on mówi że odchodzi, to nie wiem czy ten spokój to było coś sensownego czy po prostu złudziłam się sama siebie.
To jest taki wzorzec który widzę bardzo często, nie tylko w kontekście rytuałów. Coś działa, odpuszczamy, a potem wracamy do punktu wyjścia. I potem pytanie czy to rytuał przestał działać, czy my przestaliśmy robić to co faktycznie go wspierało. Jak ktoś, kto rzuca palenie i zaczyna znowu bo przecież już zdrowy.
Właśnie tu mam pytanie do bardziej doświadczonych, bo mnie to zawsze zastanawiało. Gdzie jest granica między rytuałem przyciągania a czymś co już jest manipulacją energetyczną? Czy intencja ma znaczenie? Bo rozumiem że Romcia nie chce zrobić mu krzywdy, ale skutek może być inny niż intencja.
Używałam jego zdjęcia. I imienia. To znaczy że zrobiłam coś złego?
Nie mówmy że coś złego, to nie jest pomocne. Ale warto sobie zdać sprawę co to oznacza w kontekście tego co teraz widzisz. Energia rytuału była nakierowana bezpośrednio na niego, i coś otworzyło, ale bez jego wewnętrznej gotowości to nie może się utrzymać. To trochę jak próba utrzymania otwartych drzwi bez zawiasów.
Ja bym spojrzała na to inaczej. Zdjęcie i imię to nie jest od razu ciemna magia, to są standardowe elementy w bardzo wielu systemach i nikt nie mówił że to złe. Myślę że Romcia nie powinna teraz czuć się winna tylko dlatego że użyła podstawowych technik.
Mam pytanie do Romci, bo mi się nasuwa coś praktycznego. Czy ten rytuał był robiony przez kogoś innego czy samodzielnie? Bo to też zmienia sytuację, jeśli chodzi o to co można zrobić teraz.
No to jakiś schemat jest w tym co mówisz. Czyli robiłaś to całkowicie samodzielnie, bez żadnej zewnętrznej intencji, i użyłaś klasycznych elementów skupiających energię na konkretnej osobie. Mam pytanie, bo to dla mnie istotne: co zapisałaś jako intencję? Czy to było coś w stylu 'chcę żebyśmy byli razem' czy bardziej 'chcę żeby on do mnie wrócił'? Bo to nie jest to samo.
Napisałam mniej więcej że chcę żebyśmy byli szczęśliwi razem i żeby między nami było jak wcześniej. Nie pisałam 'wróć do mnie' dosłownie, ale myślałam o tamtym czasie kiedy wszystko było dobrze.
Inne. Na początku jakby ostrożniejsze. Jakby oboje szli po lodzie. Ale potem wróciło i myślałam że już jest normalnie.
To co mówisz o tym chodzeniu po lodzie jest dla mnie ważne. Bo to może być właśnie ten moment, gdzie energia otworzyła coś co było do otwarcia, ale oboje nie wiedzieliście co z tym zrobić. I zamiast zbudować coś nowego, próbowaliście odtworzyć stare. Pytanie do Kaliksta: czy to znaczy że rytuał z taką intencją wsteczną jest z założenia skazany na ten rodzaj efektu?
I tam właśnie leży sedno. Nie drapanie w stare rany to jedno, ale zupełne omijanie tego co doprowadziło do kryzysu to drugie. Energia może otworzyć drzwi, ale jeśli przez te drzwi nie przejedzie żadna rzeczywista rozmowa, żadna zmiana, to drzwi prędzej czy później się zamkną. I to nie jest kwestia rytuału, to jest kwestia relacji.
Ale jak masz rozmawiać o trudnych rzeczach kiedy boisz się że jak zaczniesz to znowu się posypie? To nie jest takie proste jak to tutaj brzmi.
Mam inne zdanie. Czasem relacje potrzebują okresu ciszy żeby dojrzeć do trudnych rozmów. Nie zawsze trzeba od razu wszystko omawiać. Niektóre rzeczy same się układają jeśli dasz im czas.
Może nie dość czasu. Albo coś z zewnątrz weszło w tym czasie.
