Mam takie pytanie, bo trochę się nad tym zastanawiam od jakiegoś czasu. Robiłam ostatnio rytuał na zbliżenie z pewną osobą i przyszło mi do głowy, że może powinnam w tym czasie bardziej zadbać o siebie, żeby jakoś wzmocnić tę energię. Ale z drugiej strony słyszałam różne opinie - że to bez znaczenia, że liczy się tylko intencja, że wygląd jest sprawą czysto materialną i nic nie wnosi do pracy magicznej. Nie wiem co o tym myślicie. Czy wy w ogóle zmieniacie coś w sobie, swojej pielęgnacji, ubieraniu się, kiedy robicie coś związanego z miłością? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, czy to tylko taki psychologiczny efekt placebo dla nas samych?
Akurat to mnie od dawna zastanawia. Sama przez długi czas myślałam, że to rzeczywiście tylko kwestia nastawienia psychicznego - że jak się lepiej czuję we własnej skórze, to i intencja jest silniejsza, bardziej skupiona. Ale ostatnio zmieniłam zdanie, bo gdzieś czytałam o koncepcji, że rytuał to też komunikat wysyłany w stronę tej drugiej osoby i świata, a nie tylko wewnętrzna praca. Jeśli dbasz o siebie w tym czasie, to jakby dajesz sygnał, że traktujesz to poważnie. Nie wiem, może to uproszczenie. A co konkretnie robiłaś w tym rytuale, jeśli mogę zapytać? Bo to może mieć znaczenie dla odpowiedzi.
Mam inne podejście do tego. U mnie zmiany zewnętrzne podczas rytuału to nie jest kwestia wzmacniania czegokolwiek, tylko spójności. Kiedy rytuał ma określoną intencję, to wszystko co robię w tym czasie powinno grać do jednej bramki. Jeśli pracuję nad miłością, a chodzę zaniedbaną i myślę 'to bez różnicy jak wyglądam', to trochę tak jakbym sama sobie zaprzeczała. Choć rozumiem tych, którzy twierdzą, że to czysto symboliczne i niczego nie zmienia w sensie metafizycznym. Mnie osobiście ta spójność pomaga utrzymać skupienie przez cały czas trwania rytuału.
Ale tu jest ważne rozróżnienie, bo chyba mieszamy dwie sprawy. Jedno to upiększanie się żeby 'wspomóc' rytuał, drugie to stan ciała i umysłu jako element przygotowania. To nie to samo. Zanim cokolwiek zacznę, kąpiel rytualna to dla mnie standard - i to nie dlatego, że chcę wyglądać lepiej, tylko dlatego, że oczyszczenie fizyczne ma swój odpowiednik symboliczny. Ale malowanie się czy zakładanie ładnego ubrania stricte po to, żeby 'lepiej działało' - tutaj już mam wątpliwości, bo to brzmi jak magia sympatyczna zastosowana trochę na opak. Co masz na myśli przez 'upiększanie się'? Bo to może oznaczać różne rzeczy.
Kolory Wenus to nie jest tylko estetyka, to ma całkiem konkretne korzenie w tradycji. W astrologii magicznej, którą trochę śledziłam w różnych źródłach, praca podczas dnia i godziny Wenus z atrybutami tej planety - kolor zielony albo różowy, miedź, określone rośliny - traktowana jest jako tworzenie spójnego 'środowiska' dla intencji. Więc jeśli decydujesz się pracować z energią miłosną, to kolory mogą być jednym z elementów całości, a nie magicznym boosterem same w sobie. Ale chciałam się dopytać - czy wy w ogóle dobieracie czas rytuału do faz księżyca albo pozycji Wenus? Bo to chyba bardziej zmienia efekt niż to, czy masz zrobiony manicure.
Zgadzam się z Bernadetką w jednym - że to jest kwestia ucieleśnienia intencji - ale mam inne zdanie co do mechanizmu. Czytałam o tym w kontekście love magic z tradycji hoodoo i tam jest wyraźne rozróżnienie między pracą 'na przyciąganie' a pracą 'na utrzymanie'. Przy przyciąganiu dbanie o swój wygląd i wizerunek ma sens, bo wzmacnia pewność siebie, co jest kanałem dla manifestacji. Przy utrzymaniu czy naprawie relacji już nie jest to tak oczywiste. Więc może pytanie powinno brzmieć nie 'czy w ogóle', ale 'do jakiego typu rytuału'.
Szczerze mówiąc to jest pytanie, które można sobie zadawać w nieskończoność i zależy od tego, jak ktoś w ogóle rozumie mechanizm działania rytuałów. Jeśli ktoś przyjmuje podejście czysto psychologiczne - rytuał jako sposób do zmiany własnego stanu umysłu i przekonań - to pewność siebie jest tu kluczem i wszystko co ją buduje ma sens. Jeśli ktoś wierzy w realne oddziaływanie energetyczne, to już jest bardziej skomplikowane. Mnie interesuje co innego w tym wątku - czy ktoś miał sytuację, że zmienił swój wygląd przed lub w trakcie rytuału i potem powiązał jakiś efekt z tą zmianą? Nie pytam o dowód naukowy, pytam o osobiste obserwacje.
Przepraszam, że się wtrącam, bo nie znam się na rytuałach, ale słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie praktyczne - jeśli ktoś jest w trakcie takiego rytuału i na przykład trafi mu się sytuacja, że musi pójść gdzieś i spotka tę osobę, o którą mu chodzi - to czy wtedy ten wygląd ma znaczenie już w sensie bardzo dosłownym? Tzn. czy to nie jest przypadkiem tak, że rytuały miłosne generalnie prowadzą do takich zbiegów okoliczności i wtedy wygląd jest po prostu ważny z prozaicznych powodów?
Ale tu wchodzimy w temat, który mnie od dawna zastanawia - bo jeśli mechanizm jest taki, że my się zmieniamy i przez to przyciągamy, to po co w ogóle rytuał? Wystarczyłoby samo dbanie o siebie i pozytywne myślenie. Coś mi tu nie pasuje. Chyba że rytuał pełni funkcję skupienia uwagi i intencji, czego samo dbanie o siebie nie zapewnia. Ale wtedy wracamy do pytania czy upiększanie się jest częścią rytuału, czy efektem ubocznym zmiany nastawienia.
To z tą ascezą mnie zaskoczyło. Nigdy o tym nie słyszałam. Skąd to pochodzi, bo kojarzyłam to bardziej z tradycją chrześcijańską niż z magią?
Pojęcie ascezy w magii nie jest tak odległe od tego co znamy z religii, tyle że motywacja jest inna. W części tradycji okultystycznych - choćby w pewnych nurtach Hermetyzmu - powściągliwość przed rytuałem i w jego trakcie ma zwiększać 'naładowanie' intencji przez powściąganie energii w innych kierunkach. To trochę jak skupianie światła przez soczewkę. Ale uczciwie mówiąc, to dotyczy głównie bardziej zaawansowanych form pracy magicznej, nie każdego prostego rytuału miłosnego. Nie chciałabym żebyśmy wpadły w pułapkę uogólniania.
Dobra, to teraz trochę się pogubiam, bo z jednej strony mówicie o spójności i dbaniu o siebie jako wyrażeniu intencji, z drugiej o ascezie i powściągliwości. Jak to razem złożyć? Macie jakiś sposób na to, żeby zdecydować co ma sens w konkretnej sytuacji? Bo wydaje mi się, że to mocno zależy od tego jaki rytuał się robi i co jest jego celem.
To pytanie Cytrynki jest w sumie kluczowe dla całej tej dyskusji - jak pogodzić te dwie rzeczy. Ale szczerze, mnie nie dziwi że to wygląda sprzecznie, bo wynika to z tego, że asceza i dbanie o siebie nie są ze sobą w konflikcie - działają na różnych poziomach. Asceza dotyczy raczej powstrzymywania się od rozpraszaczy, nadmiaru, chaosu. Dbanie o siebie to wprowadzanie porządku i intencji. Jedno nie wyklucza drugiego.
To jest chyba sedno całej tej rozmowy i nikt jeszcze tego wprost nie powiedział - motywacja ma znaczenie. Nie to, co robisz z wyglądem, ale dlaczego. Zmiana fryzury z przekonania, że chcesz zacząć coś na nowo, to co innego niż zmiana fryzury bo myślisz, że bez tego rytuał nie chwyci.
Szczerość wobec siebie to najtrudniejsza część tej roboty, szczerze mówiąc. Ale mam wrażenie, że za bardzo szukamy tutaj czystości intencji, jakby motywacja musiała być kryształowo jednoznaczna. W hoodoo, o którym czytałam dużo, ta kwestia w ogóle nie jest tak rozbudowana filozoficznie - albo działa, albo nie, a ty robisz co czujesz że powinieneś. Może my po prostu za bardzo to analizujemy?
Wracając do tego co mówiła wcześniej Irisa - o motywacji - to mam pytanie, które mnie dręczy. Czy można w ogóle sprawdzić własną motywację przed rytuałem, czy raczej wychodzi to dopiero po fakcie? Bo jak ma być 'szczerość wobec siebie', to nie wiem jak ją zmierzyć zanim się coś zrobi.
A jak ktoś nie pisze dobrze o sobie, tzn. nie umie tego jakoś ubrać w słowa, to jest problem? Pytam, bo mnie to mocno blokuje - zawsze jak zaczynam pisać intencję to nie wiem co napisać i skaczę między opcjami.
O, to jest coś, co zmienia perspektywę tej całej rozmowy o wyglądzie. Bo jeśli intencja to stan, który chcemy osiągnąć, a nie konkretna osoba czy sytuacja, to upiększanie się pod tym kątem nabiera sensu zupełnie inaczej. Dbasz o siebie żeby poczuć się w określony sposób, a nie żeby wyglądać dla kogoś.
Przepraszam że znowu się wtrącę, ale jak słyszę 'dbasz o siebie żeby poczuć się w określony sposób' to mi się przypomina coś zupełnie innego niż rytuał. Jak to się różni od zwykłej pracy nad pewnością siebie bez żadnej magii? Naprawdę nie rozumiem tej granicy.
To jest uczciwe pytanie i nie ma sensu go zamiatać pod dywan. Część ludzi powiedziałaby, że nie ma różnicy i to nie jest obrażanie się na magię, tylko uczciwa obserwacja. Różnica, którą ja widzę, to kontekst i forma - rytuał nadaje działaniu symboliczną ramę, która dla robiącego ma inne znaczenie niż samo działanie. Ale to wymaga, żeby ta rama coś znaczyła dla konkretnej osoby.
Śledzę ten wątek od jakiegoś czasu i coś mi nie daje spokoju. Mówimy dużo o intencji, symbolu, stanie wewnętrznym - ale prawie nikt nie powiedział wprost o kierunku rytuału. W sensie - czy robimy coś, żeby zmienić siebie, czy żeby wpłynąć na kogoś z zewnątrz? Bo jeśli to drugie, to cała ta rozmowa o upiększaniu się i stanie wewnętrznym jest trochę... obok. Albo nie?
No i tu się pojawia coś, czego nikt do tej pory nie powiedział wprost, a myślę, że w kontekście wyglądu ma znaczenie. Jeśli rytuał pracuje na twojej własnej energii, to dbanie o siebie fizycznie jest bezpośrednią pracą na tej energii, bo ciało i to co z nim robisz, jest nośnikiem tej energii. Wtedy nie ma pytania 'czy warto' - po prostu jest spójne.
Zgadzam się z Bernadetką co do ciała jako nośnika, ale chcę dodać coś z innej perspektywy. Jak pracuję nad czymś i jednocześnie zwracam uwagę na ciało - napięcia, jak się czuję fizycznie - to te zmiany zewnętrzne, o których mówi wątek, wydają mi się bardziej efektem pracy niż jej przyczyną. Tzn. najpierw coś zmienia się w środku, a dopiero potem przychodzi potrzeba zmiany wyglądu, nie odwrotnie.
To podejście Dagmarki chyba najbardziej mi odpowiada ze wszystkiego co tu padło. Mniej planowania, więcej słuchania siebie. Choć nadal mam z tyłu głowy, że jak nic nie czuję - ani potrzeby zmiany, ani jakoś szczególnie - to czy to oznacza, że rytuał w ogóle nie ma z czego pracować? Czy to może być sygnał, że coś jest nie tak?
Właściwie to pytanie Cytrynki mi zostało w głowie - jak nic nie czujesz przed rytuałem, to co to znaczy? Bo ja mam wrażenie, że czasem brak odczucia to nie jest brak energii, tylko po prostu... nie wiem, może coś blokuje? Albo jestem za bardzo w głowie.
No właśnie to mnie najbardziej niepokoi, że jak nic nie czuję, to nie wiem do której z tych trzech kategorii należę. I tu wracamy do wyglądu - czy jak nic nie czuję to znaczy, że nie mam w ogóle robić nic z sobą? Czy może właśnie upiększenie się miałoby coś 'otworzyć'?
Właśnie o to pytałam siebie przez długi czas. I doszłam do wniosku, że upiększanie się jako próba 'otwarcia' to trochę odwrócona kolejność. U mnie to nigdy nie działało w tę stronę - że zewnętrzna zmiana coś otwiera. Raczej jak coś w środku drgnęło, to potem naturalnie chciałam zadbać o ciało.
