hmm, może to jest po prostu miejsce gdzie odczyt powinien się przerodzić w cos innego? tzn nie terapię, bo wiadomo że czytający nie jest terapeutą, ale jakieś... zatrzymanie? zapytanie o co naprawdę pytasz, co chcesz żeby się zmieniło, zanim w ogóle rzucisz runami?
Hmm, o, bo ja mialam kiedys odczyt gdzie czytajaca poswiecila chyba z pol godziny samemu pytaniu. i przez te pol godziny sama siebie bardziej zrozumialam niz przez wszystko co potem zostalo wylozzone na stole. czy to znaczy ze runy byly zbedne? 🙂
właśnie to co Czarek napisał o pytaniu jako metodzie to mi się kręci w głowie od jakiegoś czasu. bo jak sobie to układam, to widzę że w zasadzie każdy odczyt który miałam poczucie że "zadziałał" zaczął się od dobrego pytania. i to niezależnie od tego czy czytająca była bardziej od strony tradycji czy bardziej od strony takiej racjonalnej. więc może nie chodzi o to skąd ktoś pochodzi, tylko czy potrafi wyciągnąć prawdziwe pytanie zanim w ogóle dotknie run. :/
choć to sie troche kłóci z tym co tu mówiłyśmy wcześniej o ludziach którzy siebie nie lubią. bo taka osoba często nie wie co naprawde pyta. ona wie że boli ale nie wie skąd. i jak ją poprosisz o sformułowanie pytania to dostaniesz albo za szerokie "dlaczego jestem nieszczęśliwa" albo za wąskie "czy on do mnie wróci". a runy i tak muszą cos z tym zrobić.
hej, ale czy nie robimy tu z tego za duże filozofii? pytanie w tytule brzmi konkretnie - runy zrobione przez naukowca kontra duchownego. i chyba warto wrócić do tego. bo dotąd powiedzieliśmy że liczy sie kontakt, liczy sie pytanie, liczy się samoświadomość czytającego. ale czy ktokolwiek tu naprawdę uważa że samo wyznanie wiary albo jego brak wpływa na "jakość" run? bo ja nie. ^^
no ale to jest jeden przypadek. ja miałem odwrotnie i co, mamy teraz porównywać jednostkowe doświadczenia? to nie jest metoda. chyba że ktoś ma tu jakiś większy zbiór oserwacji a nie tylko swój odczyt i odczyt znajomego.
