Właśnie, i zastanawiam się, czy runa przy prywatnym wyjeździe ma inny charakter niż przy służbowym. Przy delegacji jakiś konkretny zamysł jest łatwiejszy do sformułowania. Ale co z wyjazdem, gdzie celem jest po prostu być? Może wtedy Laguz albo coś spokojniejszego?
Ale czy jest jakaś różnica między braniem runy jako talizman a braniem jej dlatego, że chcemy z nią pracować w czasie wyjazdu? Bo chyba o tym rozmawiamy od kilku postów i trochę mi się to miesza.
A jak bierzesz runę jako talizman to czy trzeba znać jej znaczenie żeby 'działała'? Pytam bo mam wrażenie, ze niektórzy noszą runy jak wisiorek i nie maja pojęcia co oznacza, a inni mówią ze to bez sensu.
No właśnie, i dlatego zawsze mówię, że kupowanie zestawu bez nauki to trochę jak kupowanie instrumentu bez zamiaru grania. Sama runa bez zrozumienia to tylko kawałek drewna albo kamienia, co tu dużo mówić.
Może masz rację i po prostu za bardzo kombinuję. Trochę się zaraziłam tym wątkiem i zaczęłam myśleć, że na każdy wyjazd trzeba coś zabrać. A może nie trzeba.
Dokładnie, i to jest chyba ważna rzecz w tym całym wątku. Tytuł mówi, czy brać czy zostawiać, i myślę, że odpowiedź nie jest jedna. Czasem brać, czasem zostawiać, i to drugie też jest świadomym wyborem, nie przeoczeniem.
A ja mam pytanie bo mnie to też ciekawi, czy jak sie bierze jedną runę a nie cały zestaw, to jakos to wpływa na jej dzialanie? Znaczy, czy ona nie traci kontekstu bez pozostałych?
To jest dla mnie odkrycie, bo myślałam, że zestaw to podstawa i że bez niego coś jest niepełne. To zmienia podejście. Ale czy w takim razie przy wyborze tej jednej runy do podróży chodzi o to, żeby wybrać z góry, czy może wyciągnąć losowo przed wyjazdem?
To ma sens. Świadomy wybór zakłada, że wiesz, czego szukasz. Losowanie to pytanie do czegoś poza sobą. Obydwa podejścia są w porządku, ale wymagają innego nastawienia. Zastanawiam się tylko, czy ktoś tu kiedyś brał runę w podróż i potem miał poczucie, że to był zły wybór, że powinna być inna?
Ja miałam tak samo, że nie wiedziałam, i kilka postów wyżej ktoś powiedział, że może pytanie, którą, odpowie samo. I trochę tak wyszło, że jak przestałam kombinować, to przestałam też czuć, że muszę coś brać. Może dla Ciebie będzie odwrotnie, jak przestaniesz kombinować, to będziesz wiedziała, którą.
Ale jak ktoś dopiero zaczyna i nie ma jeszcze tego wewnętrzngo poczucia, o którym piszecie, to co wtedy? Czy po prostu próbować i czekać az przyjdzie, czy jest jakis sposób zeby to przyspieszyc?
I chyba tu dochodzimy do czegoś ważnego w tym wątku. Czy zabierać czy nie, to pytanie wtórne. Pierwsze jest, czy masz w ogóle jakąś relację z tym, co chcesz zabrać. Bo runa jako przypadkowy przedmiot w bagażu to co innego niż runa, z którą pracujesz. I to chyba odpowiada na tytuł tematu lepiej niż jakakolwiek lista.
Dobrze to ująłeś, ale zostaje jeszcze jedna kwestia, którą chciałem poruszyć. Co z osobami, które dopiero zaczynają i tej relacji jeszcze nie mają? Czy branie runy w podróż może być właśnie sposobem na jej zbudowanie, czy lepiej zaczekać i najpierw poćwiczyć w domu?
Ale czy nie jest tak, ze ta relacja to troche mitologia? Znaczy, czy naprawde trzeba budowac jakis specjalny zwiazek z kamieniem, czy to po prostu kwestia nawyku i uwagi? Pytam, bo troche sie gubię w tym, co jest naprawde potrzebne, a co jest tylko narracja.
A ja w ogóle zastanawiam się, czy robię to we właściwej kolejności. Najpierw kupiłam granity, potem myślę o zabraniu ich w podróż, a dopiero teraz zaczynam rozumieć, że może powinnam najpierw w ogóle poczuć, po co mi to. Czy tak to zwykle wygląda u ludzi, że najpierw przedmiot, potem pytanie?
To co piszecie, i Elzunia, i Promyczka53, to jest chyba bardziej reguła niż wyjątek. Mam wrażenie, że większość ludzi wchodzi w takie rzeczy przez przedmiot albo przez estetykę, a pytania przychodzą później. Ale wracając do podróży, to ten scenariusz, kupuję, zabieram, po drodze zaczynam pytać, może być całkiem sensowny. Nie trzeba mieć gotowej relacji przed wyjazdem.
To mi przypomina coś, co robiłam z afirmacjami. Zapisałam je, nakleiłam na lustro, i po tygodniu w ogóle ich nie widziałam, bo przestałam zauważać. Może z runą jest podobnie? Że sama obecność nie wystarczy i trzeba jakiegoś małego rytuału, żeby nie przestać jej widzieć?
Przy okazji jedwabiu, to warto wspomnieć, że ten mit o jedwabiu jako izolatorze energetycznym pochodzi głównie z tradycji tarotowej, a nie runicznej. W historycznych znaleziskach runicznych kamienie i drewniane runy leżały po prostu luzem albo w skórzanych sakwach. Nie ma żadnych źródeł, które by wskazywały, że materiał opakowania miał znaczenie magiczne.
To teraz mam pytanie bo sie troche gubie. Jeśli jedwab to mit z tarota, a skóra była praktyczna, to skad w ogóle wziely sie te wszystkie zasady o przechowywaniu, ktore sie widzi na każdym blogu o runach? Ktos to wymyslil niedawno czy to jest gdzies zapisane?
Ja bym jednak nie przekreślała tych zasad tylko dlatego, że nie mają potwierdzeń historycznych. Tradycja ezoteryczna to nie tylko archeologia. Wiele praktyk działa, bo pracuje z nimi wiele osób przez długi czas i to buduje jakąś zbiorową warstwę, nawet jeśli nie ma na to dokumentu z runopisu.
Może trzeba po prostu rozróżnić dwie warstwy. To, co historyczne, to fakty o przeszłości. To, co działa dla konkretnej osoby, to jej praktyka. Branie runy w podróż nie musi być udokumentowane, żeby było sensowne dla kogoś, kto z tego korzysta. Ja zabieram Raido, bo to dla mnie coś znaczy, nie dlatego, że wikingowie tak robili.
Właśnie teraz wzięłam wszystkie i trzymam po kolei. I faktycznie jedna jest jakoś inna, cieplejsza może, chociaż to brzmi głupio jak to piszę. To jest Ansuz. Czy to ma sens, że wybieram coś, co kojarzy się z komunikacją, skoro jadę w podróż służbową?
To jest ciekawe co Elzunia pisze, bo pokazuje, że ta runa nie musi być wybrana rozumem. Ale mam pytanie do Jaroslawa, bo pisałeś o Raido wcześniej. Czy ty przed każdą podróżą robisz jakiś świadomy wybór, czy ta sama runa towarzyszy ci od dawna?
Ale czekajcie, czy to znaczy, że ta cała idea 'mojej runy' to jest nowoczesny wynalazek? Bo zawsze myslalam ze to jest cos bardzo starego.
To jest trochę dezorientujące, bo wchodzę na dowolną stronę o runach i piszą tam o 'mojej runie' jak o czymś oczywistym. A teraz okazuje się, że to nie jest pradawna zasada? Jak w takim razie w ogóle odróżnić co jest prawdziwe?
Czyli jak rozumiem, mogę brać runę w podróż i to ma sens dla mnie, ale nie muszę wierzyć, że to jest pradawny rytuał, żeby to działało? Czy dobrze to rozumiem?
To jest właśnie ten problem z całą praktyką runową w podróżach, że nie ma żadnego punktu odniesienia. Co miałoby znaczyć, że runa zadziałała? Bezpieczny powrót? To przecież większość podróży kończy się bezpiecznie niezależnie od ran.
