To mnie uspokaja. Miałam lekki lęk, że zrobię coś 'nie tak' i zepsuje cały sens. Skąd w ogóle to się bierze, że tak bardzo chcemy mieć gotową instrukcję obsługi na wszystko?
Leokadia, to co mówisz - że boisz się zrobić coś 'nie tak' - to mi bardzo bliskie. Przy tarocie miałam dokładnie tak samo. Chyba boimy się, że błąd w rytuale anuluje sens całości? Czarek, czy istnieje coś takiego jak 'błąd' w pracy z runami?
To co Czarek mówi jest ważne. Leokadia, mam wrażenie, że twój lęk jest bardziej lękiem przed tym, co runa pokaże, niż przed 'złym wykonaniem'. Mam rację? Bo to zupełnie inne pytanie.
Baska, uderzyłaś w coś bardzo dokładnego. Chyba tak. Boję się, że wyciągnę coś, co mi powie, że jest źle albo że żałoba będzie długa. Albo że runa pokaże coś o osobie, którą straciłam, i nie będę wiedziała co z tym zrobić.
Ale właśnie - czy runa w ogóle może coś powiedzieć o osobie, która odeszła? Bo czytałam gdzieś, że to możliwe, ale nie wiem czy to nie jest jakieś wymyślone przez nowych ezoterycznych twórców z internetu.
Ale to brzmi jak zamknięcie drzwi. Bo w wielu tradycjach - nie tylko ezoterycznych, ale i w etnografii słowiańskiej - były sposoby żeby rozmawiać ze zmarłymi. Dlaczego runy miałyby być od tego odcięte?
To jest naprawdę ciekawy wątek i rozumiem, że Roch pyta o zasadę ogólną. Ale Leokadia - wracając do ciebie - czy chcesz pracować z runami żeby 'dotrzeć' do kogoś, czy raczej żeby przetworzyć własną stratę? Bo to ważne dla tego, jak w ogóle podejść do pytania.
Wiciokrzew, to bardzo ważne pytanie i chyba nie miałam jasności nawet dla siebie. Myślę, że jednak chodzi mi bardziej o to drugie - żeby przetworzyć własną stratę. Ale gdzieś w środku jest też taki impuls, żeby poczuć, że ona nadal... istnieje gdzieś. Nie wiem czy to ma sens.
Ma sens. I to rozróżnienie, o które pytała Wiciokrzew, jest naprawdę ważne właśnie dlatego, że prowadzi do zupełnie innych pytań i zupełnie innej pracy z runami. Leokadia, jeśli chodzi ci o przetworzenie straty - to jest grunt, na którym runy mogą być bardzo pomocne. Hagalaz, Isa, Nauthiz - to runy, które mówią o trudnych przejściach, o zatrzymaniu, o konieczności. Nie są złe, nawet jeśli wyglądają ponuro.
Ale właśnie, skąd wiadomo że to nie jest tylko przypadek? Że wyciągnęłam akurat tę runę bo ona 'pasuje', a nie dlatego, że mój mózg po prostu dopasowuje sens do wszystkiego co widzi?
Właśnie. I tu jest ciekawy punkt - czy Leokadia, kiedy wyciągasz runę i patrzysz na nią, czujesz jakiś ruch w środku? Jakąkolwiek reakcję emocjonalną? Bo jeśli tak, to już jest coś, z czym można pracować, niezależnie od tego czy to 'przypadek' czy nie.
Baska, nie ciągałam jeszcze run po jego śmierci. Boję się właśnie tego co opisałaś - że poczuję coś bardzo mocnego i nie będę wiedziała co z tym zrobić. Albo nie poczuję nic i wtedy też będzie źle, bo po co to w ogóle.
Leokadia, dokładnie to samo czułam przy pierwszym rozkładzie tarota po czymś trudnym. Ten lęk przed pustką albo przed zbyt mocnym trafieniem jest chyba gorszy niż sama praca. Czy ktoś tu przechodził przez pierwsze ciągnięcie run w żałobie i może powiedzieć jak to wyglądało?
Ja pracowałam z runami po stracie bliskiej osoby i powiem szczerze - pierwsza runa, którą wyciągnęłam, to była Isa. Zatrzymanie. I coś we mnie bardzo spokojnie to przyjęło, bo było dokładnie tym, gdzie byłam. Nie musiałam nic z tym robić. Wystarczyło zobaczyć.
W takich momentach pomaga też mieć przy sobie jakiś kamień, który stabilizuje - ja bym polecił turmalin czarny albo obsydian, bo one trzymają energię zakorzenienia. Przy Hagalaz szczególnie, bo to runa chaosu i bez kotwicy można odpłynąć.
Dobra, ale czy możemy wrócić do Leokadii i do praktycznej strony tego? Bo mam wrażenie, że dyskusja o kamieniach i historyczności nas odciąga. Leokadia, mam pytanie bardziej konkretne - czy chciałabyś pracować z runami sama, czy wolałabyś żeby ktoś to zrobił dla ciebie na początku?
Wiciokrzew, szczerze - nie wiem. Część mnie chce sama, bo to wydaje się bardziej... intymne? Ale boje się, że sama nie dam rady zinterpretować tego, co wyciągnę, i zostanę z czymś nierozwiązanym. To by było chyba gorsze niż nic.
Leokadia, a czy rozważałaś żeby przy pierwszym razie mieć kogoś - niekoniecznie eksperta - po prostu żeby nie siedzieć z tym sama? Przy snach mam tak samo, że jak mam je przepracować, to potrzebuję chociaż żeby ktoś posłuchał.
Baska, Pola - jest jedna przyjaciółka, ale ona jest bardzo sceptyczna w stosunku do wszystkiego ezoterycznego i boję się, że jej obecność sprawi, że będę czuła się oceniana. Może to głupie, ale tak mam. Może właśnie dlatego szukam tu - bo tu nikt nie pyta po co mi to.
Leokadia, to co napisałaś o przyjaciółce - że boisz się oceny - bardzo mi to trafia. Ja miałam podobnie z tarotem, że wolałam robić to sama niż przy kimś, kto nie rozumie. Ale właśnie dlatego mam pytanie do reszty: czy praca z runami w żałobie jest w ogóle czymś, co powinno się robić samemu, czy to raczej wymaga drugiej osoby?
To nie jest zero-jedynkowe. Znam osoby, które potrzebowały ciszy i samotności przy tym, i takie, które potrzebowały kogoś obok. Ale Leokadia, to co mówisz o ocenianiu - to nie jest głupie. Obecność sceptyczna to jest bardzo specyficzny rodzaj obecności, który potrafi zamknąć coś w tobie zanim to w ogóle wypłynie. Może ta przyjaciółka jest na co dzień bliska, ale nie do tego.
Leokadia, mam jeszcze jedno pytanie, bo ono krąży mi po głowie od dłuższego czasu. Kiedy mówisz, że boisz się że 'zostaniesz z czymś nierozwiązanym' - co rozumiesz przez nierozwiązane? Bo mam wrażenie, że oczekujesz od run jakiegoś zamknięcia, a to może być właśnie to, czego one nie dają.
Wiciokrzew, chyba masz rację i właśnie dlatego się boję. Że wyciągnę runę, poczuję coś mocnego, i nie będę wiedziała co z tym zrobić. Że to będzie jak otworzyć drzwi do pomieszczenia i nie móc ich zamknąć. Nierozwiązane znaczy dla mnie właśnie to - coś, z czym zostanę sama w nocy.
To co opisujesz z tymi drzwiami - to jest dokładnie to, co czuję przy snach. Że czasem lepiej nie wiedzieć. Ale u mnie okazało się, że te 'otwarte drzwi' były otwarte tak czy inaczej, a sen tylko sprawił, że je zobaczyłam. Nie wiem czy z runami jest tak samo, ale pytam.
Właśnie, i tu mam pytanie, bo dla mnie to jest niejasne - co znaczy 'odpowiedzialność za to, co wyciągniesz'? Runy przecież nic same nie robią, to kawałki drewna albo kamień. Gdzie tu odpowiedzialność?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że mówimy o runach jakby były czymś, co można kontrolować - kiedy, z kim, jak. A czy ktoś tu miał sytuację, że runa 'trafiła' w momencie, kiedy zupełnie się tego nie spodziewał? Bo zastanawiam się, czy ten cały wysiłek planowania ma sens.
Thurisaz to też runa ochrony i siły, niekoniecznie agresji. Ale żeby nie schodzić na boczny tor - Novella zadała ciekawe pytanie, które wraca do Leokadii. Może właśnie ten brak kontroli jest czymś, czego się boisz? Nie samo ciągnięcie, tylko że nie możesz decydować o tym, co cię trafi.
