Mam świeżo skończony zestaw z jabłoni, barwiony ochrą z kroplą krwi, wyschnięty. Stoję teraz przed domknięciem i głupio przyznać, ale nie wiem, którą drogą iść. Olej lniany, wosk, dym, czy zostać na samym galdrze bez fizycznego zabezpieczenia. Ciekawi mnie, co Wam się sprawdziło. I jeszcze jedno – czy pieczętowanie ma chronić drewno, czy zamknąć pracę? Bo to chyba dwie różne rzeczy, a wszędzie pisane jak jedno.
Dobrze, że to rozdzielasz, bo większość tego nie robi. Pieczętowanie fizyczne – olej, wosk – chroni drewno i utrwala barwnik. Pieczętowanie energetyczne – galdr – zamyka pracę. Robi się to jednocześnie, ale to dwa różne akty. U mnie idą razem: olej w dłoni, galdr w gardle, jeden ruch na każdą runę.
U mnie olej lniany wcierany dłonią, nigdy pędzlem. Pędzel kładzie warstwę na wierzchu, dłoń wgniata olej w drewno. Przy okazji dotykasz każdej runy z osobna i to jest moment, w którym galdr przychodzi sam. Ciało wykonuje, głos domyka.
Jedna uwaga techniczna do oleju lnianego – musi być gotowany, nie surowy. Surowy schnie tygodniami i zostawia lepką powierzchnię, która łapie kurz. Gotowany utwardza się porządnie. Tyle że gotowany handlowy często ma dodatki schnące, więc czytaj skład, jak ci zależy na czystości.
Ja wolę wosk pszczeli od oleju. Topię na kąpieli wodnej, lekko nakładam, potem wycieram do połysku miękką szmatką. Wosk daje cieplejsze wykończenie, drewno zostaje matowe, nie błyszczące. Olej dla mnie za bardzo zmienia kolor jabłoni, robi się ciemniejsza.
Mieszam jedno z drugim. Stara receptura na politurę – olej lniany plus wosk pszczeli, roztopione razem, czasem z odrobiną olejku z bylicy. Wcierasz ciepłe w drewno, ono wchłania olej, a wosk zostaje na powierzchni. Najlepsze z obu, jak dla mnie. Drewno oddycha, a barwa trzyma.
Zanim wejdziemy za głęboko w przepisy na politurę – pieczętowanie energetyczne nie wymaga w ogóle żadnej substancji. Galdr nad gotowym zestawem zamyka pracę i tyle. Olej i wosk to konserwacja drewna, nie magia. Jak ktoś ma kamienne runy, to się ich nie oleju, a pieczętuje tak samo skutecznie samym głosem.
A jak to wygląda z dymem? Bo o oleju i wosku wiem mniej więcej, ale dym jako pieczętowanie to dla mnie nowość. Myślałam, że dym to oczyszczanie przed, a nie domknięcie po.
Ja jestem minimalistą. Galdr i nic więcej. Drewno smaruję raz, niezależnie od rytuału, bo i tak trzeba je zabezpieczyć. Ale tego nie liczę jako pieczętowanie, tylko jako stolarkę. Pieczęć to dla mnie wyłącznie głos.
Czyli rozumiem, że nie ma jednej drogi. Mogę zrobić sam galdr, albo galdr plus olej, albo wszystko razem. Pytanie, czy coś tu jest błędem, czego mam unikać?
Co to jest ALU? Spotykam to słowo co chwilę, ale nigdy nie rozumiałam dokładnie.
A wracając do wosku – mam mieszane uczucia. Wosk pszczeli z czasem matowieje i trzeba odnawiać co jakiś czas. Olej lniany utwardza się raz i już. Wosk to ładniejsze wykończenie, ale więcej zachodu w dłuższej perspektywie.
A czy jak się kupiło gotowy zestaw, fabryczny, to też trzeba go pieczętować? Czy on jest już jakoś domknięty przez producenta?
Ciekawe. Sam strugałem od zera, więc tego problemu nie mam. Ale dobrze wiedzieć na przyszłość, jakby ktoś z bliskich dostał taki kupny i pytał.
Wrócę do dymu, bo to mnie ciekawi najbardziej. Jakie zioła stosujecie? Bo czytam tu jałowiec i bylicę, ale są tacy, co dają szałwię białą, co już zupełnie nie pasuje do północnej praktyki. Ciekawi mnie, kto czego używa i czemu.
Notuję sobie z tej rozmowy całkiem sporo. Bylica zamiast szałwii, olej gotowany nie surowy, lakier zmyć albo galdr. Coraz bardziej widzę, że robiłam to dotąd trochę po omacku.
Mam pytanie o kolejność przy galdrze. Pieczętujecie każdą runę osobno jej własnym imieniem, czy całość jedną formułą na koniec? Bo widziałem oba podejścia i nie wiem, które ma sens.
Wtrącę coś z innej beczki. Nie wszyscy w ogóle pieczętują od razu. Ja mam zwyczaj zostawiać świeżo skonsekrowany zestaw na kilka dni bez pieczęci, żeby „dojrzał”. Dopiero potem domykam. Pieczętowanie od razu, w tej samej godzinie co konsekracja, wydaje mi się zbyt pospieszne.
Wchodzę z pytaniem, bo robię swój pierwszy poważny zestaw i czytam Was uważnie. Czy pieczęć trzeba kiedyś odnawiać? Czy raz domknięty zestaw jest domknięty na zawsze, czy pieczęć z czasem „słabnie”?
Mam pytanie do tych, co używają oleju – jak długo czekacie po barwieniu krwią, zanim położycie olej? Bo krew z ochrą schnie inaczej niż sama ochra, i ciekaw jestem, czy macie jakąś sztywną zasadę.
Wejdę z czymś, czego nikt jeszcze nie ruszył. Pieczętowanie ma też wymiar tego, kto przy tym jest. Ja pieczętuję zawsze sama, drzwi zamknięte, nikt w domu. Obca obecność przy pieczętowaniu zostaje w zestawie. To moment, kiedy zestaw się „zatrzaskuje” z tym, co wokół.
To brzmi poważniej, niż myślałem. Sądziłem, że pieczętowanie to takie techniczne wykończenie, a tu okazuje się, że to chyba najważniejszy moment z całej roboty.
Czytając Was, chyba zrobię tak: przeczekam jeszcze dobę dla pewności wyschnięcia, potem na świeżą głowę galdr każdej runy osobno, potem olej lniany gotowany wcierany dłonią z intencją, na koniec ALU nad całością i dym jałowca. Sam, w ciszy, telefon wyłączony. Brzmi to spójnie?
Czy dym musi być z konkretnego zioła, czy może być z drewna, które się wcześniej strugało? Bo mam sporo wiórów z jabłoni i pomyślałam, czy nie domknąć dymem z tego samego drzewa, z którego są runy.
A wrócę do kwestii substancji – czy ktoś tu olejuje jeszcze czymś innym niż lnianym? Bo jest tung, jest orzechowy. Lniany jest klasykiem, ale tung schnie twardziej i nie żółknie tak z latami.
Ciekawe, jak wszyscy wracamy do tej samej zasady – nie zawsze to, co technicznie najlepsze, jest najwłaściwsze w pracy z runami. Bliskość, zakorzenienie, naturalność biją sprawność. To się przewija w oleju, w ziołach, we wszystkim.
Wynoszę z tego dla siebie więcej, niż się spodziewałem. Myślałem, że pytam o techniczne wykończenie, a dostałem coś o obecności i zakorzenieniu. Dzięki Wam zacznę swój zestaw inaczej, niż planowałem.
