Ale przecież właściciel jest najlepiej połączony ze swoim zwierzęciem, więc to połączenie powinno pomagać w sesji, nie przeszkadzać? Czy naprawdę silna więź działa na niekorzyść?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i ciągle wraca mi jedno pytanie — czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić przed sesją, czy jestem w wystarczająco stabilnym stanie żeby ją prowadzić? Coś prostego, jakieś pytanie testowe?
Dobra, rozumiem zasadę z pytaniami kalibracyjnymi. Ale co jeśli na to pierwsze pytanie testowe wahadło odpowie poprawnie, a ja mimo to czuję że coś jest nie tak — jakieś napięcie, niepokój? Czy mimo pozytywnej kalibracji powinienem odpuścić sesję?
No ale tu mamy kolejne pytanie w tle — jak rozróżnić własny niepokój 'operatorski' od energii która pochodzi ze sprawy? Bo jeśli szukasz czyjegoś kota i sprawa jest poważna, to naturalne że czujesz napięcie. I to napięcie nie musi oznaczać że nie możesz prowadzić sesji.
No właśnie, to mnie też zaczyna trochę przytłaczać. Rozumiem że emocje przeszkadzają, ale jak ktoś przychodzi do mnie z prośbą o pomoc bo gdzieś przepadł jego pies, to ja nie jestem kamieniem. I co, mam odmawiać za każdym razem kiedy temat mnie rusza?
Myślę że tu chodzi bardziej o świadomość niż o zakaz. Nie 'nie rób bo jesteś rozbita', tylko 'rób, ale wiedz że możesz być rozbita i uwzględnij to w interpretacji'. To jest różnica między pracą na autopilocie a pracą z refleksją.
Ja sie z tym zgadzam. Jak ktoś do ciebie przychodzi z problemem i ty jestes jedyną osobą ktora moze pomóc, to odmawianie nie ma sensu. Raczej rób sesje ale na koniec zaznaczaj ze byłaś w kontakcie emocjonalnym ze sprawą i wynik moze wymagac werfikacji. Uczciwie i bez owijania w bawełne.
Słuchajcie, ale mam pytanie które trochę odbiega od tej konkretnej sprawy — czy ktoś z was miał kiedyś sytuację gdzie sesja dla zaginionego zwierzęcia dała wynik, właściciel poszedł sprawdzić, i zwierzę BYŁO dokładnie tam gdzie wskazałaś? Nie z grubsza, nie w tej okolicy, tylko naprawdę w tym miejscu? Ciekawi mnie jak często tak się zdarza.
Miałam jedną taką sesję, dość dawno. Kot zaginął, zrobiłam pomiar nad szkicem okolicy, wskazałam teren przy torach po wschodniej stronie, z informacją że jest w pobliżu czegoś metalowego albo betonowego. Właścicielka pojechała tam sama i znalazła go pod przepustem. Ale też powiem szczerze — nie wiem ile w tym było precyzji, a ile szczęścia. Tego rozróżnić się nie da.
A to 'nie wiem ile w tym było precyzji a ile szczęścia' nie jest trochę problem dla tej całej metody? Pytam szczerze, bo jak nawet wy sami macie wątpliwości przy własnych trafnych sesjach, to jak ocenić wiarygodność wyników?
To ostatnie zdanie wydaje mi się kluczowe dla całego tematu. Bo chyba nikt tu nie mówi żeby zamiast rozwieszać ogłoszenia i chodzić po okolicy, po prostu usiąść z wahadłem i czekać?
Na pewno nie. Dla sąsiadki robiłam sesję równolegle do normalnych działań, ona cały czas rozwieszała ogłoszenia i pytała sąsiadów. Sesja była dla niej jak dodatkowy kierunek do sprawdzenia, nie zastępnik szukania.
Mam pytanie bo dopiero zaczynam się interesować wahadłem — jak fizycznie wygląda sesja nad mapą dla zaginionego zwierzęcia? Czy to jest ta sama technika co przy szukaniu wody czy żył? Przepraszam jeśli to podstawowe pytanie ale nigdzie nie znalazłam opisanego dokładnie procesu.
Czy to jest prawda że sierść działa lepiej jako świadek niż na przykład zdjęcie? Intuicyjnie myślę że fizyczny kontakt z ciałem zwierzęcia powinien dawać silniejsze połączenie energetyczne, ale może się mylę?
