Mam pytanie do doświadczonych — czy ktoś z was zauważył, że po ciężkim dniu, dużym stresie albo kłótni, wahadło albo pręty zachowują się inaczej? Pytam, bo ostatnio przeszedłem przez spory stres w robocie i postanowiłem przy okazji sprawdzić działkę sąsiada, który poprosił mnie o pomoc z lokalizacją żyły wodnej. Wyniki były dziwne — pręty reagowały gwałtownie, ale nieregularnie, co jakiś czas w ogóle stały nieruchomo. Zwykle mi tak nie wychodzi. Wróciłem tam po kilku dniach i wszystko grało normalnie. Czy to przypadek, czy emocje naprawdę tak mocno wchodzą w pracę radiestezyjną?
To bardzo ciekawy przypadek, bo dokładnie o to toczy się dyskusja wśród praktyków od lat. Moim zdaniem emocje nie tyle zaburzają wyniki, co je amplifikują — czyli jeśli jesteś rozproszony albo naładowany stresem, twoja percepcja jest rozstrojona, a pręty i wahadło odpowiadają na twój stan wewnętrzny, nie na to, co jest w ziemi. To trochę jak próba słuchania cichego dźwięku w hałasie. Możesz coś wyłapać, ale dużo więcej jest szumu. Czy robiłeś jakieś ćwiczenie uziemienia przed tą pracą?
Ja bym tu powiedziała, że obie sytuacje są możliwe i zdarzały mi się. Miałam sesję, gdzie byłam po trudnym tygodniu i wahadło pokazało mi skrzyżowanie, którego za żadnym razem nie mogłam potem potwierdzić — ani sama, ani nikt inny. A innym razem przy podobnym stanie złapałam ciek, który potem potwierdził geolog. Więc dla mnie to nie jest zero-jedynkowe. Pytanie brzmi raczej: czy jesteś w stanie ocenić swój własny stan przed pracą, czy nie.
Ja zawsze przed jakąkolwiek pracą energetyczną robię oddechowe wyzerowanie — kilka głębokich oddechów i proszę o oczyszczenie swojego pola. Czakra splotu słonecznego jest bezpośrednio związana ze stanem emocjonalnym i kiedy jest zaburzona, każda praca, czy to z wahadłem, czy z kartami, daje wyniki skrzywione przez osobisty ładunek. To nie jest opinia, to jest fakt, który widać na Skali Bovisa — mierzyłam swoje własne pole przed i po stresie i różnica potrafi wynosić tysiące jednostek.
A ja mam pytanie do Halnego, bo właśnie on mnie zaintrygował tym szczegółem z żyłą wodną — wspominał o lokalizacji dla sąsiada. Czy przy okazji próbowałeś ustalić głębokość? Bo ostatnio słyszałam, że przy odczycie głębokości stres może zupełnie wypaczyć wynik, nawet jeśli samo namierzenie przebiegło dobrze. Metoda Meyera albo liczenie wahnięć — przy rozstrojeniu emocjonalnym to najsłabszy punkt według mojej nauczycielki.
Ona pracowała z metodą, gdzie ustawiałeś się nad wykrytą żyłą, stawiałeś pytanie mentalne o jednostkę głębokości i liczyłeś, ile wahnięć wykona wahadło zanim zatrzyma się samoczynnie. Każde wahnięcie to był jeden metr albo jeden decymetr, zależnie od wcześniejszej kalibracji. Tylko że ona zawsze podkreślała: jeśli masz w głowie choć jeden natrętny myśl spoza pracy, wyrzuć wynik. Dosłownie tak mówiła — wyrzuć i wróć kiedy indziej.
Dopiszę się, bo pracuję sporo z wahadłem, choć nie przy wodzie — i z mojego doświadczenia wynika, że stres przed pracą to jedno, ale jeszcze gorszy jest stres podczas pracy, na przykład presja oczekiwań. Jeśli ktoś na ciebie patrzy i czeka na wynik, to jest większy wróg dobrego odczytu niż godzina kłótni dwie godziny wcześniej. Miałam to wielokrotnie przy badaniu działek z klientami — im bardziej chcieli konkretnych odpowiedzi, tym bardziej mi wszystko się psuło.
Przepraszam, że wchodzę, bo jestem daleka od radiestezji, ale właśnie ta rozmowa mnie zatrzymała. Rozumiem, że stres wpływa na skupienie — to logiczne. Ale jak rozróżnić, czy wahadło pokazuje coś realnego, czy tylko odpowiada na nasz stan emocjonalny? Bo skoro obydwie sytuacje dają ruch wahadła, to po czym poznacie, które odczyty są wiarygodne, a które nie?
Wchodzę tu z nieco inną perspektywą. W dawnych wierzeniach słowiańskich osoby poszukujące wody albo wybierające miejsce pod siedzibę zawsze musiały być rytualnie oczyszczone przed pracą — i to nie była tylko kwestia koncentracji, ale dosłownie traktowano je jako medium między ziemią a ludźmi. Zanieczyszczenie energetyczne, w tym emocjonalne, wykluczało z tej roli. Ciekawe, że współczesna radiestezja dochodzi do podobnych wniosków zupełnie inną drogą.
Słucham tej rozmowy i próbuję ogarnąć — znaczy, że jeśli ktoś jest zestresowany, to jego wahadło może po prostu okłamywać? Czy to jest tak, że ono w ogóle nie powinno być używane po stresie, czy można jakoś to obejść? Pytam, bo mam koleżankę, która zawsze pracuje z wahadłem po ciężkim dniu w pracy i mówi, że jej to nie przeszkadza.
ja mam pytanei bo nie za bardzo rozumiem — co to znaczy kalibracja wewnętrzna? to się robi jeden raz na początku nauki czy przed każdą pracą? i czy to samo dotyczy prętów L, bo ja akruat z prętami L próbowałam i u mnie reagują bardzo róznie za każdym razem
Wracając do tego, co Halny pisał na poczontku — powiedziałeś, że po kilku dniach wróciłeś i wszystko grało normalnie. To jest moim zdaniem najlepsza weryfikacja, jaką możesz zrobić. Sam tak robię, jak mam wątpliwości. Raz wykryłem coś na posesji przy słabszym dniu i zanotowałem, a potem wróciłem spokojny i sprawdziłem. Wyniki się pokryły w dwóch punktach na trzry, więc uznałem te dwa za wiarygodne. Trzeci odpuściłem.
Przy głębokości żyły najprościej zacząć od ustalenia jednostki — czyli pytasz wahadło na samym początku: jedna wahnięcie to jeden metr, i sprawdzasz, czy dostałeś potwierdzenie. Potem stajesz dokładnie nad żyłą i zadajesz pytanie: na jakiej głębokości przebiega woda? I liczysz wahnięcia do zatrzymania. Ale tu jest haczyk — musisz być absolutnie spokojny i bez oczekiwań, bo jeśli w głowie masz choć cień 'mam nadzieję, że niedaleko', wahadło ci to odda. To wracamy do początku rozmowy, czyli do tego, co Halny przeżył. Stres przed pracą to jedno, ale oczekiwania w trakcie to drugie zagrożenie i często poważniejsze.
Czytam tę dyskusję o głębokości i mam pytanie, bo jestem zupełnie zielony w temacie — to wahadło samo z siebie zatrzymuje wahnięcia, czy trzeba jakoś mentalnie wyznaczać koniec liczenia? Nie rozumiem tego mechanizmu.
I tu wracamy do sedna tego wątku, bo właśnie to mnie trapi. Jeśli stres sprawia, że przegapiasz zmianę rytmu albo ją nakładasz na wahadło bez świadomości, to przy pomiarze głębokości błąd może być ogromny. Liczysz do pięciu, a prawda jest dwadzieścia. Ktoś kiedyś weryfikował swoje odczyty głębokości z rzeczywistym wierceniem?
Znam jedną taką historię z pierwszej ręki, od kobiety, która zamawiała studnię. Wskazała lokalizację i podała głębokość — osiemnaście metrów. Studniarze trafili na wodę na dwudziestu dwóch. To jest błąd w granicach akceptowalnych, bo żyły mogą mieć różną miąższość i sam punkt odczytu nad żyłą robi różnicę. Ale ona robiła to po spokojnym poranku, bez żadnego emocjonalnego bagażu.
Cztery metry różnicy to nie jest mały błąd przy wierceniu, bo to koszt. Ale też zależy, jak gruba jest ta żyła. Mam pytanie do Malwinki — czy ta kobieta po prostu stała w jednym miejscu, czy szła wzdłuż żyły i sprawdzała, gdzie zmiana odczytu jest najwyraźniejsza?
To znaczy, że każdy pomiar głębokości powinien być robiony z kilku punktów nad żyłą i porównywany? Bo jeśli jeden punkt daje osiemnaście, a inny daje dwadzieścia trzy, to co jest prawdą — wartość ze środka, ta mniejsza, ta większa?
Dobra, ale to chyba niemożliwe, żeby przez godzinę czy dwie być w identycznym stanie emocjonalnym? Każdy coś poczuje w międzyczasie. Jak w ogóle to praktycznie wygląda u kogoś, kto robi to zawodowo?
Właśnie dlatego dawni wróżebnicze i osoby szukające wody nie robili tego w biegu. Były dni przeznaczone do takiej pracy i dni, kiedy się od niej wstrzymywano. Rozpoznawano to przez obserwację własnych snów, samopoczucia od rana, zachowania zwierząt wokół. To nie była higiena emocjonalna w dzisiejszym rozumieniu — to był system wskazówek, który mówił, czy jesteś dziś przepuszczalny na ziemskie sygnały, czy zablokowany.
To co Mokosza mówi o przepuszczalności ma sens, bo ja to odczuwam zupełnie fizycznie. Kiedy jestem zmęczona albo po kłótni, moje wahadło robi takie małe, nerwowe koła zamiast czytelnych wahań. Traktuję to jako sygnał, żeby odłożyć pracę. Ale mam pytanie — czy da się aktywnie poprawić ten stan w ciągu jednej sesji, czy jak dzień jest zły, to jest zły?
ale czy można wahadłem mierzyc swój wlasny stan? bo ktos tu wczesnie pisał, że nie powinno sie mierzyc siebie, bo wahadlo bedzie juz przeklmane przez ten sam stan — troche sie pogubiłam kto ma racje
Dobra, to wracam do mojego konkretnego przypadku z tą żyłą u sąsiada. Skoro mam wracać i spróbować głębokości, to rozumiem, że powinienem: po pierwsze wybrać dzień z niskim ładunkiem emocjonalnym, po drugie stanąć w kilku punktach nad żyłą, po trzecie powtórzyć odczyt kilka razy. Ale ile razy to jest sensowna liczba? Trzy, pięć? I czy robić to jednego dnia, czy wracać w kilku terminach?
Ja robię minimum trzy odczyty w jednej sesji i jeśli dwa z trzech się zgadzają, traktuję to jako wynik. Jeśli wszystkie trzy są różne, kończę sesję i wracam innym razem. Jeden dzień mi wystarczy, ale nie robię tego pod presją czasu — jak sąsiad stoi obok i patrzy, to od razu jest większy błąd niż jakikolwiek stres.
Przeczytałam całą tę wymianę o weryfikacji i naprawdę jest tu logika — jeśli wynik jest niestabilny, odkładasz, jeśli się powtarza, ufasz. Ale mam jedno pytanie, które mnie nie opuszcza: skąd wiesz, że to nie jest tak, że twój stan emocjonalny jest po prostu za każdym razem podobny i dlatego wyniki się powtarzają? To znaczy czy powtarzalność wystarczy?
Przeczytałam całą tę wymianę o weryfikacji i naprawdę jest tu logika — jeśli wynik jest niestabilny, odkładasz, jeśli się powtarza, ufasz. Ale mam jedno pytanie, które mnie nie opuszcza: skąd wiesz, że to nie jest tak, że twój stan emocjonalny jest po prostu zsynchronizowany z żyłą? To znaczy — może właśnie dlatego powtarzasz ten sam błędny wynik trzy razy, bo trzy razy jesteś w tym samym złym stanie? Jak to w ogóle rozróżnić?
No i to jest właśnie ten moment, kiedy zaczyna mi się kręcić głowa. Bo Mantra zadała pytanie, które podważa całą logikę powtarzania pomiarów. Jeśli stan zaburza spójnie, to trzy spójne wyniki nic nie mówią. Malwinka, ty pracujesz z tym długo — jak ty sobie z tym radzisz?
