O, to podobnie jak u mnie. Osoba, dla której robiłam bransoletę, też miała gorszy czas mniej więcej wtedy. Nigdy nie wiedziałam, czy to zbieżność. Dziękuję, że to poruszacie, bo naprawdę się nad tym zastanawiałam od dawna.
Trzeba by wiedzieć, co było wcześniej, a co później. Gorszy czas mógł być powodem, dla którego robiłyście rytuał, a nie jego skutkiem. Kolejność zdarzeń ma znaczenie, zanim zaczniemy łączyć.
To zmienia trochę obraz tej całej sytuacji. Amulet robiony ze strachu niesie w sobie strach, nie tylko ochronę. Spalenie ma jeszcze większy sens. I powiedziałbym, że przy spaleniu warto wyraźnie powiedzieć, co się zwalnia. Nie tylko nitkę, ale tę konkretną emocję.
To ważna uwaga Klimci. Dopowiem, że nie chodzi o to, żeby być zupełnie bez emocji. To chyba niemożliwe w takiej sytuacji. Chodzi raczej o intencję w momencie spalenia. Można powiedzieć: "zwalniam swój strach, zostawiam miłość". Rozdzielasz te dwie rzeczy werbalnie, nawet jeśli w środku wciąż jest i jedno, i drugie.
Dziękuję wam wszystkim za tę rozmowę, bo ja robiąc bransoletę dla tej osoby, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co czuję w danej chwili. Po prostu robiłam. Teraz się zastanawiam, czy to błąd i czy nie powinnam była bardziej to kontrolować. Czy ktoś robił amulet "bez specjalnego skupienia" i miał wrażenie, że coś nie zadziałało?
A co z nową nitką? Jeśli Krysia spali tę i będzie chciała zrobić nową dla córki, ale tym razem z inną intencją, to od razu, czy po jakimś czasie? Czy jest coś między spaleniem a nowym początkiem, co powinno minąć?
Skoro Honorata to porusza, to dodam praktyczny szczegół do tego odstępu: warto też przez ten czas nie rozmawiać o tej osobie z intencją magiczną. To znaczy możesz myśleć o niej, możesz się martwić, ale nie rób kolejnych małych gestów, nie stawiaj świecy "przy okazji", nie szepczesz próśb. Niech to po prostu leży. Czy to brzmi sensownie dla was?
