Czyli rozumiem, że jedenastka to nie jest coś, co czytelnik zobaczy, ale co on poczuje? Czy to znaczy, że gdyby te same słowa były rozłożone w dziesięciu rozdziałach albo w dwunastu, to odczucie byłoby inne? Naprawdę inne, nie tylko w głowie numerologa?
Najbliżej mi do tradycji sufickiej i neoplatońskiej. Rumi, Plotyn, trochę Pseudo-Dionizego. I właśnie w tej przestrzeni siedzi moje pytanie o miłość na wyższym poziomie, bo tam miłość jest drabiną, nie uczuciem. Wracam więc do pytania z kontekstu tematu, jeśli piszę o miłości jako drabinie, a nie jako emocji, to może trudność w wyrażeniu tego nie jest blokadą, tylko właściwością samego przedmiotu?
Pseudo-Dionizy to klucz, o którym nikt tu jeszcze nie mówił. Jego teologia apofatyczna zakłada, że o tym, co boskie, można powiedzieć tylko, czym nie jest. Gdybym miał doradzić w kontekście tej tradycji, powiedziałbym, że liczba rozdziałów powinna tworzyć napięcie, a nie rozwiązanie. Jedenastka to robi. Dwunastka zamyka koło, trzynastka niesie transformację, ale jedenastka zostawia szczelinę i to może być właśnie ten język, którego szukasz.
Przepraszam, ale znowu mnie zgubiliście. Warstwa dla wtajemniczonego i niewtajemniczonego, Merkury w momencie pisania, to już jest tak dużo systemów naraz, że nie wiem, co z tego wynika praktycznie. Eliksira, co ty z tym wszystkim robisz? Czy to ci pomaga zdecydować, ile ma być tych rozdziałów, czy tylko komplikuje?
Ja się tu trochę gubię w tych wszystkich systemach, ale chciałam zapytać o coś prostego. Czy jest jakaś liczba rozdziałów, której w ogóle się unika w tekstach duchowych? Coś jak zły omen w budowie, żeby nie robić trzynastego piętra? Bo jak słucham tej rozmowy, to słyszę co jest dobre, ale nie słyszę co odpada.
Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że każda liczba ma jakiś sens i żadna nie jest zła. A może jednak są takie, których lepiej unikać przy pisaniu czegoś duchowego?
To jest dobre pytanie i nie pada tu wystarczająco często. W tradycji hebrajskiej liczba cztery bywa kojarzona ze śmiercią przez fonetyczne podobieństwo w językach semickich, ale to już chińskie naleciałości, nie kabała. W samej Gematrii nie ma liczby zakazanej jako takiej. Są liczby, które niosą trudniejszą wibrację i które mogą nie pasować do konkretnej intencji tekstu. To nie to samo co zły omen.
Wracam do pytania Sury, bo ono mnie zatrzymało bardziej niż myślałam. W tradycji sufickiej nie ma liczb zakazanych, ale są liczby, które prowadzą w dół zamiast w górę. Nie dół jako zło, tylko dół jako zagęszczenie. I teraz się zastanawiam, czy mój problem z wyrażeniem miłości na wyższym poziomie nie bierze się właśnie z tego, że próbuję pisać o czymś bezcielesnym, ale wybieram struktury, które naturalnie ciągną ku konkretu i formie.
Nie jestem ekspertem, ale czytałam kilka tekstów sufickich i w nich to niedopowiedzenie jest wszędzie, nie tylko na końcu rozdziałów. Rumi kończy jakiś obraz w połowie myśli i zaczyna nowy, który niby nie pasuje, a jednak coś łączy te dwa urwane wątki. Czy to jest właśnie ta numerologia w działaniu, czy po prostu styl?
Chcę zapytać o coś, co mnie tu nurtuje od dłuższego czasu w tej rozmowie. Mówimy o liczbach rozdziałów jakby były niezależne od momentu powstania tekstu. Ale w astrologii czas ma znaczenie. Czy nie powinniśmy zapytać, kiedy Eliksira zaczęła pisać i jakie były wtedy tranzyty? Bo jeśli Neptun robił trudny aspekt do jej Merkurego, to problem z wyrażeniem jest wpisany w kontekst tworzenia, a nie w strukturę.
Słucham tej rozmowy i mam inne pytanie, może bardziej z innej bajki, ale jednak. Czy tekst duchowy, który ma konkretną liczbę rozdziałów, zyskuje na tym, że ta liczba jest wyrzeźbiona, zapisana albo jakoś materialnie oznaczona na początku dzieła? Pytam, bo przy runach forma fizyczna ma znaczenie. Runa wyryta działa inaczej niż runa pomyślana.
To pytanie o colophon otwiera coś ważnego, ale chcę doprecyzować jedną rzecz. Czy mówimy o zapieczętowaniu energii dzieła dla autora, czy dla czytelnika? Bo w tradycji hermetycznej to rozróżnienie jest fundamentalne. Tekst zapieczętowany przez autora zamyka cykl twórczy i chroni autora przed dalszym wiązaniem z materią, którą stworzył. Tekst zapieczętowany dla czytelnika to coś zupełnie innego, to jest aktywacja, nie zamknięcie. I liczba rozdziałów pełni w tych dwóch przypadkach zupełnie różne funkcje.
Chcę wrócić do Eliksiry, bo myślę, że ta dyskusja trochę odjechała od tego, co ona napisała wcześniej. Powiedziałaś, że tekst kłamie, choć słowa są prawdziwe. I że widzisz strukturę szukającą domknięcia. Czy próbowałaś pisać bez zakładanej z góry liczby rozdziałów? Pozwolić, żeby tekst sam zdecydował, kiedy się kończy?
Próbowałam. I wtedy się nie kończy. Albo raczej, kończy się w miejscach, które wyglądają jak pauzy, nie jak zakończenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy może to jest właśnie odpowiedź, że ten tekst nie powinien mieć rozdziałów w ogóle. Ale boję się, że to byłoby ucieczką od struktury, a nie jej przezwyciężeniem.
To co mówisz o pauzach jako miejscach zakończenia, to mnie przypomniało coś z lectio divina. Tam też nie ma rozdziałów w sensie, który znamy z książek. Jest po prostu urwanie, cisza, i znowu tekst. Może to nie jest ucieczka od struktury, tylko inna struktura?
Czwórka jako liczba życiowa to nie wyrok. To jest naturalna tendencja, którą możesz świadomie kontrować. Pytanie brzmi, czy tekst o miłości, której nie da się domknąć, jest dla ciebie pisany jako ćwiczenie wyjścia poza czwórkę? Bo jeśli tak, to sam akt pisania może być ważniejszy niż liczba rozdziałów, którą ostatecznie wybierzesz.
Nie wiem czy dobrze rozumiem, ale czy to znaczy, że ktoś z czwórką jako liczbą życiową powinien świadomie unikać czterech rozdziałów w tekście duchowym? Żeby nie wzmacniać tej tendencji do zamykania? Czy raczej odwrotnie, że cztery rozdziały byłyby dla niej naturalne i nie należy z tym walczyć?
Wracając do pytania z tytułu, bo wydaje mi się, że po tej długiej rozmowie jesteśmy bliżej odpowiedzi niż na początku, tylko że odpowiedź jest inna niż się spodziewałem. Nie ma jednej liczby rozdziałów, którą powinno mieć dzieło duchowe. Jest liczba właściwa dla autora, liczba właściwa dla tematu i liczba właściwa dla zamierzonego odbioru. I jeśli te trzy nie współbrzmią, tekst czuje się fałszywy nawet przy prawdziwych słowach. Czy to jest wniosek, który ta rozmowa faktycznie uzasadniła, czy tylko brzmi dobrze?
Wracam do pytania Celestyny, bo ono nie daje mi spokoju. Jeśli chodzi o mój tekst konkretnie, to mam wrażenie, że temat ciągnie do liczby otwartej, może jedenastki albo trzynastki, ale ja jako czwórka ciągnę w stronę domknięcia. I nie wiem, co z tym zrobić. Czy to w ogóle ma sens, żeby autor świadomie łamał własną liczbę dla dobra tekstu?
Chcę wrócić do pytania tytułowego, bo wydaje mi się, że zgubiło nam się trochę w tej dyskusji. Mówiliśmy o liczbach dla dzieł duchowych w ogóle, ale może warto zapytać inaczej. Czy jest różnica między tekstem, który ma kogoś transformować, a tekstem, który ma tylko opisywać? Bo wydaje mi się, że liczba rozdziałów pełni inną funkcję w każdym z tych przypadków.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś bardzo podstawowego, bo nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem. Czy w numerologii jest przyjęte, że autor powinien pisać w swojej liczbie życiowej, czy wręcz przeciwnie, że dzieło duchowe powinno mieć liczbę, która go przekracza? Bo z tego, co czytam tutaj, to różne osoby mówią różne rzeczy.
Wracam do Eliksiry i jej czwórki, bo myślę, że ktoś powinien to powiedzieć wprost. Czwórka i trudność z wyrażaniem uczuć to znana kombinacja, ale w kontekście miłości na innym poziomie, a nie codziennej, ta czwórka może być właśnie atutem, nie przeszkodą. Miłość, która nie potrzebuje słów ani domknięcia, może wymagać właśnie kogoś, kto instynktownie szuka struktury i ją przekracza świadomie. Czy brałaś to pod uwagę?
I to może być odpowiedź na pytanie, ile rozdziałów. Nie chodzi o to, żeby wybrać liczbę, która "pasuje" do tematu. Chodzi o to, żeby wybrać liczbę, która jest w napięciu z autorem. Dla czwórki to może być właśnie jedenastka, bo jedenastka nie zamyka, ona otwiera w górę. Cztery rozdziały plus jeden, który nie ma tytułu.
To jest pytanie, na które nie mam gotowej odpowiedzi i to mówi mi coś o tekście. Chyba nie milczę nigdzie. Cały czas mówię, tłumaczę, prowadzę. I może właśnie to jest problem, który diagnozowała Celestyna. Tekst nie wie, dokąd prowadzi, bo autorka nie przestaje mówić na tyle długo, żeby usłyszeć.
To jest różnica, o której chyba powinnyśmy były rozmawiać od początku. Moje dzienniki piszę dla siebie i wtedy liczba sekcji jest sprawą wewnętrzną. Ale jeśli ktoś pisze tekst, który ma wyjść do ludzi, to czytelnik też ma swoją numerologię. I co wtedy? Czy autor ma myśleć o liczbie, która działa dla niego, czy o takiej, która zadziała na odbiorcę?
Dwanaście. To jest liczba, która pojawia się w strukturach kosmologicznych na tyle różnych kultur, że trudno ją zbagatelizować. Dwanaście miesięcy, dwanaście znaków zodiaku, dwanaście apostołów, dwanaście plemion. Jeśli szukasz liczby, która niesie coś ponadjednostkowego, to ona ma najlepsze argumenty po swojej stronie.
Szczera odpowiedź jest taka, że zaczęłam pisać dla siebie i gdzieś po drodze tekst zaczął mieć ambicję bycia czymś więcej. I może właśnie w tym miejscu, w tym przejściu, coś się rozjechało. Liczba rozdziałów, którą wybrałam na początku, była moja. Potem zaczęłam ją kwestionować, bo poczułam, że tekst chce więcej przestrzeni.
