Moja figura też ma swoja niezwaną, mówi się na nią "Madonna pod lipą" bo stoi pod bardzo starą lipą. Ale czy takie zwyczajowe nazwy sa numerologicznie ważne? Mnie sie wydaje że skoro ludzie tak mówią od pokoleń to ta wibracja jest wbudowana w miejsce.
Dobra, ale wróćmy do meritum bo mi umyka główny wątek. Ile razy do takiego miejsca jechać? Bo teraz rozmawiamy o tym jak liczyć wibrację kapliczek bez nazwy i trochę odpłynęliśmy. Martynka pisała że jeździ kilka razy w roku - to jest ta norma? Czy jest jakaś górna granica po przekroczeniu której liczby mówią "za dużo"?
Ale jak ktoś dopiero zaczyna, to skąd ma wiedzieć że okno to możliwość a nie nakaz? Bo jak się czyta różne źródła to one są często napisane bardzo nakazowo - "ten miesiąc sprzyja", "teraz powinieneś". Gdzie jest granica między sugestią a interpretacją?
Wracając do Teodozji i tego przesytu po pięciu wyjazdach - w astrologii powiedzielibyśmy że może Saturn zaczął kwadrat do twoich planet i dosłownie zamknął możliwość przyjęcia kolejnej energii. Liczby i gwiazdy mogły mówić to samo, tylko ty zobaczyłaś to dopiero przez zmęczenie. Czy pamiętasz mniej więcej kiedy to był rok?
Rok 9 to jest ten który chyba najtrudniej zaakceptować. On mówi: puść. A ludzie zamiast puszczać, jadą jeszcze raz do miejsc które ich trzymają. Ciekawe że to właśnie w dziewiątkach słyszę od innych o tym zjawisku - zbyt wielu wizyt, jakby chcieli uciec przed tym co dziewiątka przynosi.
Dziękuję za tę rozmowę bo właśnie w tym tygodniu zastanawiałem się nad wyjazdem i nie byłem pewien czy czas jest dobry. Mam rok personalny 4 i myślałem że 4 to praca i obowiązek, a nie wyjazdy. Ale może się mylę? Czy ktoś był w miejscu świętym w roku czwórki i co z tego wyniósł?
Nie do końca rozumiem to wszystko z latami personalnymi, mnie sie to myli. Jak sie oblicza taki rok, bo chciałabym sprawdzić swój i może wtedy ta rozmowa nabierze sensu? Przepraszam że takie podstawowe pytanie.
Rok personalny liczy się przez dodanie dnia i miesiąca urodzenia do bieżącego roku. Więc jeśli urodziłaś się 15 marca, to do 1+5+0+3 dodajesz 2+0+2+5, a potem redukujesz do jednej cyfry. Ale jezynka, powiedz mi najpierw - skąd w ogóle trafiłaś na ten wątek? Bo pytanie o podstawy w połowie tak zaawansowanej rozmowy sugeruje że coś cię konkretnie zainteresowało, nie tylko sucha teoria.
Trafiłam bo koleżanka mi przysłała link i powiedziała że tu się rozmawia o wyjazdach do miejsc świętych i liczbach. Mnie to zaciekawiło bo sama byłam ostatnio w jednym takim miejscu i jakby poczułam coś dziwnego, nie wiem jak to nazwać. I teraz czytam i widzę że wy to wszystko jakoś systematyzujecie przez te liczby i mi się chce to zrozumieć. Czy jak nie znam roku personalnego to i tak mogę "czuć" miejsce?
Dobra ale żeby nie odpłynąć całkiem od tematu - mamy jezynkę która była w miejscu świętym raz i coś poczuła, i mamy Teodozję która była pięć razy i pod koniec poczuła przesyt. Czy ktoś może powiedzieć wprost: skąd wiadomo kiedy ta jedna wizyta wystarczyła? Bo to jest chyba serce tego co tu omawiamy od kilkudziesięciu postów.
Zaczęło się na miejscu. Pamiętam że stałam i próbowałam coś poczuć i nie czułam. A wcześniej to przychodziło samo, bez wysiłku. I to mnie zmroziło bardziej niż brak emocji - bo próbowanie samo w sobie było czymś nowym i złym.
Ja miałam coś takiego z tarotem. Przez jakiś czas robiłam sobie karty codziennie i w pewnym momencie wyciągałam kartę i nic do mnie nie mówiła, chociaż ta sama karta wcześniej wywoływała całe obrazy. I przestałam na jakiś czas i wróciło. To podobne do tego co Teodozja opisuje?
Frezja dotknęła czegoś ważnego. U mnie miarą wystarczalności jest to czy wracam do domu z pytaniem czy z odpowiedzią. Jeśli jadę z pytaniem i wracam wciąż z pytaniem, czasem jadę ponownie. Jeśli wracam z czymś - nawet nie odpowiedzią wprost, ale z pewną ciszą zamiast pytania - to czuję że ta wizyta była pełna. I rok personalny mi mówi kiedy jechać, ale to co opisuję decyduje czy jechać znowu.
Martynka, to co opisujesz z tym pytaniem i odpowiedzią jest dla mnie bardzo jasne, dziękuję. Ale mam pytanie, bo sam jestem przed takim wyjazdem - co jeśli jadę bez konkretnego pytania? Czy to w ogóle ma sens w roku czwórki, gdzie podobno powinienem budować na solidnych podstawach, nie błądzić?
Trochę mnie to wszystko przytłacza, bo z jednej strony słyszę że liczby wyznaczają okna, z drugiej że ważna jest gotowość wewnętrzna, z trzeciej że miejsce samo wie. Jak ktoś nowy ma się w tym w ogóle zorientować bez pogubieniu? Czy jest jakiś prosty pierwszy krok?
Mnie zastanawia czy ta rozmowa o jednym czy kilku wyjazdach nie zakłada zbyt jednostronnie że chodzi o częstość. A co jeśli pytanie powinno brzmieć: jaka jest jakość każdej wizyty, nie ile ich jest? Bo można pojechać raz z pełną obecnością albo dziesięć razy z połową siebie i te doświadczenia są nieporównywalne.
Martynka, to z tą czwórką wyjazdów Krysi i różnymi latami personalnymi - czy to znaczy że ta sama osoba jadąc w rok siódemki doświadczy miejsca zupełnie inaczej niż jadąc w rok dwójki? Bo to by zmieniało całą moją logikę. Myślałem że chodzi o miejsce, a ty mówisz że chodzi o to kto przyjeżdża.
Ale tu mam pytanie do Martynki - czy to znaczy że są lata personalne w których w ogóle nie warto jechać do świętego miejsca? Bo jeśli rok piątki jest o zmianie i ruchu, to może energia jest za chaotyczna żeby cokolwiek przyjąć w skupieniu?
Przepraszam że wchodzę z czymś podstawowym, ale - dzień personalny to jest obliczany tak samo jak rok personalny tylko z datą dzienną? Nigdy o tym nie słyszałam i nie wiem od czego zacząć żeby to sprawdzić przed wyjazdem.
Wróćmy może do czegoś co powiedział Boruta o jakości - mam wrażenie że ta dyskusja zaczęła się od pytania ile razy rocznie, a doszliśmy do tego że liczba jest wtórna wobec stanu gotowości. Czy ktoś może powiedzieć wprost: czy jest jakaś liczba którą numerologia wskazuje jako maksymalną zanim przychodzi przesyt, czy tego nie ma?
Teodozja, prosto odpowiem: nie ma jednej liczby dla wszystkich. Ale jest taka zasada którą słyszałam od kilku numerologów - liczba wyjazdów nie powinna przekraczać cyfry twojego roku personalnego. To znaczy w roku siódemki - siedem wyjazdów byłoby teoretically maksimum. W roku dwójki - dwa. Ale to jest sugestia, nie dogmat.
Moment, to w roku jedynki można pojechać tylko raz? To jest bardzo restrykcyjne. A co jeśli ktoś jedzie do różnych świętych miejsc, nie jednego? Czy to liczy się razem czy osobno?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno małe spostrzeżenie. Mówicie o wyjazdach jakby chodziło tylko o wielkie pielgrzymki. A co z miejscami bliskimi domu, do których można dojść pieszo? Czy to się w ogóle liczy w tym systemie?
Myślę że przy miejscach bliskich codzienne odwiedzanie ma inną funkcję - to jest podtrzymanie, a nie wejście w głębię. Tak jak różnica między piciem wody a uczestnictwem w ceremonii. Numerologia mówi o momentach przełomu, nie o codziennej praktyce. Dlatego pytanie z tematu o ile jest dość ma sens głównie przy wyjazdach, które są decyzją, wysiłkiem i intencją.
Nie wiem czy dobrze rozumiem całą tę rozmowę, ale dla mnie to brzmi jakbyście mówili że jedno prawdziwe głębokie doświadczenie jest warte więcej niż pięć powierzchownych. I właśnie to chciałabym zrozumieć - jak poznać przed wyjazdem że będzie głębokie, a nie powierzchowne? Bo tego nikt tu jeszcze nie powiedział wprost.
Jezynka, tego nie wiem czy da się poznać przed. Ale mogę powiedzieć co u mnie jest sygnałem że jestem gotowa naprawdę: zanim wyjadę, przez kilka dni myślę o miejscu bez wysiłku, samo wchodzi mi do głowy. Nie planuję, nie organizuję w głowie - tylko pojawia się. Kiedy muszę się przekonywać sama siebie, to jest znak że może to nie jest dobry moment.
Ale zaraz, bo to jest ważne rozróżnienie. Intuicja i wibracja dnia personalnego to dwie różne rzeczy, prawda? Intuicja jest subiektywna, może być zaburzona nastrojem, zmęczeniem, własnym wishful thinking. Dzień personalny to jest obliczenie, coś co istnieje niezależnie od tego jak się czujesz. Martynka, czy ty te dwa sygnały kiedyś miałaś niezgodne ze sobą?
