To akurat jest zgodne z tym co znam z kabały numerologicznej - trudność przejścia nie przekreśla wartości przejścia. Czasem właśnie tarcie jest tym co otwiera. Ale pytanie czy ty przed wyjazdem wiedziałaś że liczby mówią zaczekaj, i pojechałaś świadomie mimo tego? To zupełnie inne niż pojechać nie sprawdziwszy.
Okay, ale wróćmy do czegoś konkretnego bo trochę się rozmywa. Czy jest jakiś prosty sposób żeby przed wyjazdem sprawdzić czy to dobry dzień i dobry rok jednocześnie? Coś co można obliczyć i powiedzieć - zielone światło, jedź. Bo te wszystkie warstwy zaczynają mi się kręcić w głowie.
Prokop, ale to chyba nie jest wada systemu tylko jego natura, nie? Jeśli szukasz jednej liczby która powie jedź albo nie jedź, to może to nie jest numerologia tylko horoskop pogody. Mnie bardziej ciekawi co Kabalistka wspomniała wcześniej o dniu miejsca - skąd właściwie wiadomo kiedy miejsce "powstało" jeśli jest np. naturalne, niebudowane przez człowieka?
To podejście z datą własnego pierwszego kontaktu jest mi bliskie, bo w astrologii podobnie - ważna jest chwila gdy coś wchodzi do twojego pola, nie abstrakcyjna data historyczna. Ale czy to nie tworzy sytuacji gdzie każdy ma "swój" numerologiczny obraz miejsca i nie można porównywać doświadczeń? Bo wtedy rozmowa o tym ile razy jechać traci sens - każdy miałby inną odpowiedź.
Sylwunia, mam podobne pytanie bo też nie zawsze znam historię miejsca. Ja kiedyś próbowałam liczyć z nazwy miejscowości jak w numerologii imion - sumowanie wartości liter. Nie wiem czy to ortodoksyjny sposób, ale dało mi coś z czym mogłam pracować. Czy ktoś to zna i czy ma sens?
Przeprszam że pytam głupiego, ale wracając do początku tematu - te obliczenia roku personalnego i dni to sa wzory które mozna gdzies znaleźć, czy każdy numerolog liczy trochę inaczej? Bo jak czytam tę rozmowę to mam wrażenie że jest kilka różnych systemów i nie wiem który jest właściwy żeby chociaż sprawdzić swój rok.
To co Boruta powiedział jest chyba kluczem do tej całej rozmowy. Szukałam liczby, a okazuje się że liczba jest ostatnim krokiem. Ale mam pytanie do wszystkich - czy wy w praktyce rzeczywiście za każdym razem przechodzicie przez wszystkie te warstwy? Rok, miesiąc, dzień, wibracja miejsca, własna relacja z miejscem? Czy gdzieś po drodze skracacie?
Ja mogę się podzielić czymś z własnego doświadczenia - wracałam do miejsca które odwiedzałam wiele razy i zawsze było dobrze. Jeden raz pojechałam bez żadnego sprawdzania, impulsywnie, i fizycznie czułam się tam jakbym nie była mile widziana. Ciężko, przygniatająco. Nie wiem czy to był zły dzień personalny czy co, ale to mnie nauczyło że historia z miejscem nie jest gwarancją.
Czekajcie, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem - siódemka roku personalnego to znaczy że cały rok lepiej nie jeździć, czy tylko że trzeba uważniej wybierać dni?
To co Frezja opisuje z tarotem jest ciekawe, bo sugeruje że sam opór energii roku jest wskaźnikiem. Czyli jeśli organizacja wyjazdu w siódemkowym roku sprawia ci trudność - coś się nie układa, terminy nie grają - to może jest to właśnie ten sygnał że rok mówi nie albo nie teraz?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i jedno pytanie mnie nurtuje - czy ktoś z was miał sytuację gdzie liczby mówiły idealnie jedź, wszystko się zgadzało, a wyjazd i tak był pusty? Znaczy fizycznie wszystko gładko ale wewnętrznie nic się nie wydarzyło?
Czwórka w pielgrzymowaniu to ciekawe zestawienie. Z jednej strony budowanie, z drugiej - czwórka ma też w sobie coś z zamknięcia, czterech ścian. Czy to nie znaczy że energetycznie lepiej wybrać miejsce i zostać dłużej zamiast jeździć tam i z powrotem kilka razy?
Wracam do pytania Martynki z tytułu bo mi się wydaje że trochę zeszliśmy na tor techniczny. Ona pytała czy trzeba przeżywać wszystko na całego - i to jest chyba osobowościowe pytanie, nie tylko numerologiczne. Czy jest ktoś kto jeździ często i płytko i jest z tego zadowolony? Bo tu wszyscy zdają się zakładać że głębiej to lepiej.
Słucham i zastanawiam się czy do tej analizy nie wchodziłoby też coś z astrologii tranzytowej. Bo data wizyty to też moment tranzytów planetarnych i jeśli ktoś miał akurat Jowisza w koniunkcji z Ascendentem, to poczucie przełomu może być stamtąd, niezależnie od numerologii. Czy ktoś łączy oba systemy przy planowaniu wyjazdów?
Mam pytanie troche z boku ale zwiazane - czy jak miejsce jest czyjeś swięte bo ma tam rodzine pochowaną, a nie bo jest np klasztor, to liczby działąją tak samo? Czy to inaczej się liczy bo to jest osobiste miejsce?
To co Krysia opisuje jest dla mnie ważne w kontekście całej tej dyskusji - bo ona jedzie kiedy czuje, nie kiedy liczy. I to działa. Czy numerologia jest tu tylko potwierdzeniem intuicji którą i tak mamy, czy naprawdę daje coś czego bez niej nie widać? Bo zaczynam myśleć że odpowiedź na pytanie ile razy jest dość może być prostsza niż myślimy.
To pytanie które zadałam na końcu chodzi mi po głowie - czy numerologia tu prowadzi czy tylko potwierdza. Bo jeśli Krysia jedzie kiedy czuje i to działa, a Martynka zrobiła to pięć razy i piąta była przełomem - to może liczby są tylko językiem do nazwania czegoś co i tak się dzieje? Albo odwrotnie - może bez znajomości roku personalnego jechałybyście w złym momencie i byłoby inaczej? Która z was świadomie wybrała termin na podstawie liczb?
Ja przy tej piątej wizycie nie wybierałam terminu świadomie. Jechałam bo miałam wolny weekend. Więc z jednej strony piątka jako liczba wyjazdów coś otworzyła, ale numerologicznie był to przypadek, nie plan. Dopiero po fakcie zaczęłam myśleć czy to miało sens liczbowy. To ciekawe bo sugeruje że miejsce może działać niezależnie od tego czy liczysz czy nie - ale może z liczeniem trafiasz celniej.
Ale to jest właśnie pytanie - czy trafiasz celniej, czy tylko czujesz się pewniej bo masz potwierdzenie w liczbach? Bo pewność siebie też zmienia jakość doświadczenia. Kiedy jedziesz przekonana że rok personalny sprzyja, może otwierasz się bardziej. Nie mówię że liczby nie działają, pytam czy efekt nie jest po części przez nastawienie.
