Siedzę od jakiegoś czasu z pytaniem, które nie daje mi spokoju i chyba tu najlepiej je zadać. Chodzi o obrazy, zdjęcia, grafiki wiszące w domu - czy ktoś zastanawiał się nad tym od strony numerologicznej? Mam na myśli dosłownie liczbę tych obrazów w poszczególnych pomieszczeniach. Intuicja mi podpowiada, że to nie jest obojętne, ale nie wiem, czy patrzeć na to przez pryzmat liczby całkowitej w mieszkaniu, czy liczyć pokój po pokoju. I drugie pytanie, które się z tym wiąże - czy rodzaj obrazu zmienia wartość liczbową, czy liczy się tylko sama sztuka jako obiekt?
To całkiem ciekawe zagadnienie, ale zanim odpowiem, chciałabym wiedzieć więcej o kontekście. Czy pytasz o energię miejsca w ogóle, czy masz konkretny problem w domu, który chcesz rozwiązać przez zmianę liczby obrazów? Bo to trochę zmienia podejście do tematu.
Lusterka to zupełnie inna kategoria energetycznie. Obraz jest statyczny, lusterko mnoży przestrzeń i jeśli wchodzi do rachunku numerologicznego, to z innym współczynnikiem. Przynajmniej tak to widzę. Ale wracając do pierwotnego pytania - liczba obrazów to nie tylko ilość, to też ich rozmieszczenie. Trójka obrazów w jednej linii to co innego niż trójka rozrzucona po całym salonie.
Przepraszam, że się wtrącam, ale nie bardzo rozumiem. W jaki sposób obliczasz tę liczbę numerologicznie? Czy po prostu liczysz ile ich wisi i redukujesz do cyfry podstawowej, czy jest jakaś inna metoda?
Muszę powiedzieć wprost - trochę mnie niepokoi, kiedy ktoś zaczyna liczyć obrazy w domu i szukać w tym głębszego sensu bez żadnej podstawy metodologicznej. Numerologia ma swoje systemy i one dotyczą dat, imion, konkretnych wzorów liczbowych. Ile obrazów wisi na ścianie to nie jest zmienna numerologiczna w żadnym klasycznym ujęciu, jakie znam. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?
No widzisz, i tu właśnie jest problem z takim myśleniem. Skąd wiadomo, co jest przyczyną, a co skutkiem? Albo czy w ogóle jest tu jakaś zależność? Nie mówię, że liczby są bez znaczenia, ale wiązanie liczby obrazów z tym, że coś się kończy w życiu, to naprawdę gruba teza.
Hania, ale przecież cała numerologia opiera się na obserwowaniu takich zależności przez długi czas. Nikt nie mówi, że jeden obraz zmienił coś z dnia na dzień. Chodzi o energię środowiska, w którym żyjemy na co dzień. To ma sens jako całość.
Wchodzę w temat od strony czakr, bo to się łączy. Jeśli mamy obrazy z określonymi kolorami dominującymi, to one oddziałują na konkretne czakry. I teraz pytanie - czy przy liczeniu obrazów do celów numerologicznych brać pod uwagę tylko liczbę, czy też sumę wartości kolorów? Bo to by zupełnie zmieniało równanie.
Kolory mają swoje wibracje według skali czakr - czerwony to 1, pomarańczowy 2, żółty 3, zielony 4, niebieski 5, indygo 6, fioletowy 7. Można je po prostu dodawać. Więc obraz z dominującym czerwonym liczy się jako 1 przy sumowaniu. To dosyć powszechna metoda.
Wydaje mi się, że trochę zbaczamy. Wróćmy do pytania Eterii - ile obrazów to za dużo? Bo z całej tej rozmowy nie wyłania się żadna konkretna wskazówka, a pytanie jest bardzo praktyczne.
To jest właściwie klucz do całej tej rozmowy. Pytanie "ile to za dużo" bez kontekstu to jak pytanie "jaki numer buta jest za duży". Powiedz mi - znasz swój numer domu i swoją liczbę życiową? Bo to jest punkt wyjścia, zanim zaczniemy mówić o obrazach w ogóle.
Ja bym wrócił do kwestii, którą Dziedzilia podniosła kilka postów wcześniej - skąd ten współczynnik dla luster. Myślę, że to ważniejsze niż się wydaje dla całego tematu. Bo jeżeli lustro traktujemy inaczej niż obraz, to musimy wiedzieć DLACZEGO. Inaczej całe nasze liczenie jest na piasku.
Ale Hania, czy cała numerologia nie opiera się na obserwacjach, które ktoś kiedyś zebrał i uznał za system? Pitagoras też zaczynał od intuicji. Mnie bardziej interesuje pytanie, które zadałem wcześniej i które trochę przepadło - czy ktoś próbował łączyć wartość koloru obrazu z jego wartością numerologiczną? Bo to by dało zupełnie inną odpowiedź na pytanie, ile obrazów to za dużo.
Nie do końca oczywiste, bo ja mam w salonie obraz, który jest po równo niebieski i zielony. I co wtedy? 4,5? Serio pytam, bo jeśli ta metoda ma działać, to musi być jakiś sposób na takie przypadki graniczne.
Ciekawy kierunek z tym kolorem, ale trochę się martwię, że to nas jeszcze bardziej oddali od praktycznej odpowiedzi. Mam konkretny problem: salon czuje się jakoś ciężko. Mam w nim 8 obrazów. Ósemka to liczba obfitości, więc teoretycznie powinno być dobrze. Ale nie jest. Czy ktoś ma jakiś pomysł, co mogło pójść nie tak?
Osiem to też liczba Saturna w niektórych szkołach, a Saturn to ciężkość, odpowiedzialność, czasem blokady. Czy te obrazy wiszą od dawna, czy to nowe nabycie? I czy są to obrazy o ciepłej czy chłodnej tonacji?
Przepraszam, że znowu przerywam z podstawowym pytaniem, ale powoli tracę wątek. Powiedzmy, że mam 8 obrazów jak Eteria. Czy to znaczy, że po prostu 8=8 w numerologii, czy trzeba jeszcze coś z tym zrobić? Bo wcześniej ktoś mówił o redukcji do cyfry podstawowej, a 8 nie wymaga redukcji, więc czy to jest "czystsza" liczba?
To bardzo istotne spostrzeżenie i myślę, że dotykasz tutaj czegoś kluczowego. Obrazy odziedziczone niosą ze sobą numerologię nie tylko formy, ale też osoby, po której pochodzą. Czy wiesz, jaka była liczba życiowa twojej babci? To mogłoby dużo powiedzieć o tym, co te dwa obiekty wnoszą do przestrzeni.
Pora dnia to może być istotne. Wieczór jest pod wpływem Księżyca energetycznie, a jeśli te obrazy mają w sobie cokolwiek związanego z wodną wibrację - a babcine obiekty często tak mają, bo starsze pokolenia miały inne relacje z domem - to właśnie po zmroku może się to uaktywniać. Mam pytanie do Eterii: jakie motywy są na tych obrazach po babci?
Mam wrażenie, że to rozmieszczenie to kluczowa sprawa, o której za mało mówimy. W czakrach przestrzeń ma swoją oś i kierunki mają znaczenie. Czy podobna zasada działa w numerologii przestrzeni? Bo jeśli tak, to sama liczba 8 bez informacji o rozkładzie mówi nam bardzo mało.
Czyli mamy już drugą osobę w tym wątku, która mówi "zebrałam z różnych źródeł i działa u mnie". To jest pewien wzorzec. Eteria, pytam poważnie - czy chcesz czegoś sprawdzonego w konkretnej tradycji, czy zbieramy tu pomysły do samodzielnej weryfikacji? Bo to zmienia sposób, w jaki powinnyśmy na to patrzeć.
Dobra, to może ja spróbuję zebrać to co wiemy na pewno. Ósemka w numerologii pitagorejskiej to Saturn - struktura, porządek, ale też ciężar i ograniczenie. To nie jest liczba swobodnego przepływu. Jeśli salon ma energię ósemki i ty go odczuwasz jako ciężki, to jest między tym spójność. Ale to nie znaczy, że musisz usunąć jeden obraz - może wystarczy zmienić układ?
I ja mam to samo pytanie co Filomena, bo skoro dziewiątka wcześniej była moim tematem, to chcę wiedzieć czy dodanie jednego obrazu do ośmiu to byłoby sensowne dla Eterii. Czy to tak prosto działa?
Szczerze - wylądowały. Trzy po babci, dwa kupiłam sama lata temu bez specjalnego namysłu, jeden dostałam w prezencie. Nie planowałam tego jako zestawu. Więc może problem nie jest w liczbie, tylko w tym, że ta ósemka jest przypadkowa, nie intencjonalna?
To jest ważne rozróżnienie, które Eteria właśnie postawiła. Przypadkowa ósemka to nie to samo co świadomie zbudowana ósemka. Saturn lubi strukturę i porządek - ale tylko wtedy, gdy ktoś go zaprosił. Przypadkowe nagromadzenie saturnińskiej wibracji bez intencji to jak zbudowanie muru bez fundamentów. Stoi, ale nie wiadomo po co i czy we właściwym miejscu.
Ale to prowadzi do czegoś ważnego dla samej Eterii. Jeśli liczba działa obiektywnie - salon jest ciężki z powodu ósemki i koniec. Jeśli potrzebuje intencji - to ciężkość może wynikać z czegoś zupełnie innego, a liczba obrazów jest neutralna. Eteria, czy próbowałaś kiedyś usunąć tylko jeden z tych obrazów, żeby poczuć różnicę?
Eteria, a który to był obraz? Ten po babci czy jeden z twoich własnych? Bo jeśli to był odziedziczony, to może jednak ta psychometria, o której pisała Jemiolka, ma tu więcej do powiedzenia niż sama liczba.
