Nie wystarczyło od razu. Widziałem, co jest nie tak, ale nie wiedziałem, jak to zmienić bez rozbijania całej struktury. I tu właśnie wchodziło pytanie, które postawiłem na początku wątku. Jak odświeżyć bez porzucania dyscypliny. Bo moim pierwszym odruchem było zrezygnować z regularności i "zacząć od nowa". Ale to byłoby jak wyrzucenie całego muru, bo brakuje kilku kamieni.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale co to znaczy w praktyce "odświeżyć bez porzucania dyscypliny"? Bo dla mnie te dwie rzeczy brzmią jak sprzeczność. Albo coś zmieniasz, albo trzymasz się schematu. Skąd wiadomo, ile można zmienić, żeby to nie było po prostu "inne"?
Słucham tej rozmowy i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek miałem prawdziwy kontakt, skoro nigdy nie notowałem ani nie weryfikowałem. Może przez cały czas myślałem, że medytuję, a po prostu regularnie siedziałem w ciszy.
To jest ważne rozróżnienie i myślę, że wiele osób je pomija. Czas, który mija szybko podczas sesji, nie jest wskaźnikiem głębokości. Może znaczyć bardzo różne rzeczy. Z mojej praktyki wynika, że głęboka sesja często ma momenty, które są bardzo wyraźne, niemal ostrzone, a nie "nieobecne". Ale to nie jest reguła, tylko moje doświadczenie.
Mam wrażenie, że ta rozmowa trochę odpłynęła w stronę bardzo zaawansowanych doświadczeń. Ja nadal mam dwadzieścia minut rano i pytam wprost, co konkretnie zmienić, żeby ta rutyna nie była tylko siedzeniem w ciszy? Bo z tego, co czytam, nie wynika żaden konkretny krok.
Ale tu wchodzi kwestia, która mnie niepokoi. Jeśli wchodzisz z pytaniem, to nie jest już obserwacja tego, co jest. To jest szukanie czegoś konkretnego. Czy to nie zmienia charakteru całej sesji? Zamiast otwartości masz z góry ustawioną soczewkę.
Przepraszam, że znowu wchodzę z podstawowym pytaniem, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o "kontakcie" i "jakości sesji". Co to jest ten kontakt? Bo słyszę to słowo od początku wątku i każdy używa go inaczej.
Dobra, ale jak się nauczyć rozróżniać, jak się nie ma punktu odniesienia? To brzmi jak powiedzenie komuś, że ma poczuć smak, kiedy nigdy nic nie jadł. Od czego w ogóle zacząć?
Dobra, ale jak się nauczyć rozróżniać, jak się nie ma punktu odniesienia? To brzmi jak powiedzenie komuś, że ma poczuć smak, kiedy nigdy nic nie jadł. Od czego w ogóle zacząć?
To jest dokładnie to, co czułem przez ostatnie miesiące. Wiedziałem, że "tamto" istnieje, bo miałem takie chwile wcześniej. I przez to każda sesja, która tego nie miała, była dla mnie porażką. W pewnym sensie mój punkt odniesienia stał się pułapką.
Chcę zapytać o coś, co pojawia się u mnie od jakiegoś czasu. Mówicie o oczekiwaniu i braku oczekiwania. Ale co z intencją na poziomie ciała? Bo zauważam, że zanim w ogóle usiądę, moje ciało już wie, czy ta sesja będzie dobra. Jakieś napięcie w okolicach klatki albo jego brak. Czy ktoś to zna?
Ten opis "bycia własnym widzem" to jest to, co mam prawie na każdej sesji. I zawsze myślałam, że tak ma być. Że obserwowanie siebie to właśnie medytacja. Czy to znaczy, że przez cały czas robiłam to jakoś obok?
i tu wrócę do tego, co mówiłem wcześniej o ciele, bo to pasuje. Kiedy zmieniam technikę, moje ciało to wie i traktuje to jak nowość, ale krótko. Gdy zmienia się ten wewnętrzny stosunek, o którym mówisz, ciało reaguje inaczej, jakby głębiej. Nie wiem, czy to tylko skojarzenie, ale to napięcie przed sesją, które śledziłem, jest inne, kiedy siadam z tym "czystym" podejściem. Mniej napięcia w klatce, coś się rozluźnia wcześniej.
