Chciałam poruszyć temat, który mnie ostatnio bardzo zajmuje, bo łączy praktykę duchową z czymś bardzo konkretnym i mierzalnym. Kortyzol i adrenalina to hormony, które w ezoteryce rzadko się omawia wprost, a moim zdaniem to błąd. Kiedy pracujemy z czakrą splotu słonecznego albo robimy medytację oddechową, dosłownie wpływamy na oś podwzgórze-przysadka-nadnercza. Pytanie, które mnie nurtuje: czy wy traktujecie tę biochemię jako potwierdzenie tego, że medytacja działa, czy raczej jako coś osobnego od duchowego wymiaru praktyki? Bo ja uważam, że to nie są dwie różne rzeczy. Obniżenie kortyzolu to nie efekt uboczny medytacji, to jest ta sama energia, tylko opisana innym językiem. Chciałabym usłyszeć wasze doświadczenia, szczególnie jeśli ktoś prowadzi regularną praktykę i zauważył coś konkretnego w swoim ciele lub samopoczuciu.
To jest dobre pytanie, ale zaczęłaś od założenia, które nie jest oczywiste. Piszesz, że obniżenie kortyzolu i energia to to samo, tylko inny język opisu. Skąd to wiesz? W tradycji hermetycznej mamy koncepcję, że ciało subtelne wpływa na ciało fizyczne, ale to nie jest relacja tożsamości, tylko przyczynowości. Jamblich na przykład pisał o tym, że rytuał oczyszcza najpierw pneumę, a dopiero przez nią ciało. Jeśli to prawda, to kortyzol byłby skutkiem, a nie samym zjawiskiem. Wydaje mi się, że mieszasz poziomy opisu i warto to rozgraniczyć, zanim pójdziemy dalej.
Ja mogę coś od siebie dodać. Praktykowałam przez jakiś czas medytację przy świecach z kamieniami i naprawdę czułam, że coś fizycznie odpuszcza w okolicy klatki piersiowej i brzucha. Nie mierzyłam kortyzolu, ale spałam lepiej, byłam spokojniejsza w sytuacjach, które wcześniej mnie całkowicie rozkładały. Nie wiem, czy to kortyzol, czy coś innego, ale efekt był realny. Anahata, co rozumiesz przez pracę z czakrą splotu słonecznego konkretnie? Bo ja robiłam to trochę po omacku.
Słuchajcie, jestem sceptyczny co do tej całej energii i czakr, ale temat hormonów mnie ciekawi, bo to już jest coś konkretnego. Tylko mam pytanie do Anahaty: mówisz, że medytacja obniża kortyzol, ale skąd wiadomo, że to właśnie medytacja, a nie po prostu spokojne siedzenie w ciszy? Bo jeśli wystarczy usiąść i nie robić nic przez 20 minut, to może ten efekt nie ma nic wspólnego z żadną energią ani czakrami?
Mnie zastanawia coś innego. Kortyzol jest hormonem stresu, ok, ale jest też hormonem rytmu dobowego. Kiedy analizuję przypadki osób, które mają zaburzony rytm medytacji, na przykład praktykują nieregularnie, widzę pewien wzorzec, że chaos w praktyce przekłada się na chaos energetyczny, a ten z kolei na chaos w ciele. Czy ktoś z was zauważył, że regularność praktyki robi większą różnicę niż jej intensywność? Bo moje obserwacje mówią właśnie to.
Przepraszam, że wchodzę, ale chcę dodać coś ważnego. Kortyzol jest związany z numerem 8 w numerologii, który rządzi nadnerczami i układem hormonalnym. Jeśli ktoś ma w swojej ścieżce życia mocne 8, będzie bardziej podatny na chroniczny stres i powinien szczególnie dbać o regularną medytację. To nie jest przypadek, że tyle osób z ósemką ma problemy z nadnerczami.
Przepraszam, że pytam, bo jestem trochę zagubiona w tej dyskusji. Czy wy macie na myśli, że sama medytacja wystarczy, żeby obniżyć kortyzol, czy trzeba to łączyć z jakimiś dodatkowymi praktykami? Pytam, bo mam bardzo wysoki stres i szukam czegoś co realnie pomoże, nie tylko da chwilową ulgę.
A ja słyszałam, że jak się afirmuje każdego ranka na motywację to kortyzol spada i człowiek przestaje odkładać rzeczy na później. Coś w tym jest? Bo sama próbowałam mówić sobie co rano że jestem spokojna i silna, ale jakoś nie czułam żeby coś się zmieniało. Może źle robiłam?
No właśnie, wychodzi tu temat afirmacji i mam wrażenie, że to jest trochę inne zagadnienie niż medytacja. Afirmacja to bardziej praca z umysłem werbalnym, a medytacja to praca z czymś głębszym, co leży pod słowami. Przy odkładaniu rzeczy na później, czyli prokrastynacji, kortyzol moim zdaniem nie jest pierwszym winowajcą, raczej dopamina i system nagrody. Czy ktoś to widzi podobnie?
Wracając do samego tytułu wątku, bo rozmowa trochę się rozeszła, chcę zwrócić uwagę na pewną nieścisłość. Kortyzol nie jest hormonem jednorodnym w swoim działaniu. Jego poranny szczyt jest fizjologicznie korzystny i warunkuje m.in. przebudzenie i gotowość do działania. Problem pojawia się przy chronicznym podwyższeniu przez cały dzień. Medytacja, szczególnie praktyki oddechowe jak pranajama, reguluje właśnie tę krzywą dobową. Widziałem kilka badań z Instytutu HeartMath, które to potwierdzają, choć metody tam bywają krytykowane przez akademię. Pytanie, które mnie tu interesuje: czy ktoś z was świadomie ćwiczy o konkretnych porach, żeby trafić w naturalny rytm kortyzolu?
Ojej, nie wiedziałam że kortyzol ma jakiś swój rytm. Myślałam że po prostu jak stres to więcej, jak spokój to mniej. To może dlatego moje medytacje wieczorami nie dawały tyle, ile oczekiwałam? Choć z drugiej strony wieczorem mi najłatwiej usiąść i pomedytować, bo dzieci już śpią. Co powinnam robić inaczej?
To jest bardzo celne spostrzeżenie i właśnie tu leży klucz. Kiedy układ nerwowy jest wyciszony, bariera między umysłem świadomym a głębszymi warstwami psychiki staje się cieńsza. Afirmacja wypowiadana po 15-20 minutach spokojnej medytacji trafia inaczej niż ta sama fraza rzucona w biegu. Z punktu widzenia pracy z czakrami, wyciszenie przez medytację otwiera czakrę gardła i splotu słonecznego na przyjęcie nowej informacji. Ale i tak kluczowe pytanie brzmi: co jest pod spodem?
A co znaczy co jest pod spodem? Przepraszam że pytam, bo trochę zgubiłam się w tym co pisze Anahata. Chodzi o to co czuję w środku czy o jakieś przekonania?
Właśnie i to jest sedno problemu z afirmacjami na motywację. Prokrastynacja, bo chyba o tym mówiła Terenia79, często nie wynika z braku motywacji, tylko ze strachu przed oceną albo przed porażką. Afirmacja, która mówi jestem zmotywowana, w ogóle nie dotyka tego lęku. Więc hormonalnie też nic specjalnego nie ruszasz. Kortyzol przy prokrastynacji jest podwyższony właśnie dlatego, że zadanie czeka, nie dlatego że brakuje ci motywacji.
Ja miałam, ale nie wiedziałam dlaczego. Mówiłam sobie rano spokojne frazy i potem byłam bardziej zdenerwowana niż przed. Myślałam że źle to robię albo że to nie dla mnie. Strzybog, czyli rozumiem że to może być właśnie ten mechanizm o którym piszesz?
To znaczy że najpierw trzeba uspokoić ciało, a potem mówić afirmacje? To ma dla mnie sens. Ale jak długo powinna trwać ta faza sama medytacji, zanim doda się afirmacje? Pytam bo mam wrażenie, że cały czas skaczę między różnymi rzeczami i nic nie daję sobie długości, żeby zadziałało.
Tak, rzadko ale czuję. Wtedy jest jakby ciszej w głowie i oddycham inaczej. Ale nie wiem jak to wywołać, bo nie dzieje się to na zawołanie.
Jestem ciekawa jednej rzeczy. Skoro mówimy o afirmacjach i kortyzolu, to czy ktoś bierze pod uwagę wibrację słów samych w sobie? Nie chodzi mi o znaczenie, ale o dźwięk. Pewne głoski i częstotliwości mają inne działanie na ciało. Czytałam że samogłoski otwierające, a, e, o, mają działanie rozluźniające na nadnercza, podczas gdy głoski zwarte mogą je aktywować. Może dlatego mantry działają inaczej niż zwykłe afirmacje?
Okej, ale tu jest ważna granica między osobistym doświadczeniem a twierdzeniem o fizjologii nadnerczy. Twoje doświadczenie ze śpiewaniem samogłosek jest jak najbardziej ciekawe i pewnie realne. Ale to nie znaczy, że nadnercza reagują inaczej na konkretne głoski. Kortyzol to nie jest coś, co steruje się fonetyką. Możliwe że spokojny śpiew jako taki obniża kortyzol, bo zwalnia oddech, ale to byłoby niezależne od tego, jakie konkretnie samogłoski śpiewasz.
Słuchajcie, trochę mnie ta dyskusja wciągnęła, bo zacząłem od sceptycyzmu, a teraz zaczynam myśleć że jednak coś w tym jest, tylko nie to co się twierdzi wprost. Rozumiem, że medytacja może fizycznie wpływać na kortyzol przez oddech i wyciszenie układu nerwowego. Ale afirmacje? Nadal nie jestem przekonany. Czy jest jakieś badanie, które pokazuje że afirmacje, właśnie afirmacje a nie medytacja, zmieniają poziom hormonów?
Dobra, to wracam do pytania które zadałem wcześniej, bo nie do końca dostałem odpowiedź. Rozumiem że medytacja przez oddech może wpływać na kortyzol. Ale czy sama afirmacja, bez wcześniejszego wyciszenia, może to psuć? Czyli jakby pogarsza stan zamiast poprawiać?
Tu jest coś co chcę dopowiedzieć, bo widzę że wchodzimy głębiej w temat prokrastynacji i ciała. To co Strzybog opisuje jako ocenę sytuacji przez ciało, ja nazywam po prostu historią nieświadomą. Masz zakodowane przekonanie, nakładasz na nie afirmację, i ta historia zaczyna bronić swojego terytorium. To nie jest tylko psychologia, to też, z punktu widzenia energetycznego, blokada w obszarze czakry splotu słonecznego, czyli poczucia sprawczości i woli działania.
Nie zawsze to jest aż tak proste. Procrastynacja może siedzieć w trzeciej czakrze, ale może też być w czwartej, jeśli odkładasz bo się boisz zawieść innych, albo nawet w piątej, jeśli boisz się że to co zrobisz nie będzie warte pokazania. Dlatego pytam zwykle, czego konkretnie unikasz i jak się czujesz, gdy wyobrażasz sobie że jednak to robisz.
Wyobraziłam sobie właśnie teraz. I zrobiło mi się nieswojo w klatce piersiowej. To czwarta?
Przepraszam że się wtrącę, ale trochę mi to wszystko umknęło. Czy to znaczy że afirmacje na motywację, takie żeby nie odkładać rzeczy, w ogóle nie działają? Bo teraz mam wrażenie że cały wątek mówi że nie działają i czuję się trochę głupio że przez tyle czasu mówiłam je każdego ranka.
Słuchajcie, ja rozumiem to zestawienie z hermetyzmem, ale mam pytanie trochę z innej strony. Skoro mówimy o kortyzolu i adrenalinie, to czy ktoś zauważył że pora dnia robi różnicę nie tylko przez spokój poranny, ale przez sam rytm hormonalny? Kortyzol jest naturalnie najwyższy rano, to może afirmacje rano są po prostu biologicznie złym momentem, bo walczysz z naturalnym szczytem hormonu stresu?
Żeby dokończyć myśl, bo poprzedni post urwał się w połowie. CAR, czyli ten poranny wzrost kortyzolu, jest fizjologiczną mobilizacją i u zdrowej osoby opada w ciągu kilku godzin. To nie jest kortyzol zagrożenia, tylko kortyzol gotowości. Pytanie jest więc bardziej złożone niż się wydaje. Jeśli robisz afirmacje rano i czujesz że działają, to może to być po prostu efekt tej naturalnej mobilizacji, nie sama afirmacja. Jak to odróżnić? Nie jestem pewien czy da się to odróżnić bez śledzenia przez dłuższy czas.
