Chciałam zapytać Was o coś, co mnie ostatnio mocno nurtuje. Medytuję od dłuższego czasu i zdarzają mi się podczas głębszych sesji takie momenty, które ciężko opisać słowami. Jakby coś ogromnego i jednocześnie bardzo cichego wchodzi do świadomości. Nie wiem, czy to jest kontakt z Bogiem, z jakąś wyższą siłą, czy po prostu mój umysł robi mi psikusy. Czy ktoś z Was doświadczył czegoś podobnego w medytacji? Interesuje mnie też, jak wy to nazywacie, bo sama nie wiem jak to określić.
To co opisujesz, jest bardzo charakterystyczne dla pewnego rodzaju doświadczeń podczas głębokiej medytacji. W tradycjach, które znam, mówi się o tym jako o zetknięciu z uniwersalną świadomością. To nie jest twój umysł, który robi psikusy, ale raczej chwila, gdy umysł na chwilę przestaje przeszkadzać. Pytanie mam do Ciebie: czy to uczucie przychodzi samo, czy próbujesz je wywołać?
Mnie też to ciekawi, bo słyszałam, że podczas medytacji można dosłownie poczuć obecność bytów albo nawet usłyszeć coś. Czy to jest ten sam rodzaj doświadczenia? Bo to, co opisuje Michasia99, brzmi bardziej jak jakieś rozmycie się, a ja rozumiem kontakt jako coś bardziej konkretnego.
Babcia mi mówiła, że dawniej ludzie na wsi mówili o takich momentach, że to Bóg do nich zagląda. Nie przez wizje, tylko przez taką ciszę, w której człowiek nagle wie, że nie jest sam. Zastanawiam się, czy to nie jest to samo co Wy opisujecie, tylko inne słowa.
Przepraszam, ale mam tu od razu sceptyczne pytanie. Skąd wiadomo, że to nie jest po prostu efekt hiperwentylacji albo skupienia, które zmienia pracę mózgu? Nie podważam waszych przeżyć, ale jak odróżniacie stan medytacyjny od zwykłego rozkojarzenia albo półsnu?
Czytam Was i mam wrażenie, że opisujecie coś, co ja czuję czasem przy bardzo spokojnej muzyce albo w lesie. Czy medytacja jest jedyną drogą do tego stanu? Pytam, bo z medytacją mi nie wychodzi, rozpraszam się po minucie.
Wróćmy do tego kontaktu z Bogiem albo świadomością, bo to mnie najbardziej interesuje. Jolusia96, powiedziałaś o samadhi. Czy w takim stanie można dostać jakiś przekaz? Nie mówię o głosach, ale o wiedzy, która po prostu się pojawia?
To zależy co rozumiesz przez przekaz. W tradycji, którą znam, takie doświadczenia nie są rozmową, to bardziej jak nagłe rozpoznanie czegoś, co było cały czas. Ale żeby to odróżnić od projekcji własnych pragnień, potrzeba dużo praktyki i pewnej uczciwości wobec siebie. Czy masz kogoś, z kim regularnie omawiasz swoje sesje?
To jest właśnie ciekawy wątek, bo ja właśnie ostatnio mam wrażenie, że moje afirmacje, których używam przed medytacją, przestały cokolwiek robić. Powtarzam je mechanicznie i nic z tego nie wynika. Zastanawiam się, czy to nie blokuje tego głębszego kontaktu, o którym mówiłam na początku.
To bardzo ważna obserwacja. Kiedy afirmacja staje się nawykiem, umysł ją omija. Próbowałaś zmieniać formę, nie tylko słowa? Chodzi mi o to, czy używasz ich jako mantry w kółko, czy bardziej jako wejście do stanu?
Ja od jakiegoś czasu zamiast powtarzać afirmację, siedzę z nią chwilę w ciszy, jakbym pytała się ciszy, czy to prawda. Brzmi dziwnie, ale to zmienia jakość. Zamiast wpychać przekonanie do głowy, zostawiam pytanie. I wtedy czasem właśnie pojawia się to, o czym pisałaś na początku. Ta cisza, która coś wie.
To, co napisała Jemiolka o siedzeniu z afirmacją w ciszy, jest dla mnie nowym spojrzeniem. Zawsze myślałam, że afirmacja to coś, co się powtarza, żeby 'wbić' w siebie. A tu mówisz, że zostawiasz pytanie? Czy to nie powoduje, że umysł zaczyna szukać odpowiedzi i zamiast się wyciszać, zaczyna kombinować?
A wracając do tego, co mówił Cohen o projekcji, jak właściwie rozróżnić, czy to, co się pojawia w medytacji, to coś zewnętrznego, czyli ten kontakt z Bogiem czy świadomością, czy po prostu moje własne życzenia, które się ubrały w ładną formę?
Cohen, to mnie uderzyło. Bo właśnie to moje doświadczenie, które opisywałam wcześniej, przynosiło czasem poczucie spokoju w sytuacjach, gdzie logicznie się bałam. Nie było to potwierdzenie tego, czego chciałam. Ale jak mam to odróżnić od mechanizmu obronnego, który mózg sam włącza?
A czy mechanizm obronny jest gorszy, jeśli efekt jest autentyczny? To trochę wracamy do pytania Tarotowej. Ale pytam poważnie, bo to nie jest retoryczne. Jeśli coś cię realnie zmienia, to czy nazwa tego, co się dzieje w środku, jest aż tak ważna?
Babcia opisywała to bardzo podobnie. Mówiła, że ludzie dawniej chodzili do kapliczki nie po to, żeby prosić, ale żeby 'wiedzieć'. Że po powrocie człowiek wiedział, co ma robić. Zastanawiam się, czy kapliczka była dla nich tym, czym dla Was jest medytacja.
A ja mam takie prozaiczne pytanie. Czy ten kontakt, o którym mówicie, można jakoś zaprosić, czy to zawsze jest coś, co przychodzi samo? Bo czytam i mam wrażenie, że wy na to czekasz, a ja bym chciała wiedzieć, jak do tego dojść szybciej.
Bogusia81, afirmacje to nie jest warunek wstępny do medytacji. Ja sama zaczęłam bez nich i też coś czuję, choć nie jestem pewna co. Może najpierw spróbuj po prostu usiąść i odetchnąć bez żadnego planu?
Wracając do wątku afirmacji, bo on jest ważny dla całej rozmowy. Kiedy Michasia99 mówi, że afirmacje przestały działać, to według mnie nie znaczy, że są złe. Znaczy, że cel, któremu służyły, został osiągnięty albo zmienił się. Pytanie brzmi: do czego teraz potrzebujesz wejścia?
Dokładnie tak to u mnie wyglądało. W pewnym momencie afirmacja stała się jak kółka treningowe, które zapominasz zdjąć po tym, jak już nauczyłaś się jeździć. Może czas spróbować bez nich i sprawdzić, co się pojawi?
Ale jak to sprawdzić? Czy to znaczy, że po prostu siadasz i zaczynasz, bez żadnego rytuału? A jeśli umysł od razu zaczyna skakać po wszystkim?
Ciekawe, bo u nas w domu mówiło się, że modlitwa to nie jest mówienie, tylko słuchanie. I babcia zawsze czekała po 'Ojcze nasz', zanim wstała z kolan. Może właśnie o to chodzi, żeby dać przestrzeń po intencji, bez zaraz wypełniania jej kolejnymi słowami?
Wandzia, to co piszesz o babci i słuchaniu po modlitwie, to coś mnie trafia. Bo właśnie tego mi brakuje w afirmacjach, tej ciszy po. Zawsze spieszę się, żeby powiedzieć następną, jakbym się bała, że jeśli przestanę mówić, to nic nie będzie. Ale może właśnie to 'nic' jest tym, o co chodzi?
Tarotowa, zadałaś sobie właśnie bardzo dobre pytanie. Co ty rozumiesz przez 'nic'? Bo to 'nic' dla różnych osób oznacza coś zupełnie innego. Dla jednych to pustka, której się boją. Dla innych to przestrzeń, w której cokolwiek może się pojawić.
Ja rozumiem, że ta cisza jest ważna, ale jak fizycznie siedzę i milczę, to po chwili zaczynam myśleć o zakupach albo o tym, co powiedział szef. I to mnie wybija zupełnie. Czy afirmacje były dla was jakimś sposobem na to, żeby tego uniknąć? Bo czytam ten wątek od początku i nie rozumiem, czy je porzucacie, czy tylko zmieniacie podejście.
Ale to jest łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ja próbowałam kilka razy i zawsze po pięciu minutach miałam tyle myśli, że się poddawałam. Michasia99, jak długo Ci to zajęło, zanim te doświadczenia, o których piszesz, w ogóle zaczęły się pojawiać?
Szczerze? Długo. I nie umiałabym powiedzieć dokładnie kiedy, bo to nie było takie, że pewnego dnia coś się przełączyło. Raczej powoli zaczęłam zauważać, że coś jest inaczej. I te afirmacje to nie był mój punkt startowy, właściwie przyszły później, kiedy już trochę umiałam siedzieć w ciszy.
